Выбрать главу

– Dobrze, ale najpierw pokaż tę broń. Mogą przyjść dziś w nocy.

– O Boże, widzę, że to naprawdę poważna sprawa.

– Niezwykle poważna. Broń to nie żarty.

Crosetti osiągnął akurat tę fazę upojenia, kiedy człowiek jest fizycznie zdolny do działań, o jakich trzeźwy nie pomyślałby nawet przez sekundę („Hej, chłopaki, przejedźmy się pikapem po lodzie, z poślizgami!”), poszedł więc do sypialni matki i wyjął z szafy pudło z policyjnym ekwipunkiem ojca. Złota odznaka, kajdanki, notesy i dwa pistolety w skórzanych kaburach: Smith i Wesson model 10, klasyczna trzydziestka ósemka, jakiej używali wszyscy mundurowi w Nowym Jorku, zanim weszła do użytku broń półautomatyczna, i Chief's Special tego samego kalibru z dwucalową lufą, który ojciec nosił przy sobie, kiedy został detektywem. Było tam też opróżnione do połowy pudełko amunicji; wyjął je i załadował oba pistolety na dębowym biurku matki. Włożył Chief's Special w kaburze do kieszeni i wyszedł z pokoju z modelem 10 w dłoni.

– Zakładam, że umie się pan tym posługiwać powiedział, wręczając pistolet Klimowi. – Proszę nie strzelić sobie w stopę. Albo do mamy.

– W porządku – przytaknął Klim, ważąc pistolet w dłoni, jakby to był funt kiełbasy.

Ku zadowoleniu Crosettiego nie sprawdził muszki i nie położył palca na spuście.

– To pistolet Johna Wayne'a. Cały świat wie, jak z niego strzelać.

– To nie takie proste.

– Żartowałem. Przeszedłem porządne szkolenie w posługiwaniu się bronią.

– Świetnie. Teraz niech pan uderzy w kimono.

– Przepraszam, co mam zrobić?

– To takie powiedzonko. Ja idę spać.

Tak też zrobił; obudził się dziesięć po czwartej nad ranem, przekonany, że to był tylko sen, w którym dał załadowaną broń prawie obcemu człowiekowi. Wyskoczył z łóżka i sięgnął po spodnie wiszące na klamce; wyczuł ciężar drugiego pistoletu tkwiącego w kieszeni. Zaklął po cichu, wyjął spluwę i ruszył w stronę matczynej sypialni, ale się rozmyślił. Mary Peg zawsze budziła się w nocy, jeśli wcześniej zasnęła przed telewizorem, a on wolał sobie nie wyobrażać, co pomyśli na widok syna wymachującego bronią. Włożył więc pistolet do brezentowej torby, z którą chodził do pracy, i wrócił do łóżka. Spał niespokojnie, pojękując w krótkich chwilach przytomności na wspomnienie ostatniego dowodu swojej bezdennej głupoty.

Rano zszedł na śniadanie późno, w nadziei, że będzie mógł ograniczyć kontakty z resztą domowników do towarzyskiego minimum. Kiedy wszedł do kuchni, matka już tam była, kompletnie ubrana i umalowana, a Klim w swoim tandetnym garniturze siedział przy stole. Rewolweru nigdzie nie było widać. Mary Peg smażyła jajka na bekonie i prowadziła ożywioną rozmowę ze swoim gościem. Wybierali się na przejażdżkę, może na Long Island, planowali lunch w plenerze, zapowiadał się słoneczny dzień, niezbyt zimny, i tak dalej. Ta przyjazna pogawędka tylko pogłębiła w Crosettim depresję i poczucie winy. To gorące śniadanie było oczywiście z powodu Klima, bo zwykle jedli płatki kukurydziane i pili kawę. Crosetti przez grzeczność przełknął parę kęsów. Odczekawszy dla przyzwoitości parę minut, złapał płaszcz i aktówkę, po czym wybiegł z domu.

Pomyślał, że skoro praca nad szyfrem utknęła w martwym punkcie, musi zapytać, kiedy Klim się wyprowadzi, ale postanowił, że tego nie zrobi, gdyż uznano by to za nietakt. Matka była we własnym domu i mogła się zadawać, z kim chciała. Nawiasem mówiąc, dlaczego on wciąż z nią mieszkał? Było to śmieszne i niestosowne, do diabła z oszczędzaniem na szkołę filmową! Carolyn Rolly obmyśliła wyjście z beznadziejnej sytuacji, a miała znacznie mniej środków niż on (co mu udowodniła). Postanowił dokonać radykalnej zmiany. Znał pewnych ludzi w Williamsburgu i na Long Island, którzy mieszkali razem w squatach; wszyscy byli jego rówieśnikami i mieli bzika na punkcie filmu i muzyki. Musiałby wprawdzie dokładać się do czynszu, ale może mógłby zapomnieć na chwilę o szkole filmowej, może

zdołałby wysmażyć jakiś scenariusz i uzyskać na tej podstawie stypendium albo może zacząłby wysyłać scenariusze na konkursy. Zaprzątał sobie głowę myślami, które nie dotyczyły broni ani śmiertelnego zagrożenia ze strony nieznanych ludzi, i metoda ta zdawała egzamin, dopóki nie podniósł torby, przechodząc przez bramkę w metrze. Szczęk metalu ocierającego się o drążek uświadomił mu, że wciąż ma przy sobie rewolwer.

