W środku było nawet przyjemnie: parność, woń cynamonu i zapach kapusty. Usiadłem pod oprawionym w bogato zdobioną ramę portretem patrona baru, tyłem do ściany, twarzą do wyjścia, i zamówiłem herbatę i pierożki. Stoliki były zajęte mniej więcej w połowie, głównie przez okolicznych mieszkańców, znudzonych modnymi chińskimi i włoskimi knajpkami. O dziesiątej do baru wszedł mężczyzna i stanął przed moim stolikiem. Wstałem, by uścisnąć jego wyciągniętą dłoń; przybysz usiadł i rozejrzał się z uśmiechem po salce. Był mniej więcej w moim wieku, o połowę szczuplejszy, miał gęste szpakowate włosy, długi nos i inteligentne, głęboko osadzone czarne oczy. Nosił flauszowy płaszcz, czarny golf i modną…
Ach, czy to, kurwa, ma znaczenie, jak wyglądał albo co miał na sobie?! Wróciłem właśnie z przechadzki po wiejskiej posiadłości Mickeya. Wszędzie panuje cisza, wokół snują się poranne mgły. Zajrzałem do szopy, w której stała łódź, do stacji pomp i do garażu na dwa samochody, gdzie zaparkowałem wynajętego ca-dillaca escalade, pojazd tak obszerny, że prawie się mieściłem w fotelu kierowcy. Teraz rozumiem, dlaczego jest tak popularny wśród tęgich Amerykanów. Obok tego wozu stoi harley-davidson Electra Glide, który Mickey kupił przed laty, gdy ja nabyłem motocykl BMW; jak przypuszczam, chciał mi pokazać, że on też jest chojrak, choć ja kupiłem swoją maszynę dlatego, że nie mogłem sobie pozwolić na utrzymanie samochodu.
Małe śniadanko i oto znów jestem przy klawiaturze.
Rozglądałem się zapewne pytającym wzrokiem, bo Szwanow spytał: „Cóż to, spodziewał się pan kogoś innego?”, na co odparłem, że według powszechnych wyobrażeń rosyjscy gangsterzy zawsze podróżują z obstawą. Roześmiał się, pokazując zęby z kosztownymi koronkami, założonymi w jednej z przemysłowych demokracji.
– Tak, sześciu zbirów w skórzanych kurtkach i kilka ukraińskich dziwek Chce pan, to zadzwonię.
Mówił po angielsku prawie bez akcentu, tylko czasem opuszczał przedimki i zaimki, rzecz typowa dla ludzi, których macierzysty język jest bogaty w formy fleksyjne. Miał wyraźnie ochotę pogawędzić, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi, którzy spotykają się po krótkim czasie. Pomyślałem, że zrobię mu przyjemność, więc zaczęliśmy rozmawiać o mojej siostrze i jej bajecznej karierze. Potem przerzuciliśmy się na Rasputina; powiedział, że był jednym z pierwszych inwestorów, a ja spytałem żartem, czy złożył komuś ofertę nie do odrzucenia.
Jego uśmiech nieco przygasł.
– Panie Mishkin, nie wiem, za kogo mnie pan uważa, a więc pozwoli pan, że coś wyjaśnię, aby uniknąć nieporozumień. Jestem biznesmenem. W przeszłości pracowałem dla radzieckiego rządu, jak każdy, ale od piętnastu lat zajmuję się biznesem. Prowadzę interesy w Rosji, na Ukrainie, w Kazachstanie, w Izraelu, a także tutaj. Chciałby pan pewnie wiedzieć, jakiego to rodzaju interesy. Przede wszystkim jestem inwestorem. Ktoś ma pomysł, ja mam pieniądze, a także kontakty. Kontakty są bardzo ważne w rosyjskim społeczeństwie, bo w taki właśnie sposób uczyliśmy się robić interesy w przeszłości. Zaufanie, rozumie pan? Nie mamy tego, co nazywacie zasadami w biznesie, systemu sądownictwa i tak dalej. W zamian za swoją inwestycję zostałem udziałowcem, zupełnie jak na nowojorskiej giełdzie.
– Jest pan rekinem pożyczkowym zauważyłem.
– Tak jak Citycorp i J.P. Morgan Chase. Myśli pan, że oni nie biorą wysokiego procentu? Ja udzielam wysoko oprocentowanych kredytów ludziom z tak zwaną złą przeszłością, nikt inny nie da im takich pieniędzy, a więc przychodzą do Szwanowa, dają mi pewną część i w ten sposób wszyscy są zadowoleni.
– A jeśli nie są zadowoleni, ma pan ludzi, którzy przychodzą i łamią im nogi, co jest jedyną rzeczą, jaka odróżnia pana od banku Morgan Chase.
Znów się uśmiechnął. Machnął lekceważąco ręką.
