Выбрать главу

Pan Glaser wyszedł na dłużej w sprawach handlowych, więc Crosetti zbytnio się nie przemęczał; musiał tylko przejmować obowiązki Pameli, dziewczyny pracującej na miejscu Carolyn (i całkiem do niej niepodobnej), kiedy miała przerwę. Antykwariaty z cymeliami nie są specjalnie oblegane, nawet na Madison Avenue, toteż Pamela przez większość czasu dzwoniła do przyjaciółek, które, sądząc po dobiegających z góry chichotach, musiały mieć fantastyczne poczucie humoru, albo przeglądała oferty pracy, wyjaśniając nie pytana, że chodzi jej o jakieś wydawnictwo.

Crosetti zdawał sobie sprawę z tego, że jest dla niej nieprzyjemny – nie umarłby przecież, gdyby okazał jej trochę sympatii ale nie mógł wykrzesać z siebie jakiegokolwiek zainteresowania dla studentki, której marzyła się praca w wydawnictwie.

Podczas jednej z takich zmian warty poprosiła, żeby zdjął jej jakąś książkę z górnej półki. Kiedy wszedł na drabinkę, usłyszał cichy okrzyk przestrachu. Podał jej książkę, a ona spytała z szeroko otwartymi oczami:

– Masz rewolwer za paskiem? Widziałam, kiedy sięgałeś…

– Tak. Książki to niebezpieczne zajęcie. Nigdy za dużo ostrożności. Są ludzie gotowi zrobić wszystko, żeby zdobyć pierwsze wydanie Emily Brontë… Cokolwiek.

– Nie! Poważnie?

– Czy poważnie? Jestem tajemniczym kosmopolitą.

Żart był kiepski, więc pomyślał przelotnie, czy nie powiedzieć, że miło mu ją widzieć, aby się przekonać, czy rozpozna kwestię z Lady Lou; mógłby ją wtedy zapytać, czy widziała ten film, komedię romantyczną, która przyniosła Mae West jedyną nominację do Oscara, i tak dalej, i tak dalej, gadka w jego zwykłym stylu, ale uznał, że nie warto się wysilać. Wzruszył ramionami, posłał jej blady uśmiech, podał książkę i stanął za kontuarem.

Kiedy wróciła z lunchu, odniósł wrażenie, że nie jest już tak przyjacielsko nastawiona jak przedtem. Wyglądało na to, że się go trochę boi, co bardzo mu odpowiadało. Resztę popołudnia spędził na wydzwanianiu do znajomych, którzy mogli mieć coś do wynajęcia, szukał też w Internecie. Po pracy udał się pod najbardziej odpowiedni adres, jaki znalazł; pokój w dużym lofcie niedaleko Brooklyn Navy Yard. Mieszkał tam jego przyjaciel z college'u, inżynier akustyk, ze swą dziewczyną, piosenkarką. Na liście lokatorów było mnóstwo niedoszłych ludzi mediów; przyjaciel zauważył, że niedługo Navy Yard zostanie drugim Williamsburgiem. Budynek cuchnął starymi toksynami, ale wszystkie pomieszczenia wypełniało blade ochrowe światło z wielkich i brudnych okien fabrycznych, co Crosettiemu kojarzyło się boleśnie z loftem Carolyn. Był typem masochisty, więc już samo to wystarczyło, by się zdecydował. Schodził po połamanych stopniach schodów uboższy o osiemset dolarów, ustaliwszy wcześniej, że przeprowadzi się po

Święcie Dziękczynienia. Wielokrotnie zmieniając autobus, wrócił do metra i dotarł na Sto Czwartą Ulicę przy Ozone Park.

Kiedy skręcił z Liberty Avenue w Sto Szóstą, gdzie mieszkał, zobaczył czarnego SUV-a z przyciemnionymi szybami. Nie była to dzielnica, w której spotykałoby się często nowiutkie, lśniące auta za czterdzieści tysięcy dolarów, a ponieważ Crosetti znał wszystkie samochody, które zwykle tu parkowały, na widok tego wozu natychmiast pomyślał o ostrzeżeniu Klima z poprzedniego wieczoru, więc choć nie był całkiem przygotowany na niespodzianki, nie zaskoczyło go zbytnio to, co się stało. Kiedy mijał pośpiesznie samochód, usłyszał szczęk otwierających się raptownie drzwi i odgłos kroków na chodniku. Odwrócił się i zobaczył idących ku niemu dwóch mężczyzn w czarnych skórzanych płaszczach. Obaj byli wyżsi od niego, jeden znacznie potężniejszy. Mieli naciągnięte na głowy kaptury i oczy zasłonięte wielkimi ciemnymi okularami, co w jego przekonaniu dowodziło złych zamiarów. Niewiele myśląc, Crosetti wyciągnął trzydziestkę ósemkę ojca i strzelił w stronę wyższego mężczyzny. Pocisk drasnął jego skórzany płaszcz i roztrzaskał przednią szybę samochodu. Mężczyźni przystanęli. Crosetti podniósł rewolwer i wycelował w głowę wyższego. Obaj wycofali się niespiesznie i wsiedli do samochodu, który ruszył z piskiem opon.

