Выбрать главу

– Jest już ciemno. W nocy nie ma pogrzebów.

– To nie jest prawdziwy pogrzeb, tylko zlot wampirów.

– Co takiego?

– Tak, to teraz bardzo modne: bogaci młodzi ludzie udają, że są wampirami, jeżdżą karawanami i urządzają imprezy w kryptach dawnych kościołów. Ach, idzie twoja mama. A to pewnie córka. Dobry wieczór.

Donna Crosetti albo po prostu Donna, jak ją nazywano w rodzinie, była chudym, rudowłosym klonem swojej matki i ozdobą nowojorskiego Stowarzyszenia Pomocy Prawnej, przyjaciółką uciśnionych (według matki) lub naiwną humanistką, za sprawą której zatwardziali kryminaliści wychodzili z więzienia i grasowali swobodnie na ulicach (jak utrzymywała jej siostra Patty). Była najmłodszą córką, tylko o rok starszą od Alberta, i miała nadmiar charakterystycznej dla średniego dziecka empatii dla skrzywdzonych; od samego początku świadomego życia skupiała ją na młodszym bracie, obiekcie nienawiści i pretensji, a jednocześnie stworzeniu, które należało strzec przed wszelkimi zagrożeniami i bronić do ostatniej kropli krwi. Crosetti żywił podobne uczucia w stosunku do niej i tak samo nie potrafił ich wyrazić: typowy przykład miłości w impasie.

Klim przedstawił się, uścisnął dłoń nieco wystraszonej Donny Crosetti, pocałował Mary Peg w oba policzki i wyszedł.

– A to kto?

– Nowy przyjaciel mamy – wyjaśnił Crosetti.

– Co takiego?! – zawołała Donna, która nie była wtajemniczona.

– To nieprawda – powiedziała Mary Peg.

– Prawda – zapewnił Crosetti. – Jeździ też karawanem.

– W nocy?

– Tak, na imprezy wampirów. Co u ciebie, Donno?

– On nie jest moim przyjacielem – oznajmiła zdecydowanie Mary Peg. – Jak możesz tak mówić, Albercie?!

– Jest – upierał się, czując, jak lata cofają się nagle, co było uczuciem nieprzyjemnie psychotycznym i jednocześnie dziwnie kojącym. Za chwilę Donna zaczęłaby wrzeszczeć i gonić go dookoła stołu z patelnią w małej piąstce, a matka próbowałaby ich uspokoić, rozdając na chybił trafił klapsy i grożąc, że ojciec zrobi im piekło, jak wróci.

Donna Crosetti spojrzała na matkę, a potem na brata.

– No nie…

– No tak – powiedziała Mary Peg. – To przyjaciel Fanny, który pomaga rozszyfrować manuskrypt znaleziony przez Alliego. Pracował do późna, więc zaproponowałam mu, żeby przenocował w pokoju Patty.

– To było trzy dni temu – poinformował Crosetti. Objął się czule rękami i zaczął cmokać, imitując pocałunki.

– Och, dorośnij wreszcie! – skarciła go siostra.

Pokazał jej język, a ona wzniosła oczy ku niebu i przysiadła na kuchennym stole. Ze swojej pojemnej torby wyjęła oprawioną w skórę teczkę, otworzyła ją wprawnym ruchem zawodowca i oznajmiła:

– Jeśli ten facet wraca o ósmej, to nie mamy zbyt wiele czasu. Zacznijmy od

początku.

Crosetti spojrzał na matkę.

– Nie rozumiem, dlaczego musimy to robić burknął.

– Ponieważ cię oszukano i jesteśmy tu po to, aby ustalić, czy wnosisz sprawę i domagasz się, żeby zapłacili ci kwotę odpowiadającą realnej wartości manuskryptu albo ci go zwrócili.

– A ja nie chcę, żeby mi go zwracali – oświadczył Crosetti niezadowolony; wino, które wypił na pusty żołądek, uderzyło mu do głowy. – Wolałbym, żeby się to nigdy nie wydarzyło. Tego właśnie bym chciał.

– No cóż, synku – rzekła Mary Peg. – Trochę za późno. Sprawą musi się zająć prawnik, a Donna jest naszym rodzinnym prawnikiem. I myślę, że docenisz jej

dobrą wolę i chęć pomocy, zwłaszcza że właśnie postrzeliłeś kogoś przed domem…

– Co?! – zawołała Donna, prawnik rodzinny. – Postrzeliłeś kogoś? Czy zawiadomiłeś…

– Nie, i nie zamierzam. Chciało mnie uprowadzić dwóch drabów…

– Co takiego? Kto?

– Uspokój się, Donno – prosił. – To nie film z Abbottem i Costellem. Chcesz się dowiedzieć, co się stało, czy nie?

Donna odetchnęła głęboko i znów przybrała profesjonalną postawę.

