I tu odczuł całe brzemię rodziny: jej rozczarowanie, choć ukryte pod płaszczykiem serdeczności, że nie jest takim bohaterem jak ojciec, że nie jest człowiekiem sukcesu jak jego siostry, a zwłaszcza że nie jest absolwentem Princeton i wydziału prawa na Columbii jak Donna. Poza tym szumiało mu w głowie od wina i pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli wejdzie na górę i palnie sobie w łeb z rewolweru, co zaoszczędzi wszystkim wielu kłopotów.
On jednak – jako przyzwoity młody człowiek z kochającej rodziny, nie zaś udręczony neurotyczny artysta, jak sobie czasem (w tej chwili) wyobrażał wyciągnął komórkę i zadzwonił do Simona Glasera, który przebywał w Los Angeles. Miał jego numer w swoim telefonie i Glaser odpowiedział po trzecim sygnale. Z zasady był staroświecki, ale dla komórek robił wyjątek.
– Albercie! Coś się stało?
– Nie, nie, z antykwariatem wszystko w porządku, panie Glaser. Zaszła pewna okoliczność i przepraszam, że pana niepokoję, ale muszę o coś pilnie zapytać.
– Tak?
– Hm, to dość długa historia. Może pan rozmawiać?
– Tak. Właśnie wybierałem się na kolację, ale możemy chwilę pomówić. O co chodzi?
– Okay, chodzi o Churchilla. Tego, który został zniszczony podczas pożaru. Prosił pan Carolyn, żeby go porozcinała…
– Ach, tak? I co z nim?
– Zastanawiałem się właśnie nad… nad tym, co z niego zostało. Mam na myśli…
Chwila milczenia.
– Dzwonili z ubezpieczenia?
– Nie, to nie jest kwestia ubezpieczenia…
– Bo to, co wypłacili, równa się mniej więcej temu, co dostalibyśmy na aukcji, więc… słuchaj, Albercie, jeśli zadzwonią, jeśli w ogóle zadzwonią, odeślij ich do mnie, rozumiesz? Nie rozmawiaj z nimi o rozcinaniu książek ani o tym, co zrobiła Carolyn, o niczym. Mam na myśli ryciny i mapy, zdobione grzbiety, to są naprawdę banalne sprawy, a wiesz, jacy są ci faceci z firm ubezpieczeniowych…
– Przepraszam… zdobione grzbiety?
– Tak, Carolyn mówiła, że ma na nie klienta, i pytała, czy może je wypolerować, odświeżyć i tak dalej, i sprzedać. Dałem jej wolną rękę. W dokumentacji powinien być rachunek. Ale najważniejsze…
– Przepraszam, panie Glaser. Kiedy to było?
– Och, nazajutrz po pożarze. Przyszła i spytała, czy może się zająć spalonymi książkami, skórą i tak dalej. Wiedziałeś, że zajmowała się po amatorsku introligatorstwem?
– Albercie! – zawołała Mary Peg. – Wracaj tu!
Crosetti zakrył kciukiem mikrofon komórki i zawołał:
– Chwileczkę, mamo! Rozmawiam z panem Glaserem. Po czym zwrócił się do antykwariusza: – Ach tak, owszem, wiedziałem o tym. A więc właściwie sprzedał jej pan te książki?
– No tak, okładki ze środkiem, bez rycin i tak dalej. Zdaje się, że po trzydzieści dolarów za tom. Naprawdę nie lubię zawracać sobie głowy takimi sprawami, a Carolyn zrobiła z tego mały biznes, pięknie oprawiała bezwartościowe książki i sprzedawała je dekoratorom wnętrz, którzy potem wciskali je pewnie różnym analfabetom, żeby mogli chować za nimi swoje barki. Ale o co właściwie chciałeś mnie spytać?
Crosetti wymyślił coś na poczekaniu: jak zaksięgować straty powstałe w wyniku pożaru. Otrzymał krótką odpowiedź i zakończył rozmowę. To, czego się właśnie dowiedział, przyniosło mu ulgę i jednocześnie go zaszokowało. Ulgę, bo wyjaśniła się kwestia prawowitego właściciela manuskryptu; zaszokowało, bo Carolyn kazała mu myśleć, że transakcja miała w sobie coś niejasnego i podejrzanego, co w rzeczywistości nie było prawdą. A więc dlaczego pozwoliła mu wziąć ten manuskrypt? Dlaczego udawała, że została do tego nakłoniona czymś w rodzaju małego szantażu? Dlaczego posłużyła się tym rzekomym przestępstwem jako emocjonalnym bodźcem, co zmusiło go do sprzedania rękopisu Bulstrode'owi? Nie było w tym wszystkim najmniejszego sensu. I jak miał to przekazać siostrze?
