Выбрать главу

No cóż, nie ma to jak Szekspir, nawet wystawiany przez dzieci. Pani Rylands lubi Sen nocy letniej, bo może obsadzić w tej sztuce uczniów w różnym wieku, zarówno ze szkoły podstawowej, jak i z gimnazjum; jest na tyle pewna siebie, że daje prościutkie role elfów najmłodszym dzieciom, nieco starszym te bardziej skomplikowane, pierwszo- i drugoklasistów obsadza jako królów, królowe i kochanków, a najstarsze dzieci grają „prostych rzemieślników”. Gdy chłopcy zaczynają brykać i rżeć ze śmiechu, mówi im, że największe role kobiece we wszystkich dramatach grali kiedyś dwunastoletni chłopcy i nikomu nie wydawało się to śmieszne, a teraz przynajmniej wy, wielkie draby, gracie mężczyzn! I co zdumiewające, kiedy te szczerozłote kwestie płyną z ich ust, potrafią na tę chwilę porzucić piekło nastoletniego narcyzmu i zadomowić się w szerszym, bogatszym świecie. Tak przynajmniej ja to odbieram. Patrzyłem, jak moja córka wchodzi w pierwszej scenie drugiego aktu i wygłasza swój wielki monolog: O, to są tylko fałszerstwa zazdrości. Nie wiem, gdzie się tego nauczyła, skąd wie, jak mówić:

Zejść się nie możem od początku lata

Na wzgórzu, łące, w gaju lub na błoniu,

Gdzie zdrój wśród głazów, strumyk szemrze w trzcinie,

Lub na piaszczystym brzegowisku morza -

Zejść się na tańce przy wiatrów poświście…

i jak operować mimiką i gestem, by stworzyć wizję tańca elfów. Pani Rylands była także oczarowana, jest więc pewne, że Imogen w przyszłym roku będzie Julią i poruszy serca widowni.

Jak wspomniałem, bardzo lubię próby i myślę, że obecność na nich wynagradza mi trochę to, co tracę, nie chodząc do teatru. Poza tym w sali roiło się od ślicznych młodych ciał i ich zachwycających mam, co również było miłe. Wymieniłem parę maślanych spojrzeń z kobietami, co nasunęło mi myśli o Ingrid. Kiedy Imogen skończyła swoją scenę, wyszedłem i zadzwoniłem do Tarrytown, żeby się dowiedzieć, czy mogę przyjść po spotkaniu z Rosjaninem, ale Ingrid potraktowała mnie chłodno i oznajmiła, że ma jakąś pilną robotę. Zawsze miałem nosa do kłamstw telefonicznych i wyczułem je także tym razem. To nie było w ogóle w stylu Ingrid, zwykle bardzo prostolinijnej. Czyżby miała nowego kochanka? Prawdopodobnie. Czy mnie to obeszło? Tak, odrobinę. Zawsze się trochę przejmuję, ale nie aż tak bardzo. Można powiedzieć, że stąd te wszystkie gwałtowne zwroty w moim życiu uczuciowym.

Po próbie zapytałem Imogen, czy chce gdzieś jechać. W przeszłości, kiedy była ukochaną córeczką tatusia, uwielbiała, jak ją zabierałem do jakiejś miejscowej restauracji i stawiałem jej lody z owocami, ale to już nie te czasy. Imogen uważa, że rozwód to nudziarstwo, praktycznie wszyscy jej rówieśnicy to dzieci z tak zwanych rozbitych rodzin, a ona wolałaby zachować status „nierozbitej”. Nie wiem zresztą. Nie mam pojęcia, co dzieje się w jej ślicznej główce. Jechaliśmy zatem do domu w niemal całkowitym milczeniu, choć zdążyła mi oznajmić, że Mały Kujon spędził ostatni tydzień, drukując niezliczone stronice z wykresami genealogicznymi, i że nikt (to znaczy ona), nie mógł skorzystać z drukarki. I czy wobec tego

mógłbym mu coś powiedzieć? Mama daje mu wszystko, czego on tylko zapragnie. Obiecałem, że z nim porozmawiam, i kiedy przyjechaliśmy do domu Amalie, rzeczywiście tak zrobiłem.

W całym tym zamieszaniu zapomniałem niemal o zadaniu, jakie powierzyłem synowi, ale, jak już od dawna wiem, Niko potrafi sprawić, że jego obsesje i natręctwa wyglądają niczym elfy tańczące na „piaszczystym brzegowisku morza”. Znalazłem go w pokoju komputerowym, układającego kartki na długim blacie ustawionym na kozłach. Robił to z niezwykłą precyzją, z zachowaniem jednakowych odstępów pomiędzy szeregami. Obserwowałem go przez dłuższy czas, zanim się odezwałem:

– Słuchaj, Niko, Imogen mówi, że znalazłeś coś dla mnie. Coś o Bracegirdle'u?

