– X to jeden, a Y dziewięć?
– Tak. Ale również dwa i osiem, trzy i siedem albo sto i minus dziewięćdziesiąt, i tak dalej. Istnieje nieskończona liczba rozwiązań podobnych równań i tak samo jest w systemie jednorazowym. Żeby odczytać kryptogram, trzeba mieć określone rozwiązanie dla każdej poszczególnej litery, bez względu na to, jak bardzo jest zakamuflowana przez użycie wielorakich alfabetów i kluczy. Bo jak inaczej odróżnimy komunikat „Uciekaj natychmiast” od komunikatu „Przyjedź do Paryża”? Oba mogą pochodzić z tego samego tekstu zaszyfrowanego w systemie jednorazowym. Nawet jeśli uda ci się odczytać fragment odkrytego tekstu, niewiele to da, bo nie jest możliwe cofnięcie się do zaszyfrowanego w celu określenia klucza, który zmienia się nieustannie i nigdy nie jest wykorzystywany dwukrotnie. Nie, to nie do odczytania, chyba że miałbyś i książkę, którą się posłużył, i siatkę.
– Myślałem, że mamy książkę. Mówił pan, że to Biblia.
– Powiedziałem, że prawdopodobnie Biblia. Rozmawiałem o tym z Fanny i ona twierdzi, że najprawdopodobniej chodzi o wydanie z tysiąc pięćset sześćdziesiątego roku albo jeszcze późniejsze. To najbardziej popularne wydanie w tamtej epoce, tak zwana Biblia Genewska, powszechnie wtedy używana, wygodna w noszeniu, dziewięć cali na siedem. Siatka mogła być z kartonu albo z cienkiej blachy, prawdopodobnie podziurkowanej w jakiś prosty deseń, żeby ukryć jej sekretne
przeznaczenie. Twój Bracegirdle umieszczał ją na stronach, które uzgodnił wcześniej z odbiorcą wiadomości, i kopiował litery, które widoczne były w dziurkach. To był jego klucz. Kopiował wystarczająco dużo liter, żeby zaszyfrować wiadomość, a jej odbiorca robił to samo, tylko w odwrotnym porządku. Przy następnej wiadomości Bracegirdle korzystał z innej strony Biblii. Tak jak powiedziałem: gdybyśmy mieli miliony znaków z szyfrowanego tekstu, co znaczyłoby, że musiałby powtórzyć tę samą pozycję siatki na stronach, wtedy moglibyśmy to rozwiązać zwykłymi metodami, ale nie w tej sytuacji. Przykro mi.
I naprawdę miał zawiedzioną minę, najbardziej zawiedzioną, jaką Crosetti widział u kogokolwiek, niemal komiczną, jak u smutnego klauna. Ale w tym momencie Mary Peg oznajmiła, że kolacja jest gotowa, i postawiła przed nimi wielką wazę z parującą jagnięcina. Wyraz twarzy Klima zmienił się w mgnieniu oka: pojawił się na niej zachwyt. Crosetti też się nieco rozchmurzył. Zawsze czuł się bezpieczniej w jakiejś filmowej fabule, a teraz, jak już wcześniej powiedział matce, tkwili wszyscy jakby w polskim filmie: przygnieceni brzemieniem historii i odwiecznych problemów, odżywający na widok ciepłego posiłku.
– Wiesz, nie rozumiem jeszcze jednego – wyznał Klim w zadumie, gdy ceremoniał jedzenia dobiegał końca. – Po co on to w ogóle szyfrował?
– Jak to? – zapytał Crosetti.
– No więc ten człowiek, ten twój Bracegirdle, powiada, że szpiegował Szekspira dla angielskiego rządu. Ja też byłam agentem rządu i pisałem raporty, podobnie jak tysiące moich rodaków. Są tego całe tony w warszawskich archiwach i nic nie jest zaszyfrowane. Tylko szpiedzy, którzy działają za granicą, posługują się szyfrem. Hiszpan szpiegujący Anglików posługiwałby się szyfrem. Albo gdyby twój Bracegirdle był za granicą i wysyłał wiadomości do kraju, wtedy też by to robił. Ale rządowi agenci nie posługują się szyfrem. Po co mieliby to robić? Przecież to ludzie z rządu otwierają pocztę, prawda?
– Może dmuchali na zimne – podsunął Crosetti. – Uważali, że ci, których szpiegują, mogą przechwycić pocztę.
Klim potrząsnął głową, zabawnie poruszając białą czupryną.
– Nie sądzę, aby to było możliwe. Szpiedzy tworzą tajne wiadomości, nie rozszyfrowują ich. Szyfry i kody są używane przez rządy tylko wtedy, kiedy istnieje
niebezpieczeństwo, że będą je czytać inne rządy. Ten szyfr, z którym mamy do czynienia, jest trudny w użyciu, prawda? Każdy list musi być zaszyfrowany ręcznie i za pomocą klucza, którego zastosowanie jest rzeczą bardzo żmudną. Dlaczego po prostu tego nie napisać i nie oddać królewskiemu posłańcowi?
