I tak dalej. We wczesnym okresie naszego związku Amalie zwierzyła mi się, że kiedy miała trzynaście lat, wyszło na jaw, że jej ukochany ojczulek ma jeszcze jedną rodzinę po drugiej stronie tunelu Mont Blanc, kochankę i dwie córki, à la
Mitterand. Wszystko było oczywiście na najwyższym poziomie i cywilizowane, rozwód nie wchodził w rachubę, do przyjęcia była tylko kontynuacja tego piekła milczących posiłków, oddzielnych sypialni i dzieci wysyłanych do szkół z internatem. Amalie znała więc grozę niewierności, dlatego porzuciła wyrafinowaną dekadencką Europę dla purytańskiej Ameryki; jesteśmy otyli, głupi i brak nam kultury, ale być może amerykańscy mężczyźni nie są takimi hipokrytami, gdy w grę wchodzi przysięga małżeńska. I wyszła za mnie.
Potem zmieniła temat, wstała i lekko zgarbiona zaczęła się przechadzać po pokoju, z rękami w kieszeniach kaszmirowego swetra, jaki często wkładała do pracy. Powiedziała mi, że mężczyźni, których u niej widziałem, byli z organizacji Dow Jones. Już od pewnego czasu zamierzali nabyć „Mishkin's Arbitrage Letter” i Amalie właśnie zgodziła się sprzedać biuletyn za kwotę, która może nie pokryłaby kosztów nabycia eskadry nowoczesnych myśliwców. Dodała, że zamierza też sprzedać dom i przenieść się do Zurychu. Jej matka była coraz starsza, samotna i przygnębiona i dobrze by jej zrobiła opieka nad wnukami, poza tym Amalie była zła na mój naród, nie chciała wychowywać dzieci w chrześcijańsko-faszystowskim imperium, nie było to jej zamiarem, kiedy pierwszy raz przyleciała do Ameryki, wolnego kraju, i teraz chciała się bez reszty poświęcić działalności dobroczynnej w jakimś bardziej sensownym miejscu na Ziemi. Kiedy skończyła, wypaliłem:
– A co ze mną?
To bardzo boli, kiedy ktoś, kogo się kochało, patrzy na człowieka z politowaniem, tak jak zrobiła to wtedy Amalie. Powinienem był sobie uświadomić, jak mi się teraz wydaje, że moja miłość była wciąż żywa, bo inaczej nie cierpiałbym tak bardzo. Mogłem stać się modnym, „odseparowanym” mężczyzną, jak ci, których w niedziele widuje się w parkach i eleganckich restauracjach na Manhattanie: niespokojni, sztucznie weseli, pobłażliwi dla swych nieszczęśliwych dzieci. Amalie spuściła wzrok, jakby zakłopotana tym, co widzi, i wyciągnęła chusteczkę higieniczną z paczki, którą zawsze trzymała w kieszeni swetra. Otarła oczy, wydmuchała nos. W swej niegodziwości pomyślałem: Ach, płacze, to dobry znak! Mimo woli zacząłem ją błagać, by nie odchodziła, przyrzekać, że się zmienię, itd. Powiedziała, że zawsze mnie kochała i będzie kochać, i bardzo by chciała być miła, ale nie może,
i gdybym się kiedyś zdecydował wrócić na honorowych warunkach, ona to rozważy, na co odparłem: „Zaraz, ja już zdecydowałem”, a ona rzuciła mi badawcze spojrzenie, jak to tylko ona potrafi, i odrzekła: „O nie, Jake, obawiam się, że się nie zdecydowałeś”.
Co było prawdą, bo dosłownie przed chwileczką, kiedy oczekiwałem, że może jednak da się ugłaskać, jednocześnie wciąż myślałem, że jakoś mógłbym odzyskać Mirandę, wyjaśnić nasze małe nieporozumienie i w efekcie mieć do dyspozycji obie Amalie, tę dawną i tę nową. Nie mogę kontynuować zapisywania tych wstrętnych myśli, które krążyły w moim szachrajskim mózgu. Nie ma to znaczenia.