– Tak, znalazłem – odparł Niko.

Jedną z zalet firm zajmujących się tego rodzaju poszukiwaniami jest to, że ich researcherzy przychodzą, udzielają człowiekowi najlepszej odpowiedzi, jaką udało im się znaleźć, biorą czek i znikają. Ale kiedy prosi się o coś Niko, dostaje się całą historię z wyczerpującymi szczegółami, od pierwszych prób, z opisem zastosowanej logiki plus wszystkich przyjętych strategii, źródeł, naświetleniem wszelkich fałszywych tropów i prezentacją każdego odkrytego faktu. Jako normalna istota ludzka podsumuję:

Nasz Bracegirdle miał syna, także Richarda, który nie zmarł w dzieciństwie, ożenił się i miał siedmioro dzieci; pięcioro dożyło późnego wieku, założyło rodzinę i też miało dzieci. Pod koniec XVII i w XVIII wieku mężczyzn ciągnęło na morze lub do wojska, gdzie zostawali oficerami. Jeden z Bracegirdle'ow dowodził baterią w armii Wolfe'a na Równinie Abrahama pod Montrealem, inny służył w randze kapitana fizylierów pod Plessy. Byli także wielorybnikami i handlarzami niewolników; rzecz kończyła się na… ostatnim męskim potomku, który zmarł w 1923 roku na skutek ran odniesionych podczas pierwszej wojny światowej.

No tak, pomysł był dobry, ale nie dał spodziewanego rezultatu; myślałem o jakimś rodzinnym skarbie, kuferku starych papierzysk na strychu, które okażą się nieznaną dotąd sztuką Szekspira. Popatrzyłem na syna i jego bezużyteczną robotę

i poczułem ukłucie smutku. Miałem ochotę przygarnąć go do siebie, ale się powstrzymałem.

– Szkoda, Niko powiedziałem. Ale warto było próbować. Nie zauważyłeś przypadkiem, czy kręcą się tu jacyś rosyjscy gangsterzy?

– Nie. Kręcą się jacyś dwaj czarni. Jeden ma białego forda explorera z nowojorską rejestracją HYT-620, a drugi zielonego pacera z numerem IOL-871. Nie skończyłem z tymi potomkami. Odszukałem tylko mężczyzn.

– Są jeszcze kobiety?

– Owszem. Przeciętnie połowa to kobiety. Troje z dzieci Richarda Bracegirdle'a juniora to córki. Najstarsza, Lucinda Anne, wyszła za mąż za Martina Lewesa w tysiąc sześćset osiemdziesiątym pierwszym roku…

I zaczęło się. Nie słuchałem go ze szczególną uwagą. Przebywanie z Niko przypomina często siedzenie na brzegu rwącego strumienia, co działa dziwnie kojąco. Myślałem o bliskim spotkaniu z Rosjaninem, o dzisiejszym popołudniowym załamaniu, a także o tym, jak będzie wyglądał mój następny układ seksualny, pod tym wszystkim zaś pulsowała wielka rana: Miranda Kellogg. Opowieść Niko dobiegła końca. Pozbierał poukładane starannie stosiki papieru i pieczołowicie je pospinał. Powiedział, że będę musiał je zabrać, bo matka twierdzi, że ma za dużo wszelkiej dokumentacji, a on sam stracił zainteresowanie genealogią Bracegirdle'ow. Odwrócił się do monitora, założył słuchawki i odpłynął. Znalazłem dużą kopertę, wetknąłem do niej papiery i też odpłynąłem. Nie zobaczyłem się z Amalie ani jej nie szukałem, choć byłem świadom jej obecności w domu, tak jak czuje się nadciągającą wojnę.

„Rasputin” to niewielka sieć punktów typu fast food założona przez parę imigrantów z Rosji, jedna z niezliczonych prób znalezienia kolejnej niszy na tym rynku. Podawali tam rozmaite pierożki, barszcz, rosyjskie ciasta i mocną herbatę w wysokich szklankach. Wnętrza utrzymane są w stylu „nasz stary, zacny Związek Radziecki”: socrealistyczne plakaty, terakota na podłodze, obsługa w rubaszkach i długich spódnicach, parujące samowary i przemyślnie poukładane militaria Armii Czerwonej. Jadłospisy wydrukowane pseudocyrylicą, z odwróconym „R” i tak dalej. Omar podwiózł mnie za pięć dziesiąta do jedynego tajskiego baru na

Manhattanie, na Lafayette Street, i przyczaił się w lincolnie na wypadek, gdyby nasz gangster próbował jakichś paskudnych numerów.