Zasiadłem więc z przedstawicielami megakorporacji do rozmów i choć przyznali, że mój klient został wycyckany, to przecież zainwestowali majątek w coś, co jest zasadniczo towarem, i fakt, że ten towar pochodzi z trzewi i serca mojego klienta, nie ma tu nic do rzeczy. Muzyk przyjął to, muszę przyznać, całkiem dzielnie. Wyszczerzył tylko zęby i wyraził zdumienie, że wymyślił coś, co przeobraziło się w olbrzymi majątek, na którym bazowało teraz potężne imperium komercyjne, i że on musi się zadowolić tym, że dostarczył tak wielkiej przyjemności tylu ludziom. Jak wspomniałem: duże, kudłate dzieci.
W przeciwieństwie do Szekspira, który zawsze dbał o odpowiedni zarobek. To prawda, sprzedał Hamleta za dziesięć funtów, co dziś trzeba pomnożyć przez jakieś czterdzieści, ale sprzedał go sobie, jako że był akcjonariuszem kompanii teatralnej, która sztukę zakupiła, i prawdopodobnie zarobił znacznie więcej, kiedy Dick Bracegirdle został jego rachmistrzem.
Uciekam w dygresje, bo to, co ma nastąpić, jest bardzo bolesne.
Po spotkaniu z kudłatym dzieciakiem pojechaliśmy z Edem Gellerem i Shelly Grossbart załatwiać z bandą prawników kurewsko trudną i złożoną sprawę; takie rzeczy zdarzają się często w dzisiejszych czasach, kiedy jedna firma medialna kupuje inną. Zabrali mnie ze sobą, ponieważ wiem sporo o zagranicznym prawie autorskim, a zagłębianie się w te kwestie jest bardzo nużące. Nie byłem jednak w najlepszej formie; cały czas myślałem o swojej zaginionej Mirandzie i o tym biednym
głupku muzyku. Nikt z zasiadających przy długim, wypolerowanym stole nie był kudłaty, nikt też nie stworzył niczego, co normalny człowiek chciałby zobaczyć albo usłyszeć. Ktoś poruszył kwestię dzwonków polifonicznych oraz stanowiska Unii Europejskiej w tej sprawie i Ed spojrzał na mnie, bo pracowałem nad tym zagadnieniem intensywnie, ale zacząłem coś bełkotać i okazało się, że moja odpowiedź jest błędna. Musiała mnie wyręczyć Shelly, co zrobiła ze sztucznym ożywieniem.
W każdym razie byłem poza swoim biurem, kiedy zadzwonił telefon, jak się później okazało fatalny. Pani Maldonado nie zostawiła zwykłej drukowanej wiadomości na różowej karteczce w moim koszyku, tylko żółtą notkę pod lampą na biurku, co czyni zwykle wtedy, gdy ktoś telefonuje, a my nie chcemy odebrać. Na ogół oznacza to, że dzwoniła kochanka (choć kochanki rzadko dzwonią do mnie do pracy), ale dziś było inaczej. Podszedłem do pani Maldonado, machając w jej stronę karteczką; wyjaśniła, że dzwoniła Miranda Kellogg z Toronto. Natychmiast wybrałem zapisany numer – zgłosiła się poczta głosowa w Ministerstwie Edukacji i uzyskałem informację, że Mirandy Kellogg nie ma w pracy; czy chciałbym zostawić wiadomość? Używali znajomego systemu z nagranym fabrycznie uprzejmym komunikatem; tylko nazwisko abonenta zostało prawdopodobnie nagrane przez niego samego. Głos był przyjemny, lecz go nie zidentyfikowałem. Zaczęło mi burczeć w brzuchu ze zdenerwowania; nie zostawiłem wiadomości.
Potem zadzwoniłem na policję i umówiłem się z detektywem Murrayem, że udostępni mi akta śledztwa w sprawie Bulstrode'a.