Wrócił do kuchni i zrelacjonował w głównych zarysach rozmowę, którą właśnie odbył; tak jak się spodziewał, Donna miała mnóstwo zastrzeżeń, które przed chwilą przyszły do głowy także jemu samemu. Przerwał jej jednak, bo wiedząc, że ma rację, stał się bardziej agresywny.
– Donno, na miłość boską, to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia! Jestem w każdym sensie właścicielem manuskryptu Bracegirdle'a. Carolyn tu nie ma, a Glaser nie będzie z tego robił afery, bo mam wrażenie, że orżnął towarzystwo ubezpieczeniowe na tych zniszczonych książkach. Prawdopodobnie zażądał pokrycia całej wartości i zapomniał napomknąć, co zarobił na mapach i rycinach, czyli o jakichś pięciu tysiącach. A więc tu sprawa jest jasna.
– Nie jestem taka pewna rzekła Donna. – Towarzystwo ubezpieczeniowe może uznać się za właściciela manuskryptu. Zapłaciło za niego.
– No więc niech wystąpią do sądu – warknął Crosetti. – Czy jest tymczasem jakaś szansa, żeby wyłączyć ten manuskrypt z masy spadkowej?
– Możesz wystąpić do sądu – odparła Donna z równą zaciekłością.
– Dzieci – wtrąciła Mary Peg dobrze im znanym tonem. – Uspokójcie się. Jeśli nikt niczego nie ukradł, to mamy całkiem inną sytuację, dzięki Bogu. Poczekajmy, co nam powie ten pan Mishkin. Bardziej martwi mnie ta próba uprowadzenia. Zadzwonię do Patty. Myślę, że należy zawiadomić policję.
Mówiąc to, podniosła słuchawkę kuchennego telefonu, ale zanim zdążyła wybrać numer, ktoś zadzwonił do drzwi. Mary Peg poszła otworzyć i wpuściła rosłego mężczyznę w czarnym skórzanym płaszczu. Był krótko ostrzyżony i miał ponure spojrzenie; Crosetti pomyślał, że może to być jeden z niedawnych napastników. Gdy jednak mężczyzna wszedł dalej, żeby się przedstawić, można się było zorientować, że mimo surowych rysów nie jest zbirem i że ma jakiś smutek w czarnych oczach, smutek, który przypominał Crosettiemu ojca, także mężczyznę o surowej twarzy i posępnym spojrzeniu.
Mary Peg oznajmiła, że będzie im znacznie wygodniej w salonie (to znaczy z dala od tych kompromitujących kieliszków na stole i oparów wina), a zatem wszyscy udali się gęsiego do pokoju z meblami o wytartej tapicerce, bibelotami i portretem bohatera, gdzie gospodyni zapytała, czy może odebrać płaszcz od pana Mishkina, i zaproponowała kawę.
Kiedy się rozsiedli, Donna bezzwłocznie dała do zrozumienia, że to ona tu rządzi. Poinformowała wielkoluda, kim jest, i wyjaśniła, że tymczasowo reprezentuje rodzinę, po czym wyliczyła to, co uważała za podstawowe fakty w sprawie. Że brat udał się do profesora Bulstrode'a w dobrej wierze, aby ten ocenił wartość XVII-wiecznego
manuskryptu będącego w jego posiadaniu. Że Bulstrode postąpił niezgodnie z etyką eksperta, który ma obowiązek dokonać uczciwej oceny. Że, mówiąc wprost, skłamał co do treści manuskryptu, który był ważnym przyczynkiem do badań twórczości Szekspira, i nabył od Alberta Crosettiego ów dokument za kwotę stanowiącą ułamek jego rzeczywistej wartości, czyli dokonał transakcji, którą każdy sąd uzna za nielegalną. I co on, pan Mishkin, zamierza z tym zrobić?
– No cóż, pani Crosetti – odrzekł Mishkin. – Mogę zrobić niewiele. Jestem tu w pewnym sensie „pod fałszywym pretekstem”. Do osobistego zaangażowania w tę sprawę skłonił mnie fakt, że na krótko przed swą tragiczną śmiercią profesor Bulstrode przyszedł do mnie i zdeponował w naszej kancelarii rękopis, który zakupił od obecnego tu pana Crosettiego. Potrzebował rady w kwestii praw autorskich i ja mu jej udzieliłem. Manuskrypt był częścią jego masy spadkowej i kiedy zjawiła się kobieta, która przedstawiła się jako spadkobierczyni, zajął się tym odpowiedni dział naszej kancelarii. Mnie osobiście nie interesuje ten aspekt sprawy.