Crosetti usiadł na krawężniku i wsunął głowę między kolana, czekając, aż przejdą mu mdłości. Przez chwilę wpatrywał się w rewolwer, jakby był to wytwór jakiejś pozaziemskiej cywilizacji, po czym wrzucił go do torby.

– Albercie! Co się stało?

Crosetti obrócił się gwałtownie i zobaczył drobną siwowłosą kobietę w różowym dresie i grubym jasnoniebieskim swetrze, stojącą w progu swego domu.

– Nic, nic, pani Conti. Jacyś faceci próbowali mnie uprowadzić. Postrzeliłem jednego i uciekli. Już po wszystkim.

Chwila milczenia.

– Mam zadzwonić po policję?

– Nie, dziękuję, pani Conti. Sam zadzwonię.

– O Madonno! To była taka spokojna dzielnica! powiedziała pani Conti i wróciła do kuchni.

Crosetti podniósł się i ruszył chwiejnym krokiem w stronę domu. Przy krawężniku stał stary, lśniący karawan Cadillaca; Crosetti obrzucił go kwaśnym spojrzeniem. Chciał się wślizgnąć niepostrzeżenie przez kuchnię, może nalać sobie duży kieliszek czerwonego wina i pójść do swojego pokoju odpocząć, ale nic z tego nie wyszło – ledwie zamknął za sobą drzwi, zjawiła się Mary Peg.

– Allie! Nareszcie jesteś. Próbowałam się do ciebie dodzwonić przez cały dzień. Nie odbierasz wiadomości?

– Przepraszam, mamo, ciągle miałem zajętą komórkę. Zaczerpnął głęboko powietrza. – Prawdę mówiąc, szukałem mieszkania. I chyba znalazłem, na Brooklynie, u Becka, no wiesz, tego ze szkoły.

Mary Peg zamrugała zdziwiona, pokiwała głową i oznajmiła:

– No cóż, to twoje życie, kochanie. Ale chciałam z tobą o czymś porozmawiać: dzwonił tu prawnik Bulstrode'a.

– Bulstrode nie żyje odpowiedział głupkowato.

– Tak, ale zmarli też mają adwokatów. Chodzi o spadek. – Przyjrzała mu się uważnie. Albercie, czy coś się stało?

Crosetti chciał przez moment zataić zdarzenie, jakie rozegrało się przecznicę dalej, ale uświadomił sobie, że Agnes Conti rozpowszechniała informacje z prędkością, o jakiej inżynierowie z telekomunikacji mogli tylko marzyć, i wkrótce zadzwoni, żeby przekazać szczegóły, prawdziwe i zmyślone.

– Usiądź, mamo poprosił.

Usadowili się w kuchni. Popijając wino, Crosetti opowiedział całą historię. Mary Peg wysłuchała go, przyjmując te wieści nadzwyczaj spokojnie. W gruncie rzeczy było jej teraz łatwiej powiedzieć to, co miała synowi do przekazania.

– Mamo! Dlaczego to zrobiłaś? – jęknął Crosetti. – Boże, nienawidzę, kiedy działasz za moimi plecami!

– A ty to co? Kradniesz broń ojca i zamieniasz dom w fortecę?

– To nie to samo. Musiałem to zrobić – powiedział Crosetti bez entuzjazmu.

Marzył, żeby się wreszcie położyć.

– No więc ja też pomyślałam, że należy coś zrobić, a ponieważ byłeś nieuchwytny i zbyt zajęty ucieczką z domu czy innymi sprawami, żeby odebrać ode mnie wiadomości…

Warkot samochodu podjeżdżającego pod dom kazał jej przerwać w pół zdania.

– Ach, to na pewno Donna powiedziała Mary Peg i poszła otworzyć.

Crosetti nalał sobie jeszcze jeden kieliszek wina. Kiedy je dopijał, do kuchni wszedł Radosław Klim, ogolony, w czarnej kurtce karawaniarza i pod krawatem. W ręku trzymał czarną czapkę z błyszczącym daszkiem.

– Chcesz wina, Klim?

– Nie, dziękuję. Za chwilę muszę jechać.