Posłałem po nie Omara i czekając, wybrałem trzykrotnie numer w Toronto. Za trzecim razem dopisało mi szczęście: ktoś podniósł słuchawkę i usłyszałem jakiś nieznajomy głos, niższy i bardziej flegmatyczny od głosu osoby, którą już zaczynałem nazywać „swoją” Mirandą. Powiedziałem nieznajomej, kim jestem, i zapytałem, czy rozmawiam z siostrzenicą zmarłego profesora B., na co odpowiedziała, że tak i że właśnie dowiedziała się o jego śmierci, bo dopiero niedawno wróciła do Toronto. Była w Himalajach, gdzie nikt nie mógł się z nią skontaktować. W Himalajach? Tak, to nadzwyczajne; ktoś zadzwonił do niej pewnego wieczoru i zawiadomił ją, że wygrała wycieczkę krajoznawczą. Miała do wyboru Nepal, Tahiti lub Kenię, a ponieważ zawsze chciała zobaczyć Indie i Nepal, więc zdecydowała się na
tę pierwszą opcję. Początkowo myślała, że to jakiś żart, ale okazało się, że nie; następnego dnia otrzymała przesyłkę z biletami lotniczymi i wszelkimi dokumentami, musiała jednak polecieć jeszcze w tym samym tygodniu, bo w przeciwnym razie rzecz stanie się nieaktualna. Zapytałem ją, kiedy to było, powiedziała, że jakieś sześć, siedem tygodni temu, to znaczy na początku października, tuż przed powrotem Bulstrode'a do Stanów. W każdym razie przeczytała zaraz po przylocie do kraju o śmierci wuja i pomyślała, że powinna zadzwonić, choć przypuszczała, że ciało zostanie przesłane do Oksfordu i odebrane przez Olivera. Dodała też, że nie sądzi, by stary wuj zostawił jakieś pieniądze, bo biedak był spłukany, ale czy mógłbym zatelefonować, kiedy zapoznam się z testamentem? Przypuszczała, że większa część tego, co posiadał, dostanie się Oliverowi, z wyjątkiem należącego kiedyś do jej babci wisiora, który jej swego czasu przyrzekł. Obiecałem, że zadzwonię, i odłożyłem słuchawkę, która ześlizgnęła się na widełki wilgotna od mojego potu.
Natychmiast połączyłem się z naszym wydziałem prawa spadkowego i zostawiłem pilną wiadomość dla Jasmine Ping. Spociłem się jeszcze bardziej i próbowałem się skoncentrować na zagadnieniach własności intelektualnej, ale nie mogłem, choć musiałem napisać odpowiedź w omawianej rano sprawie fuzji firm, przypominającej pożeranie Rodana przez Godzillę. Niestety, słowa nie trafiały do stosownych zakątków mózgu. A potem przyszedł Omar, niosąc dwa wielkie pudła pod pachami; przetrząsnąłem je natychmiast i znalazłem kopię prawdziwego testamentu Bulstrode'a, nie tę fałszywkę, którą pokazała mi moja Miranda. Tak jak przypuszczała prawdziwa Miranda, profesor zapisywał wszystkie materialne dobra Oliverowi Marchowi, wieloletniemu towarzyszowi życia, z wyjątkiem różnych drobiazgów dla konkretnych osób. Stwierdziłem z zadowoleniem, że prawdziwa Miranda dostanie swój wisior. W pudle było także małe, oprawione w skórę zdjęcie profesora Bulstrode'a z młodszą kobietą, która odznaczała się przysadzistą, nieco żabią sylwetką, będącą prawdopodobnie cechą rodzinną Bulstrode'ow. Pomyślałem, że to jest pewnie echt Miranda.
Panna Ping zastała mnie na podłodze pośród rozrzuconych papierów. Bez słowa podałem jej testament, a potem podzieliłem się z nią swoimi podejrzeniami. Usiadła i zagłębiła się w dokument; to było interesujące – przypatrywać się, jak jej
nieskazitelna porcelanowa twarz przeobraża się w maskę demona z rodzaju tych, jakie widuje się na festiwalach chińskich tańców ludowych. Nie jest rzeczą korzystną dla specjalisty od prawa spadkowego przedstawianie sądowi sfałszowanego testamentu. Jasmine rzuciła kilka gorzkich uwag na temat moich romansów, myślę, że trochę niesprawiedliwie, ale nawet się nie broniłem. Chciała wiedzieć, jak mogłem do tego dopuścić, i wyraźnie sugerowała (była zbyt grzeczna, żeby użyć takiego języka), że chyba sperma rzuciła mi się na mózg. Oświadczyła, że należy poinformować o sprawie moich partnerów z kancelarii; przyznałem jej absolutną rację. Zażądała ode mnie zapewnienia, że nie dopuściłem do przejęcia przez oszustkę jakiejkolwiek części majątku przed urzędowym zatwierdzeniem testamentu, i tu musiałem wyznać, że pewna wartościowa rzecz w istocie zniknęła razem z oszustką. Wyjaśniłem, jaka to rzecz, Jasmine zaś poinformowała mnie o czym już wiedziałem – że gdyby prawdziwy spadkobierca chciał z tego zrobić aferę i gdyby zainteresował się tym sąd, zostałbym oskarżony o popełnienie przestępstwa grożącego wydaleniem z palestry. W każdym razie nie mógłbym prowadzić żadnej sprawy związanej z majątkiem Bulstrode'a. Spojrzała na porozrzucane papiery wzrokiem niezbyt przyjemnym i pełnym niesmaku, jak gdybym szperał w pozostawionym przez zmarłego dobytku, licząc na jakąś przeoczoną skarbonkę. Bez dalszej dyskusji zadzwoniła do szefa kancelarii, mówiąc, że trzeba jak najszybciej wynieść pewne dokumenty. Kiedy z nim rozmawiała, udało mi się wsunąć notatnik Bulstrode'a pod biurową sofę.