Выбрать главу

Przyszli dwaj krzepcy tragarze, załadowali papiery i wynieśli pudła. Kiedy tylko zostałem sam, wyciągnąłem notatnik i przekartkowałem go pośpiesznie, przeglądając zapiski z ostatnich tygodni poprzedzających śmierć Bulstrode'a. Znalazłem to, czego szukałem: pod datą dwudziesty czwarty lipca, godzina jedenasta trzydzieści, zanotowano: „Rkp. Sz.? Carolyn R. Crosetti”. To musiało być to: fałszywa Miranda wspominała kiedyś o niejakiej Carolyn, która była zamieszana w sprawę, no i jeszcze to „Rkp. Sz.”. Carolyn R. Crosetti musiała być osobą, która sprzedała manuskrypt, albo agentką tejże. Popędziłem do sekretariatu, skserowałem odpowiednią stronę, dałem pani Maldonado notatnik, mówiąc, że to część materiałów do sprawy Bulstrode'a, w jakiś niepojęty sposób przeoczona, i poleciłem jej, żeby niezwłocznie przekazała notes pani Ping. Myślę, że było to pierwsze rozmyślne

kłamstwo, jakim poczęstowałem panią M., i zarazem jeszcze bardziej dobitna oznaka mojej degrengolady niż pomyłka z testamentem i pogarda ze strony Jasmine. To okropne, po prostu okropne, kiedy prawnik zaczyna okłamywać swoją sekretarkę.

Nazwisko Crosetti nie jest na szczęście szczególnie pospolite. Po przewertowaniu książki telefonicznej centrum Nowego Jorku i jego przedmieść znalazłem tylko dwadzieścia osiem osób o takim nazwisku, ale nie Carolyn R. Crosetti. Wróciłem do biura ze skopiowaną listą i zacząłem wybierać numery na swojej komórce. Oczywiście o tej porze tylko ludzie starsi lub chorzy byli w domu, a nie chciałem zostawiać zbyt wielu wiadomości na sekretarkach. Z jakichś niejasnych dla samego siebie powodów zacząłem od przedmieść i przechodziłem stopniowo do śródmieścia. Byłem przy Queens, gdy zajrzała do mnie pani M. i powiedziała, że chce się ze mną natychmiast widzieć pan Geller. Skinąłem głową i dalej wybierałem numery. Po wysłuchaniu licznych sekretarek i milczących telefonach usłyszałem głos kobiety, która mówiła gardłowym nowojorskim akcentem z warstewką kulturalnego nalotu. Zapytałem ją, czy zna może Carolyn Crosetti, na co odparła, że zna prawdopodobnie wszystkich Crosettich z nowojorskiego obszaru statystycznego i że taka osoba nie istnieje. Po krótkiej pauzie roześmiała się i dodała:

– Chyba, że mój syn się ożenił i nie powiedział mi o tym.

– Z kim? – zapytałem.

Znów pauza i po chwili bardziej oficjalnym głosem:

– A kto mówi?

W tym momencie spojrzałem na kartkę z notesu Bulstrode'a i zorientowałem się, że popełniłem drobną pomyłkę. Bulstrode bazgrał niedbałym, „lekarskim” pismem i jego notka o spotkaniu dwudziestego czwartego lipca wyszła poza kreskę oddzielającą ten dzień od poprzedniego. A więc to nie było „Carolyn R. Crosetti”, lecz

Carolyn R.

A. Crosetti

Postanowiłem odpowiedzieć swojej rozmówczyni na wpół szczerze i przedstawiłem się:

– Nazywam się Jacob Mishkin, dzwonię z kancelarii adwokackiej Geller Linz Grossbart and Mishkin. Jestem prawnikiem, zajmuję się spadkiem po profesorze Bulstrodzie i próbuję prześledzić pewną transakcję, jakiej dokonał profesor w lipcu. Znalazłem w jego notesie zapisek o spotkaniu z A. Crosettim i Carolyn R. Czy pani coś o tym wiadomo?

– Owszem – odpowiedziała kobieta. – Albert Crosetti to mój syn. Chodzi, jak przypuszczam, o manuskrypt?

Słysząc te słowa, poczułem nagłą ulgę.

– Tak! Właśnie! – wykrzyknąłem i zabrakło mi słów, bo nie wiedziałem, czy rozmawiam z matką złodzieja, ofiary czy łajdaka?

– No i…? – zapytała kobieta.

– Nie rozumiem…

– Czy sąd zamierza jakoś wynagrodzić straty poniesione przez mojego syna, którego pański zmarły klient nakłonił nikczemnym podstępem do sprzedaży cennego siedemnastowiecznego manuskryptu za psie pieniądze?

A więc ofiara.

– To jest oczywiście sprawa do dyskusji, pani Crosetti – powiedziałem.

– Mam nadzieję.

– Powinniśmy się spotkać.

– Mój prawnik skontaktuje się z panem. Do widzenia, panie Mishkin.

Chciałem natychmiast zadzwonić do niej jeszcze raz, ale teraz drzwi mojego gabinetu zablokowała masywna, wojownicza sylweta Eda Gellera. Na papierze wszyscy partnerzy kancelarii Geller Linz Grossbart i Mishkin są równorzędni, ale, jak to często bywa w takich firmach, władza przechodzi do tego, kto jej najbardziej pragnie, a w przypadku naszej kancelarii tym spragnionym był Ed i to on najczęściej stawiał na swoim. Poza tym wraz z Martym Linzem byli założycielami, a zatem partnerami równiejszymi. Ed aż podrygiwał z wściekłości, pewnie dlatego, że wezwany nie przyszedłem natychmiast, przez co teraz musiał rozmawiać ze mną na stojąco, a nie zza swojego biurka, które stoi na podwyższeniu, otoczone fotelami, w których człowiek głęboko się zapada. Wolałem nie wstawać, by nie górować nad nim wzrostem.