Wyjaśnienie historii zabrało prawie godzinę, tyle bowiem zajęły pytania Donny, powracanie do różnych wątków i wykręty w relacji braciszka, typowe i denerwujące, a także obszerne uwagi dotyczące szyfrów i roli Klima w domu czy szczególnego przypadku Carolyn Rolly. Zanim Donna poczuła się usatysfakcjonowana, w małej kuchni zrobiło się nieznośnie gorąco, a poziom czerwonego wina w czterolitrowym dzbanie obniżył się o jakieś dwa cale.

Donna przekartkowała notatki i zerknęła na zegarek.

– Okay, podsumujmy, zanim przyjdzie ten facet. Przede wszystkim to, że padłeś ofiarą rzekomego oszustwa, nie daje ci żadnych praw do spadku po profesorze. Nie miałeś prawa sprzedawać tego manuskryptu. Podobnie jak twoja kumpelka Rolly. Oboje konspirowaliście, żeby ukraść legalną własność waszego pracodawcy. Zacznę więc od tego, że przekonam Mishkina, aby zapomniał o tym cholernym rękopisie i dał sobie spokój. Trzeba było porozmawiać ze mną wcześniej…

– Nikt niczego nie ukradł, Donno – zapewnił ją brat. – Już ci to wyjaśniałem. Sidney kazał nam porozcinać książki i zrobiliśmy to. Dostał tyle, ile były warte mapy i ryciny, a resztę obejmowało ubezpieczenie. To jest tak jak ze złomowanym samochodem. Właściciel złomowiska płaci za niego dziesięć dolców, a jeśli znajdzie pod przednim siedzeniem płytę kompaktową, nie musi jej oddawać.

– Dziękuję, panie doradco. Widzę, że studiował pan prawo w innej szkole niż ja. Zasada „kto znalazł, to jego” obowiązuje tylko w piaskownicy. A gdyby ten twój facet ze złomowiska znalazł w rozbitym samochodzie pierścionek z brylantem, to, jak myślisz, mógłby go dać narzeczonej?

– Dlaczego nie?

– Dlatego, że nie istnieją żadne racjonalne powody, by oczekiwać, że w samochodzie znajduje się pierścionek z brylantem. Gdyby prawowity właściciel zobaczył przypadkiem ten pierścionek na palcu owej narzeczonej, mógłby wnieść o odzyskanie mienia i wygrałby sprawę. Kiedy Glaser dawał wam te książki, nie miał pojęcia, że zawierają manuskrypt dużej wartości. A kiedy go znaleźliście, waszym obowiązkiem było powiedzieć mu, że jego własność jest warta znacznie więcej, niż sądził, a nie przywłaszczać jej sobie.

– Jeśli więc znajdę na wyprzedaży obraz i rozpoznam w nim Rembrandta, a sprzedający nie, to muszę mu o tym powiedzieć? Nie mogę po prostu dać mu dziesięciu dolców i sprzedać obrazu za dziesięć milionów?

– To zupełnie inna sytuacja. Po pierwsze, odnosisz korzyść dzięki swojej wiedzy, co jest legalne, i zostajesz właścicielem obrazu, zanim go sprzedasz. Tak, nawiasem mówiąc, postąpił z tobą Bulstrode. To podstępne działanie, ale całkowicie zgodne z prawem. Po drugie, nigdy nie byłeś właścicielem książek, z których został wyjęty manuskrypt. Był nim i pozostaje Glaser. Radziłabym ci, abyś się z nim jak najszybciej skontaktował i powiedział mu o wszystkim.

– Och, wielkie dzięki.

– Głupi dzieciaku, skup się! Ukradłeś przedmiot o wartości od pięćdziesięciu do stu tysięcy dolarów. Za parę minut zjawi się tu gość, przekonany, że ten wartościowy przedmiot stanowi część spadku, który mu powierzono. Jak myślisz, co zrobi jako przedstawiciel sądu, kiedy mu powiemy, że ten wartościowy przedmiot należy właściwie do kogoś innego i należał już wtedy, gdy sprzedawałeś go jego klientowi?

– Słuchaj jej, Albercie – doradziła surowo Mary Peg.

Crosetti wstał od stołu i wyszedł sztywnym krokiem z kuchni, kipiąc ze złości. Na jakimś racjonalnym poziomie rozumowania zdołał przekonać samego siebie, że cała transakcja jest swego rodzaju psikusem, czymś w rodzaju zdjęcia znaku stopu ze słupa, za co został słusznie ukarany, padając ofiarą przekrętu Bulstrode'a. W sensie moralnym, tłumaczył sobie, rzecz jest błaha. Ale teraz siedział z dwiema spośród trzech kobiet, którym starał się zaimponować (Rolly była chwilowo nieobecna), tymczasem one zgodnie uważały go za absolutnego palanta i przestępcę.