– Przepraszam, nie mam nic wspólnego z tymi typami od długów. To specjalność całkiem innych firm.
– Specjalność?
– Właśnie. Kupuje pan parę butów firmy Nike, a skąd pan wie, gdzie są robione? Może w Chinach przez jakąś uprowadzoną, przykutą do maszyny dziewczynę,
którą głodzą i biją. Jest napis „Nike”, tylko tyle pan wie, szacowna firma. Myślę, że nawet oni nie mają pojęcia, kto dla nich produkuje. Jeśli chce pan być taki czysty, powinien pan być księdzem, a nie zajmować się biznesem. Zgadza się pan?
– Nie bardzo. A skoro już mówimy o uprowadzonych dziewczynach, to myślę, że jedna z pana wyspecjalizowanych firm napadła przedwczoraj na mojego pracownika i uprowadziła z mojego domu młodą dziewczynę.
Szwanow przywołał gestem kelnerkę i zamówił herbatę i bliny. Kiedy się oddaliła, spytał:
– A dlaczego, według pana, miałbym to robić?
– Może sam pan mi powie.
Zignorował moje słowa i spojrzał zimno.
– Uprowadzenie jest poważnym przestępstwem. Myślę, że powiadomił pan władze?
– O napaści na mojego pracownika tak. Ale nie o uprowadzeniu. Wolę, żeby pozostało to między nami biznesmenami.
Kelnerka przyniosła zamówione bliny znacznie szybciej niż moje pierogi.
Szwanow napił się herbaty, napoczął blina, westchnął i powiedział:
– Niech pan posłucha, panie Mishkin, obaj jesteśmy zapracowanymi ludźmi, więc przejdźmy od razu do rzeczy, dobrze? Opowiem panu, jak było. Ten cały profesor Bulstrode przychodzi do mnie i mówi: „Szwanow, mam klucz do wielkiego skarbu kultury i zwracam się do pana jako człowieka kulturalnego, żeby pomógł mi pan go znaleźć i przywrócić światu. Potrzebuję w tym celu drobnej sumy pieniędzy”. Na to ja: „Oczywiście, profesorze, proszę, oto dwadzieścia tysięcy dolarów; jeśli będzie pan potrzebował więcej, niech pań powie”. Rozumie pan, nawet taki człowiek interesu jak ja ma duszę i nie chce spędzić całego życia w łaźni i przy pierożkach albo w barach z dziewczętami, poza tym widziałem w tym potencjalne źródło gotówki dla swojej firmy. A więc dałem mu pieniądze na poszukiwanie tego skarbu. Potem wyjechał z kraju i słuch po nim zaginął. Minęło kilka tygodni i dostałem niepokojącą wiadomość z wiarygodnego źródła. Powiedziano mi, że profesor wrócił i że znalazł swój skarb, ale nie chce się nim dzielić ze Szwanowem. Co więc robię? Dzwonię do niego, a on wszystkiemu zaprzecza nie ma skarbu,
trafił na ślepy zaułek. W mojej branży ludzie często nie chcą się dzielić zyskami i wtedy muszę sięgać po drastyczne środki…
– Kazał go pan torturować.
– Chwileczkę! Nic nie kazałem. Nie mam nic wspólnego z torturami, podobnie jak prezydent Bush. Tak czy inaczej moje źródła doniosły mi, że profesor zdeponował papiery – które w moim przekonaniu należą do mnie w pańskiej firmie, panie Mishkin. I dowiaduję się ze swoich źródeł, że pojawiła się spadkobierczyni, która może rozporządzać majątkiem profesora, a ja oczywiście mam nadzieję, że postąpi właściwie i odda mi te papiery. Że porozumie się z panem w kwestiach prawnych i że wkrótce skontaktuje się ze mną, abyśmy mogli ubić interes. A pan mi mówi, że została uprowadzona. Nie, o tym nie wiem, klnę się na Boga.
Dziwne, ale mu wierzyłem, co byłoby wykluczone, gdybym nie zdawał sobie sprawy, że moja Miranda jest oszustką.
– Cóż, panie Szwanow – powiedziałem. – To stawia sprawę w zupełnie innym świetle. Ale jeśli nie przetrzymuje pan Mirandy Kellogg, to dlaczego się spotykamy?
– Dlaczego? Bo jest pan pełnomocnikiem zmarłego w kwestiach spadkowych, a zostawił on coś, co należy do mnie – napisany przez Richarda Bracegirdle'a manuskrypt z siedemnastego wieku. Widziałem go. Zapłaciłem ekspertom, żeby potwierdzili jego autentyczność. Mam dokumenty, z których wynika, że jestem jego właścicielem. Wszystko jest całkowicie legalne i jawne. Chyba nie w tej sprawie chciał się pan ze mną spotkać?