Było to w przewrotny sposób dość interesujące: nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o ostatnich dniach życia mojej matki i zacząłem się zastanawiać, czy tak
właśnie się wtedy czuła, sama w zagraconym mieszkaniu, bez dzieci, które już odeszły (owszem, ja zostałem, ale czy nie dawałem do zrozumienia, że trzyma mnie przy niej tylko ponury obowiązek?), z głupią pracą po co to ciągnąć, jaki w tym sens? Ed mówił teraz o przekazaniu moich zadań różnym współpracownikom – „tylko chwilowo, dopóki nie staniesz na nogi” dotyczyło to także sprawy dzwonków polifonicznych do komórek. I to zdanie opanowało bez reszty mój umysł (dzwonki polifoniczne! DZWONKI POLIFONICZNE!!!). Absurdalność tego wszystkiego uderzyła mnie w twarz jak rzucony tort: oto siedzimy sobie, dorośli mężczyźni, istoty ludzkie, ukoronowanie dzieła stworzenia, zatroskani o to, by pieniądze zostały wypłacone, komu trzeba, ilekroć komórka jakiegoś idioty zaśpiewa bi bi-bup zamiast ding ding – i wiązało się to w dziwny sposób z uczuciem wyobcowania i wspomnieniami o matce. Zacząłem płakać i śmiać się jednocześnie. I nie mogłem przestać przez boleśnie długą chwilę.
Wezwano panią Maldonado, która była na tyle rozsądna, aby zadzwonić po Omara. Podjechał pod boczne wyjście i błyskawicznie zabrał mnie stamtąd, żebym nie wprawiał nikogo w zakłopotanie i nie straszył sekretarek. W drodze do domu spytałem go, czy myślał kiedyś o samobójstwie. Przyznał, że owszem, zastanawiał się nad tym po śmierci swego najmłodszego chłopaka, który zginął od strzału w głowę, gdy rzucał kamieniami w żołnierzy podczas pierwszej intifady. Omar chciał wtedy wysadzić się w powietrze, zabijając przy okazji kilku Izraelczyków, a w al Fatah byli wtedy tacy, którzy do tego zachęcali. Ale potem pomyślał, że byłby to grzech zabić siebie i zwyczajnych ludzi. Najpierw zabić kogoś u władzy, a dopiero potem umrzeć – to zupełnie inna sprawa, ale nikt nigdy nie dał mu ku temu okazji. Nie pozostało więc nic innego, jak tylko wyjechać do Ameryki.
To właśnie tamtego popołudnia wyciągnąłem ze schowka na szczotki pistolet, który mam przed sobą, i po raz pierwszy zadałem sobie poważnie słynne pytanie Camusa, jako że, niestety, byłem już w Ameryce. Wetknąłem sobie nawet lufę do ust, żeby poczuć smak śmierci, i uruchomiłem na krótko wyobraźnię, zastanawiając się, komu właściwie przysporzyłbym zmartwień swoją śmiercią akurat w tym momencie. Amalie odczułaby ulgę i mogłaby bez przeszkód poślubić kogoś, kto byłby bardziej jej godny niż ja. Dzieci, prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedziały,
że w ogóle żyję. Paul by się wkurzył, ale w końcu by się z tym pogodził. Miriam sięgnęłaby po swoje leki i brałaby je przez parę miesięcy. Ingrid postarałaby się o nowego kochanka, podobnego do mnie pod każdym istotnym względem. Omar dostałby lincolna i sporą sumkę, więc i on by na tym skorzystał.
Oczywiście nie pociągnąłem wtedy za spust, skoro siedzę tu teraz i piszę. Właściwie otrząsnąłem się z histerii bardzo szybko, co jest jedną z pozytywnych cech człowieka płytkiego jak talerz. Nie położyłem się też na tydzień do łóżka, nie przestałem jeść ani się golić. Pomyślałem wtedy, że osobowość Jake'a wskoczy z powrotem na swoje miejsce i że będę ciągnął to, co było dotąd moim życiem, tyle że bez dzwonków polifonicznych. Teraz wydaje mi się, że ocaliła mnie ciekawość. Chciałem się dowiedzieć, jak poszło Bracegirdle'owi ze szpiegowaniem, przekonać się, czy ta sztuka naprawdę istniała, i poznać Osipa Szwanowa. Tak, ciekawość i umiarkowana żądza rewanżu. Pragnąłem się też dowiedzieć, czyje intrygi spieprzyły mi życie, i dorwać kobietę, która grała Mirandę Kellogg, a mnie zagrała na nosie.
Byłem umówiony ze Szwanowem o dziesiątej w SoHo, ale wcześniej musiałem pojechać do nieco bardziej eleganckiej dzielnicy, bo obiecałem odwieźć Imogen na próbę szkolną. Pani Rylands, instruktorka teatralna w Copley Academy, wystawia co trzy lata Sen nocy letniej, na zmianę z R. i J. i Burzą. Rok wcześniej Imo grała duszka, ale teraz dostała rolę Tytanii i była z tego powodu bardzo dumna. Nie oglądałem jej poprzedniego występu, bo, jak już chyba wspomniałem, nie chodzę do teatru. Nie żebym nie lubił współczesnych przedstawień. Po prostu nie mogę wysiedzieć w pogrążonej w półmroku sali, patrząc na żywych aktorów na scenie. Zaczynałem się dusić trzy minuty po podniesieniu kurtyny, nie mogłem oddychać, imadło zaciskało się boleśnie wokół mojej czaszki, a przewód pokarmowy chciał wydalić swoją zawartość, i to z obu końców. Moja siostra ma oczywiście rację, kiedy mówi, że powinienem sobie zbadać głowę, czego zresztą odmawiam.
Nie przeszkadzają mi natomiast próby, kiedy to światła się palą, ludzie kręcą się po sali, reżyser wydaje polecenia, aktorzy mylą się i opuszczają kwestie. Jest to
nawet zabawne i w niczym nie przypomina sytuacji, kiedy człowiek siedzi w ciemnościach, przykuty do miejsca i zmuszony do milczenia, podczas gdy żywi ludzie w upiornej charakteryzacji udają, że są kimś innym niż w rzeczywistości, tak jak ja.
Kiedy dotarłem do domu swojej żony, Imogen czekała już na stopniach ganku, rozmawiając z kilkoma młodymi ludźmi. Domyśliłem się, że przyjechali białym explorerem ze złoceniami, który parkował z otwartym bagażnikiem, żeby i inni mogli sobie posłuchać muzyki tak głośnej, że obudziłaby zmarłego. Moja córka najwyraźniej doskonale się bawiła, a ja z niechęcią przerwałem tę imprezę. Młodzi ludzie pozdrowili mnie uprzejmie, bo zostali przysłani przez Paula i mieli oko na mój dom, tak jak mi to przyrzekł. Imogen robiła wrażenie trochę złej, kiedy, już w lincolnie, jej o tym powiedziałem, bo myślała, że popełnia jakieś wykroczenie, zabawiając rozmową kilku członków gangu ulicznego. Kiedy sprawa się wyjaśniła, pojechaliśmy do szkoły w milczeniu, przynajmniej z mojej strony; Imogen zaczęła natychmiast rozmawiać przez komórkę z dziewczynami, z którymi właśnie spędziła cały dzień i z którymi miała się za chwilę zobaczyć. Wszystko lepsze niż miła pogawędka z tatą.