PIĄTY ZASZYFROWANY LIST
Panie mój, nie miałem wieści od Ciebie odpięciu miesięcy i co powinienem zrobić? W.S. powiada, że nie odda swojej sztuki o Maryi nikomu, tylko do rąk własnych lorda Rochestera lub kogoś z jego rodu. Czy mam ją wykraść i przesłać Waszej Lordowskiej Mości? Pan Wales został zabity w tym tygodniu, znaleziono go zakłutego w Mincing Lane. Z Londynu, 2 decembra 1611. Pozostając najwierniejszym i uniżonym sługą Waszej Wysokości
Richard Bracegirdle
15
Kiedy Szwanow wyszedł, zadzwoniłem z komórki do Miriam. Była oczywiście poza domem i miała wyłączony telefon (nigdy w ciągu ponad dwudziestu lat nie dodzwoniłem się do swojej siostry za pierwszym razem), toteż zostawiłem jej wiadomość. Trochę histeryczną. Dlaczego? Dlatego, że nikt oprócz nas trojga miał nie znać naszego ojca? To śmieszne, ale poczułem paniczny lęk.
Nazajutrz, około dziesiątej rano, zadzwoniła do mnie na komórkę kobieta nazwiskiem Donna Crosetti i oznajmiła, że reprezentuje swego brata Alberta w sprawie pewnych papierów, które zmarły profesor Bulstrode nabył w wyniku oszustwa. Odpowiedziałem, że to się dopiero okaże, czy było w tym jakieś oszustwo, czy nie, ale że chętnie spotkam się z nią lub z Albertem, żeby wszystko omówić. Przez cały czas myślałem, że to dziwne jak na prawnika – reprezentować członka własnej rodziny, dziwne też wydało mi się miejsce spotkania, jakie zaproponowała dom w Queens, a nie jakaś kancelaria prawnicza. Po ustaleniu, że spotkamy się tego wieczoru, wybrałem numer, z którego dzwoniła, i zaskoczony stwierdziłem, że jest to biuro porad prawnych. Jeszcze jeden dowód świadczący o
tym, jak mi wtedy odbijało, bo gdybym był przy zdrowych zmysłach, nigdy nie zgodziłbym się na to spotkanie.
Na razie mój dziennik w ogóle mi nie pomaga, bo zostałem wyłączony ze swojej codziennej rutynowej roboty. Wszelkie spotkania zostały odłożone na czas nieokreślony, co okazało się nie takie znów dobre. Ludziom, którzy wykonują stresującą pracę, mówi się często, żeby odpoczęli, ale czasem to właśnie stres sprawia, że nie wypadają z formy; przypominają staroświecki dwupłatowiec, utrzymujący się w powietrzu dzięki gumkom i drutom, bez których spadłby na ziemię. A zatem teraz, przy tej bezczynności, do której nie przywykłem, trybiki się poluzowały albo zaczęły się zacinać. Chodziłem nerwowo po domu. Przerzucałem kanały w telewizorze. Przyglądałem się przez okno gołębiom i ruchowi ulicznemu. Miałem atak serca…
Tak mi się przynajmniej wydawało, bo w rzeczywistości był to tylko przypływ paniki: brak tchu, poty, mrowienie rąk, zaburzenia ruchu. Rozległ się standardowy, nagrany fabrycznie sygnał mojej komórki; chwyciłem ją, jakby to było samo życie. Dzwonił Omar: czy będę chciał dziś gdzieś pojechać? Właściwie to zamierzałem. Miałem pewną liczbę przyjaciół i znajomych w mieście, ale pomyślałem, że w sytuacji, gdy zostałem zwolniony z pracy za wykroczenie służbowe, jedyną osobą, do jakiej mogę się udać, jest moja żona. A więc odświeżyłem się, ubrałem skromnie, ale z niejaką starannością, i sprawdziłem, czy nie zdradzam zewnętrznych oznak deprawacji. Znalazłem ich wiele w swym wyglądzie, więc wziąłem xanax, żeby się tym za bardzo nie przejmować, i pojechaliśmy. Jeszcze większa Dummheit! Zawsze zapominam, że moja żona zbyt dobrze mnie rozumie.
Wspominałem chyba, że Amalie wydaje informator finansowy, redagowany w małym biurze w naszym domu. Jest to trochę mylące, bo istnieje także prawdziwe, pełne komputerów biuro na Broad Street i inne ważne dla międzynarodowych finansów biura rozrzucone na całej planecie w różnych strefach czasowych. Moja żona stara się je odwiedzać jak najrzadziej, bo lubi myśleć o sobie jako o zwykłej żonie i matce, która oddaje się tylko finansowemu hobby, tak jakby szydełkowała, a nie kierowała przedsięwzięciem, w którym ma do czynienia z wielomilionowymi sumami. Jest to swoisty żart w świecie finansów, jak słyszałem, ale okazuje się
(zapytajcie Mike'a Bloomberga), że z czasem takie imperium informacji finansowej zaczyna funkcjonować siłą rozpędu i głównym zadaniem jego założyciela jest opieranie się pokusie doradzania klientom.
