Выбрать главу

Uniknąłem niebezpieczeństwa i teraz o tym opowiem. Wieczorem przyszedł do mojej izby w jego domu, a ja akurat szyfrowałem ze swoją siatką, i zapytał

mnie, co takiego robię. Bardzo mnie to zbiło z tropu, jednak dzielniem odpowiedział, że czytam Pismo Święte. Zapytał, co to za metalowa płytka, odrzekłem, że to zrobiona na pamiątkę kopia latarni, która zdobi kryptę, gdzie leży moja matka. Potem zapytał: Czy jesteś też poetą, Dick, bo widzę, żeś szybko ukrył to, co piszesz, gdym wszedł, jak to robią niektórzy poeci, wśród nich ja sam. Nie, kuzynie, odparłem, to tylko takie matematyczne obliczenia z nudów. Ho, ho, powiedział, Pismo Święte i liczby zarazem, jesteś niezwykły, nic dziwnego, że w twojej czaszce brak miejsca na koncept. No i wyszedł, zostawiwszy mnie.

A oto jego tajemnica, którą odkryłem: w niedziele jest jego zwyczajem po nabożeństwie wsiąść na koń i wyjechać z miasta z towarzyszem swoim Spade'em. Mówi, że jeżdżą po pobliskim Lesie Ardeńskim. Którejś niedzieli wziąłem konia i pojechałem za nimi przez las na północny zachód, przez dolinę pięć mil to być musiało albo i więcej. Znalazłem się na wzniesieniu i zobaczyłem nieopodal zamek Warwick i jego wieże. Dojechałem do ich koni i też zsiadłem, i poszedłem za nimi ścieżką przez las. Po niejakim czasie dotarłem do ruin starego opactwa czy też rzymskokatolickiej świątyni zamkniętej po śmierci króla Henryka, gdzie klęczało wielu ludzi i odmawiało różaniec. I był tam człowiek, bez wątpienia papieski kapłan z kielichem, i mamrotał po łacinie. W.S. też tam był wśród nich wszystkich. Przyglądałem się i słuchałem, potem ludzie zaczęli się rozchodzić i W.S. wdał się w rozmowę z księdzem. Odważyłem się podejść bliżej, żeby usłyszeć ich diabelskie knowania, kiedy ktoś mnie chwycił od tyłu i wielka łapa zamknęła mi usta. Potem wielki ciężar przygniótł mnie do ziemi i poczułem na policzku ostrze i głos powiedział: Leż cicho albo umrzesz. I tak to trwało chwilę, potem mnie podnieśli i zobaczyłem, że jest tam W.S. i że to Spode mnie obalił, a teraz stoi z obnażonym sztyletem.

Rzecze W.S.: Dick, dlaczego skradasz się w mroku, dlaczego nie przyjdziesz na mszę, jesteś przecież dobrym katolikiem, czyż nie? A ja odpowiedziałem: Sir, bałem się, czy to nie jakaś pułapka zastawiona przez prześladowców, żeby zyskać nazwiska tych, co uczęszczają na mszę świętą, jak to się często robi w tych

czasach. Nie, powiada on, to tylko poczciwi ludzie wiejscy którzy są wierni starej religii. I ty wśród nich, powiadam. Częściowo, rzecze on, bo jestem wiernym poddanym Króla i muszę też pokazać twarz w niedzielę, gdzie władza tego wymaga. Na co ja pytam: I nie wierzysz? To, mówi on, sprawa Boga, a nie takich jak ty czy Króla, żeby to wiedzieć, alem chociaż kalwin i wszyscy biskupi mówią, że nie mogę się modlić za dusze swoich rodziców i synka, ja jednak to robić będę. Jeśli zostanę potępiony, pójdę dopiekła. I mówi to z ogniem w oczach. Potem rzecze z uśmiechem: Chodź, pokażę ci coś, co cię zadziwi, ty zaś, zacny Spade, schowaj sztylet, to przyjaciel.

Tak więc poszliśmy po starych kamieniach przez ruiny opactwa, porosłe całe paprocią i drzewkami; było to opactwo Świętego Bosy, biskupa Yorku, jak mi powiedział, gdyśmy szli, kiedyś siedziba świętych siostrzyczek. Pokazywał mi różności, tu kaplica, tu klasztor, i na koniec przyszliśmy do kamiennego kręgu w środku większego czarnego koła. To jest święta studnia Bosy, mówi, i wsłuchaj się dobrze, i wrzuca kamyk, któren spada długo, zanim dobiega bardzo słaby plusk. Tak głęboko, zdziwiłem się. Jeszcze jak głęboko, mówi on, powiadają, że żaden człowiek nigdy jej nie zmierzył. W dawnych czasach dziewki zbierały się tutaj w dniu świętej Agnieszki, wyciągały wiadro wody i patrzyły w nią, żeby zobaczyć twarz przyszłego męża. Ale już się nie zbierają, bo Bóg jak się nas teraz uczy, nie lubi uciechy, nie lubi żartów ani muzyki, ani wspaniałych widowisk, ani żadnej pięknej rzeczy, nie lubi też dobroczynności, ale chce, żebyśmy drżeli w surowych, szarych izbach, ubierali się jak żałobnicy, a bladolicy kapłan mruczy monotonnie, że jesteśmy potępieni, skazani napiekło. Potem roześmiał się, klepnął mnie w ramię i powiedział: Koniec z tą sekciarską gadką, bo teraz jedziemy do domu, będziemy ucztować, pić i grać w młynek jak ludzie prości.