– Pewnie rozmawiałeś z Jasmine? – zacząłem.

– Owszem, rozmawiałem – odparł. – I czy mógłbyś mi łaskawie powiedzieć, co się tu, do jasnej cholery, dzieje?

– To tylko nieporozumienie, Ed. Jestem pewien, że wszystko się szybko wyjaśni.

– Aha. Więc nie przywłaszczyłeś sobie pewnej wartościowej części masy spadkowej swego klienta i nie przekazałeś jej swojej przyjaciółce?

– Nie, padłem ofiarą oszustwa. Pewna kobieta przedstawiła się jako spadkobierczyni majątku Bulstrode'a, pokazując mi testament, który wyglądał na autentyczny…

– Czy to my go sporządziliśmy?

– Nie. Przypuszczałem, że został znaleziony po śmierci Bulstrode'a wśród jego rzeczy osobistych. Ja… to znaczy byliśmy zaangażowani w sprawę tylko w ograniczonym zakresie: chodziło o oddanie w bezpieczny depozyt pewnego dokumentu, pomoc w ustaleniu jego statusu, a także wyjaśnienie kwestii praw autorskich do niego i do innych podobnych dokumentów, jakie mogą się z nim wiązać.

– Wiązać? W jaki sposób?

Zaczerpnąłem powietrza.

– Chodziło o siedemnastowieczny dokument sporządzony prawdopodobnie

przez człowieka, który znał Williama Szekspira. Oprócz tego, że miał wartość naukową, zresztą dużą, zawierał też sugestię, że istnieje nieznana sztuka Szekspira

w rękopisie, i dostarczał pewnych wskazówek, gdzie należałoby jej szukać.

Ed jest bardzo dobrym prawnikiem procesowym, o czym chyba już wspominałem, a dobry prawnik procesowy nie okazuje nigdy zaskoczenia. Ale teraz rozdziawił usta.

– Ja pieprzę! I to było poświadczone jako autentyk?

– Nie wiadomo, ale Bulstrode uważał, że to autentyk, a był on jednym z najwybitniejszych ekspertów w tej dziedzinie.

– I ta rzecz, ten siedemnastowieczny dokument, jest teraz w rękach tej twojej panienki oszustki?

– Nie nazwałbym jej tak. Zgadza się, jest w jej rękach.

Przeciągnął dłonią po swoich wszczepionych włosach.

– Nie rozumiem. Jak mogłeś być tak głupi? Chwilę, nie odpowiadaj! Dymałeś tę panienkę.

– Chcesz usłyszeć całą historię, Ed?

– Owszem, chcę. Ale chodźmy najpierw do mojego gabinetu.

Tak to mniej więcej wyglądało plus jeszcze więcej obscenicznych wyrażonek. Ed należy do prawników, którzy utożsamiają twardość charakteru ze swobodnym użyciem dosadnego języka. Podczas tego krótkiego spaceru, odprowadzany pełnymi współczucia spojrzeniami personelu, zastanawiałem się, czy zdołam zataić pewne istotne fakty przed jednym z najlepszych nowojorskich speców od krzyżowego przesłuchania. Nie, bolesna prawda musiała w końcu wyjść na jaw, ale nie moje przypuszczenia, nie moje plany. Zasiedliśmy na wyznaczonych sobie miejscach, podałem mu podstawowe fakty, a kiedy już wyciągnął ze mnie tyle, by uznać to za satysfakcjonujące, oznajmił, że musimy zawiadomić policję, a następnie skontaktować się z rzeczywistym spadkobiercą, Oliverem Marchem, i powiadomić go o tym, co się stało. Jednak to nie ja miałem wziąć na siebie ten obowiązek. Odkąd zajęliśmy się tą sprawą, dostrzegł u mnie wyraźne objawy roztargnienia; musiałem się z nim zgodzić. Omówiliśmy moje żałosne wystąpienie podczas porannego spotkania; Ed podkreślił, że planowana fuzja firm medialnych wiązała się z interesami pewnych ważnych klientów i że jest mało prawdopodobne, abym w swoim obecnym stanie ducha dobrze im się przysłużył. Zasugerował mi wzięcie krótkiego urlopu, a potem przybrał dobroduszny ton, jakiego nigdy nie używał w stosunku do mnie; wyglądało to trochę tak, jakby King Kong zajął się pomocą społeczną, zamiast rozwalać Manhattan. Ed zaczął truć, jak bardzo było mu przykro, kiedy rozstaliśmy się z Amalie, i jak często zastanawiał się nad tym, że od tamtego czasu nie jestem już tym samym człowiekiem. Kiedy tylko to powiedział, kiedy te słowa uleciały w powietrze, doznałem uczucia, jakby pękł mi w głowie jakiś balon, i… trudno to opisać, bo nie było w tym żadnej mistyki, żadnego pozacielesnego doświadczenia, raczej głębokie poczucie obcości. Miałem wrażenie, że Ed nawija o kimś, kto w gruncie rzeczy nie jest mną.