Przez chwilę panowało pełne zadumy milczenie.
– Wiem, dlaczego – oznajmiła Mary Peg.
Spojrzeli na nią, starszy z zachwytem, młodszy z powątpiewaniem,
– Dlaczego? – zapytał Crosetti.
– Bo nie pracowali dla rządu. Spiskowali przeciwko królowi i jego polityce. Nie czytałeś w listach Bracegirdle'a o tej historii z katolicką żoną dla księcia i o tym, jak zamierzali sprawić, by król Jakub jeszcze bardziej zdecydowanie obrócił się przeciw katolikom? Moim zdaniem to było sedno sprawy. Zamierzali za jednym zamachem zniszczyć teatr i zdyskredytować prokatolicką politykę. Nie mogli dopuścić, żeby ktokolwiek z otoczenia króla odkrył, co knują, a więc zastosowali ten piekielny szyfr.
Zgodzili się po krótkiej dyskusji, że takie wytłumaczenie ma sens. Zwłaszcza Klim był pełen podziwu. Mary Peg skromnie przypisała swą przenikliwość irlandzkiemu wychowaniu, które nauczyło ją dostrzegać przebiegłość i perfidię Anglików. Na Crosettim również zrobiło to wrażenie, ale nie był zaskoczony, w końcu ta kobieta go wychowywała. Z satysfakcją też zauważył, że wzbudziła podziw agenta szkolonego przez KGB. W tym momencie wielki dzban czerwonego wina kalifornijskiego, który zainaugurował wieczór prawie pełny, był już prawie pusty. Rozmowa, nieco chaotyczna, znów skupiła się na filmie. Klim opowiedział parę anegdot o Kieślowskim, dostarczając Crosettiemu nieocenionego materiału do przyszłych dyskusji na temat kina, a z kolei Crosetti zapytał Klima, co sądzi o Polańskim.
Mężczyzna westchnął znacząco i skubiąc w zamyśleniu czubek nosa, wyznał:
– Nie mogę go lubić. Nie jestem zwolennikiem nihilizmu, choćby w najpiękniejszym wydaniu.
– To trochę za surowa ocena, jak sądzę. Wcześniej wspomniał pan, że Zanussi jest dla pana zbyt religijny. Religia czy jej brak nie ma tu znaczenia. Polański to wielki reżyser. Potrafi opowiedzieć historię z pełnokrwistymi postaciami w
fantastycznym rytmie i nastroju. To tak, jakby pan powiedział, że ten, komu się podoba Dziecko Rosemary, opowiada się po stronie diabła.
– A nie jest tak?
Crosetti już szykował się do wywodu o czysto estetycznych walorach kina, ale to pytanie Klima, które, jak sądził, było czystą retoryką, powstrzymało go. Spojrzał na rozmówcę, aby się upewnić, czy mówi serio, i stwierdził, że spojrzenie jasnoniebieskich oczu jest z całą pewnością śmiertelnie poważne.
– Jeśli film czy jakiekolwiek dzieło sztuki nie ma żadnej moralnej podstawy, to równie dobrze można by oglądać migoczące obrazki lub przypadkowe sceny. Nie określam owej podstawy, mówię tylko, że powinna być obecna. Pogański hedonizm jest absolutnie do przyjęcia jako podstawa moralna dzieła sztuki, jak to na przykład bywa w filmach hollywoodzkich. Szczęście rodzinne. Romans. To nie zawsze musi być… jak to się określa?… no, kiedy czarny charakter ginie, a bohater zdobywa dziewczynę…
– Melodramat.
– No właśnie. Ale nie może być tak, że nie ma niczego. Że jest tylko śmiejący się z nas diabeł. A w każdym razie nie jedynie.
– Dlaczego nie? Jeśli tak się postrzega świat…
– Bo wtedy sztuka się dławi. Ten diabeł nie daje nam niczego. On tylko bierze i bierze. Słuchaj, my, Europejczycy, postanowiliśmy w zeszłym stuleciu, że nie będziemy dłużej czcić Boga, zaczniemy natomiast czcić naród, rasę, historię, klasę robotniczą, co tylko chcesz, i w rezultacie wszystko uległo całkowitej ruinie. A wtedy oni, to znaczy artyści, powiedzieli: nie wierzmy w nic oprócz sztuki. Nie wyznawajmy żadnej wiary, to zbyt bolesne, wszystko zawodzi, ale sztuce ufamy i rozumiemy ją, więc wierzmy przynajmniej w nią. Ale sztuka też zdradza. I także bywa niewdzięczna wobec życia.