Tak też zrobiliśmy, a po biesiadzie wyszliśmy na murawę całą familią i Spade wyciął swoim sztyletem kilka płatów darni, żeby zrobić planszę, i rozpoczęła się gra. Powiedziałem, że jej nie znam, i W.S. na to, że co, nie znam gry w młynek? Grałeś przecież w gry głębsze niż święta studnia Bosy, zmyślny kuzynie.

Pytam go, co ma na myśli, i on mówi, no wiesz, myślę tylko o grach w Londynie, karcianych, takich jak pinero i gleake. Ale wiem, że co innego miał na myśli.

Tej nocy świeca w jego izbie paliła się do późna, słyszałem, jak chodzi tam i sam, i kiedym nadstawił ucha, doszedł mnie skrzyp pióra i szelest papieru, przeto myślę, że zabrał się do pisania sztuki o Maryi. Panie, prosiłeś mnie, abym podejrzał w jego papierach i zobaczył, co napisał, i spróbuję to uczynić. Ale on jest taki skryty ze swoimi papierami i nikomu nie pozwala tam zaglądać, dopóki nie skończy.

Modlę się, Panie, o zdrowie Twoje i pomyślność Twego domu, ze Stratfordu nad Avonem, 19 czerwca 1611, Twój uniżony sługa

Richard Bracegirdle

13

W przerwach między snem, posiłkami i sporządzaniem niniejszych zapisków czytam sobie teraz Szekspira. Mickey ma tu oczywiście Riverside, nie mówiąc o wszelkiego rodzaju materiałach uzupełniających, leksykonach, pracach krytycznych i tak dalej. Czy mam niby ptaszek dodawać swoje gówienko na szczyt Everestu? Myślę, że nie, choć przyznam, że dzięki Bracegirdle'owi spojrzałem na faceta nieco inaczej. Jak już wspominałem, miałem do czynienia z różnymi twórcami i istotnie dostrzegłem w nich tę samą osobliwą nijakość, jaką nasz Dick zaobserwował u W.S. Rozmawia się z człowiekiem, załatwia sprawy i tak dalej, ale ma się wrażenie, że rozmawia się nie z normalną osobą, tylko z jakąś wymyśloną przez nią fikcyjną postacią. Mam tu na myśli tylko pisarzy; muzycy są całkiem inni, jak wielkie, kudłate dzieci.

Tak się złożyło, że następny ranek, jak informuje mnie mój mały dziennik, spędziłem z muzykiem, którego nazwisko bez wątpienia znacie, jeśli podrygiwaliście w rytmie rocka w latach osiemdziesiątych. Koleś ten napisał muzykę i słowa do co najmniej piętnastu kawałków, które weszły do pierwszej dwudziestki listy przebojów, i (nie zadbawszy o skonsultowanie się z dobrym prawnikiem) przeniósł prawa

na te piosenki na swoją firmę płytową, za co drań będący właścicielem firmy wypłacił mu zaliczkę w wysokości jakichś dwudziestu pięciu tysięcy. I, cholera, łajdak cykał mu jakieś drobne, muzyk zaś zyskał tymczasem sławę, zaliczał trasy koncertowe, zarabiał coraz więcej forsy i świecił na firmamencie przez dwadzieścia lat, choć zespół dawno się rozpadł, a wraz z nim rozproszyły się tłumy fanów. Piosenki jednak stały się klasykami, chodziły we wszystkich amerykańskich stacjach ze starymi hitami, a drań z firmy płytowej sprzedał wielkim korporacjom medialnym wszystko, do czego miał prawa, za sumę bliską miliarda dolarów. I co miał z tego mój muzyk? Ani centa, podobnie jak z emisji swoich kawałków w tych niezliczonych stacjach radiowych, ponieważ, czego praktycznie nikt nie rozumie, jeśli w radiu czy w telewizji puszczają piosenkę, to artysta, który ją wykonuje, nie ma z tego nic. Tylko właściciel praw zgarnia tantiemy..