Miałem zatem wszelkie powody sądzić, że Amalie znajdzie czas na krzepiącą pogawędkę, ale kiedy dotarłem na miejsce, Lourdes, która otworzyła drzwi, poinformowała mnie, że Amalie jest zajęta, bo ma właśnie spotkanie. Jeśli chcę, mogę poczekać w salonie.
A więc czekałem naburmuszony, żałując, że nie mam więcej tabletek; dręczyły mnie duszności w klatce piersiowej i wydawało mi się, że czekam tak godzinami, ale na zegarku, na który bez przerwy zerkałem, upłynęło niespełna czterdzieści minut, zanim wreszcie usłyszałem głosy w korytarzu. Zerwałem się i zdążyłem zobaczyć Amalie odprowadzającą trzech panów w garniturach, którzy spojrzeli na mnie zaciekawieni jak na jakiś eksponat (takie odniosłem wrażenie): oto bezrobotny były mąż, który czai się w pobliżu. Amalie natomiast nie okazała zdziwienia ani mnie nie przedstawiła, tylko z wdziękiem odprowadziła i pożegnała gości.
Kiedy wróciła, zapytałem, starając się mówić lekkim tonem:
– Ważne spotkanie?
– Owszem – odparła. – Co się stało, Jake?
Zrelacjonowałem całą aferę w kancelarii, w tonacji żałosnej i bezlitośnie samokrytycznej, siedząc na jej/mojej skórzanej sofie, podczas gdy Amalie przycupnęła sztywno na krześle naprzeciwko. Pominąłem tylko strasznego Rosjanina z poprzedniego wieczoru.
– Biedny Jake – oznajmiła, kiedy skończyłem. – Co zamierzasz zrobić?
– Nie wiem. Odetchnę trochę, zastanowię się nad życiem. Może się rozejrzę za tą zaginioną sztuką.
– Och, nawet nie żartuj na ten temat!
– Dlaczego nie? zapytałem. Co się może stać?
– Jeden człowiek już zginął z tego powodu, jak twierdzisz, a moich dzieci muszą pilnować gangsterzy Paula. Nie zniosę takiej sytuacji, Jake. Już powiedziałam Paulowi: „Dziękuję ci bardzo, ale proszę, daj sobie spokój”.
– Co takiego? Nikt nie pilnuje dzieci?
– Tak, i nie ma powodu, by ktokolwiek zawracał sobie tym głowę, bo nie masz już tego, czego oni chcą. – Musiała zauważyć w wyrazie mojej twarzy coś, czego nie byłem świadom, bo dodała nieco bardziej dobitnie: W każdym razie tak mi powiedziałeś. A może jednak coś masz?
– Nie – odparłem pośpiesznie. – Oczywiście, że nie. Oni już zdobyli oryginał listu, a to jedyne, co w ogóle miałem. Sprawa jest skończona.
Patrzyła na mnie, jakby na coś czekając. W końcu zapytałem:
– O co chodzi?
– O nic. Ze swej strony nie mam nic do powiedzenia. To ty przyszedłeś do mojego domu.
– Wydawało mi się, że będziemy mogli porozmawiać – wyjaśniłem.
– O czym? Czy mamy rozmawiać o twojej nowej kochance?
– Nie ma nowej kochanki.
– To zdumiewające. Słuchaj, stoczyliśmy straszną walkę, kolejną straszną, gorszącą walkę o twoje kłamstwa i dziewczyny, a teraz przez jedną z nich zniszczyłeś swoją karierę zawodową i wracasz do mnie… po co właściwie? Żebym cię ukarała? Mam jak żona z kreskówek stanąć w drzwiach z założonymi rękami albo z wałkiem w dłoni i tupać nogą? Czy też przyjąć cię z powrotem? Na jakiej podstawie? Żebyś mógł sobie szaleć jak napalony kundel, kiedy ci się tylko zachce, podczas gdy ja będę czekać i palić lampę w oknie?
Nie pamiętam już, co odpowiedziałem. Nie pamiętam, czego chciałem od tej nieszczęśliwej kobiety. Chyba tego, by zgodziła się wymazać przeszłość i zacząć wszystko od nowa. Wydaje mi się, że upadłem nisko i zacząłem apelować do jej chrześcijańskiego miłosierdzia: czy uważa, że nie ma dla mnie wybaczenia? Wtedy oświadczyła coś, co już nieraz słyszałem: że nie ma przebaczenia bez skruchy i że nigdy tak naprawdę jej nie okazałem. A potem straciła panowanie nad sobą i zaczęła krzyczeć, że znów to robię, znów sprawiam, że czuje się jak jakaś cholerna nauczycielka ze szkółki niedzielnej, a przecież ona nie będzie pouczać mnie, swojego męża, i prawić morałów, bo sam powinien to wiedzieć.