Trzeci zaszyfrowany list

Wielmożny Panie, nic się na razie nie zmieniło od mojego ostatniego listu, bo cała kompania jest zaangażowana w teatrze Globe i upraszam, żeby Wasza Lordowska Mość nie denerwował się, jeśli będę pisał rzadziej, bo szyfrowanie jest żmudne, tak jak żmudne być musi dla Waszej Lordowskiej Mości odczytywanie listów. Mniemam jednak, że nasz plan rozwija się pomyślnie. Skończywszy sztukę „Burza” z bliskim początkiem lata, W.S. udał się do Stratfordu nad Avonem, jak to miał w zwyczaju od wielu lat, i zażyczył sobie, bym jechał z nim i zatrzymał się w jego domu. A zatem wyjechaliśmy z Londynu piątego czerwca, w towarzystwie kilku kupców bławatnych i Spade’a jako ochrony. Na miejsce przybyliśmy ósmego czerwca i zostaliśmy powitani z wielką radością przez rodzinę pana S.: jego żonę i dwie córki, starszą Zuzannę i młodszą Judytę, a także innych mieszkańców miasta, jako że W.S. jest teraz człowiekiem majętnym, a jego domostwo w New Place bardzo przestronne. Ale ceną grzechu jest śmierć.

W.S. znowu ukazał się jako człowiek fałszywy i niegodziwy, bo gra całkiem kogoś innego w Stratfordzie niż w Londynie, mówi językiem prostym, na tutejszą modłę, jak zwykły mieszkaniec, mówi zir zamiast sir i inne takie, nie rozprawia o teatrze ani o swoim życiu żadnych sprośności, chociaż folgował sobie w tym względzie w piwiarniach Londynu. Żona, typ sekutnicy, karci go, że utrzymuje dziewki i nie przysyła dość pieniędzy na utrzymanie, a on się nie odzywa, tylko zaciska zęby. W istocie, utrzymuje dziewkę, śpiewaczkę z Italii, myślę, że Żydówkę, bardzo czarną, widziałem ich w łożu ze trzy albo cztery razy, ale nie chełpi się nią przed innymi, jest skrytym człowiekiem w tym względzie ani nie bywa w domach rozpusty. Wszystkie jego rozmowy obracają się tutaj wokół zakupu ziemi, dzierżawy, pożyczek pod zastaw etc.

Wszakże przebywając ze swoją córką Zuzanną, jest wyraźnie weselszy i jej towarzystwa najczęściej szuka. Ma ona więcej rozumu, niż zwykle mają białogłowy tak się tu przynajmniej mówi. Jest żoną Johna Halla, medyka, purytanina o dobrej reputacji. O religii nie rozprawiają, co podejrzane, bo któż o tym nie rozmawia, jeśli jest człek uczciwy i prawdziwej wiary? Chodzą do kościoła i nie płacą grzywny chociaż mówi się tu, że ojciec często grzywnę płacił i jest przeklętym i zatwardziałym papistą, co w nabożeństwach nie uczestniczy, takoż i matka. Szukałem potajemnie w całym domu kryjówek dla księży katolików, ale żem nie naszedł żadnej.

W.S. bardzo swobodny w rozmowach ze mną i tylko ze mną mówi o teatrze, sztukach i zamówionej (tak myśli) dramie o królowej Maryi, którą ma do napisania, ale przez wiele dni, kiedy tu jesteśmy nie pisał wcale albo tylko niewiele w swoim małym kajeciku. Często wyjeżdżamy za miasto i ja ze swym nowo wynalezionym przyrządem pomogłem mu wykreślić mapę skrawka ziemi w pobliżu Rowington, o który spiera się ze swym sąsiadem, i wielce go tym ukontentowałem. Żona jego, chociaż niemłoda, żywa jest i wszystkim zarządza, jej rachunki wielce nieporządne (zerknąłem do nich ukradkiem), a jednak zna ona każdą piędź ziemi, którą dzierżawią, i wie, gdzie leży najmniejsze poletko. Młodsza córka nie cieszy się przychylnością, jest niezamężna i nie widać, by miało się to zmienić; nie lubi mnie i nie wiem dlaczego, bo traktuję ją z największą atencją. Alem podsłuchał pod drzwiami gadaniny służby i słyszę, że zazdrosna o swoją starszą siostrę, że ojciec kocha tamtą bardziej, tak przynajmniej myśli; był też niegdyś syn, jej brat bliźniak, który zmarł przed paru laty, i W.S. wolałby, żeby to ona umarła, a zdaje się, że jestem w tych latach co ten zmarły chłopiec albo trochę młodszy dlatego też mnie faworyzuje i córka nienawidzi mnie za to. Tak mówią, a czy to prawda, czy nie, przekonamy się później, ale jeśli prawda, to, jak myślę, przysłuży się naszej sprawie.