Co zrobiłem, kiedy, całkiem zresztą słusznie, pokazała mi drzwi? Poszedłem do siłowni, gdzie Arkady objął mnie serdecznie na powitanie, choć w jego spojrzeniu czaiła się nieszczerość. Bóg jeden wie, co zrobił Szwanow, żebym mógł tu wrócić, ale było jasne, że dawna poufałość ulotniła się bez śladu. Plotki musiały dotrzeć także do innych klientów siłowni, bo traktowali mnie jak radioaktywnego księcia: nie musiałem czekać na ławkę ani na wolne miejsce przy urządzeniach. Wyciskałem ciężary, aż zrobiło mi się niedobrze, a potem wziąłem piekielnie gorący prysznic; siłownia Arkadego słynie z niebezpiecznie wysokiej temperatury wody (są tu nawet znaki ostrzegawcze) i zastanawiałem się nawet, czy nie można się w ten sposób zabić, przypadkowo lub umyślnie. Kiedy byłem już czerwony jak surowe mięso, zakręciłem gorącą wodę i poddałem się torturze lodowatego prysznica, aż zacząłem szczękać zębami.
Ubierałem się właśnie, gdy odezwała się moja komórka: dzwoniła siostra. Bez zbędnych wstępów spytałem ją, czy wiedziała, że Osip Szwanow zna naszego ojca. Jasne, odpowiedziała. Znają się z Izraela. A o co chodzi?
Rzeczywiście, o co chodzi? Tamta informacja napełniła mnie dziwnie infantylnym lękiem, takim, jaki odczuwa dziecko, gdy musi zataić coś przed rodzicami, nie bardzo wiedząc czemu, świadome jedynie tego, że jeśli to odkryją, zareagują złością albo, co gorsza, ulegną podświadomemu impulsowi, aby zawładnąć cząstką jego duszy.
– Jake, czy coś się stało?
Szczerze mówiąc, nie pamiętam, co takiego powiedziałem, że zadała mi to pytanie; musiałem coś bełkotać, czego zwykle nie robię. Powinienem był zamilknąć,
bo Miri rzadko interesuje się kłopotami swoich bliskich, woląc rozmawiać o własnych, których ma tak wiele.
– Nie skłamałem. Słuchaj, Miri, czy ty… jak by to powiedzieć… dyskutowałaś z kimś o tym manuskrypcie, którym się zajmuję? Ze Szwanowem? Albo z ojcem?
– O jakim manuskrypcie?
– No wiesz, mówiłem ci o tym tamtego wieczoru u Amalie… Szekspir, profesor zamęczony na śmierć.
– Ach, o tym. Nie sądzę, ale wiesz, nie notuję wszystkiego, o czym rozmawiam. A o co chodzi? Czy to miał być jakiś wielki sekret? Nie, nie zostawiajcie tam tego! Przysuńcie do fortepianu!
– O czym ty mówisz?
– Ach, właśnie coś mi przywieźli. Słuchaj, kochanie, muszę kończyć, bo ci ludzie zdemolują mi salon. Pa, pa!
Po czym odłożyła słuchawkę, pozostawiając mnie z przekonaniem, że to ona, moja siostra, rozpowszechniła w kręgu swoich przyjaciół, do których zaliczali się także ludzie działający na styku biznesu i świata przestępczego, zabawną historyjkę o tym, jak to jej brat znalazł klucz do bajecznego skarbu. Miri nigdy nie zawracała sobie głowy właściwym doborem znajomych, a to oznaczało, że Szwanow mógł mówić prawdę miasto roiło się od rosyjskich zbirów do wynajęcia i ci, którzy mnie zaatakowali, nie musieli mieć związku z jego najemnikami. Zresztą nie wiem. Może była to wielka konspiracja, która się przyczaiła, czekając na stosowny moment do ataku. Jak mogłem być tak głupi, żeby chodzić do siłowni pełnej rosyjskich brutali? Myślę, że panika nie zagnieżdża się w umyśle na trwałe, jest ulotna jak zapach, choć i on może powrócić, jak u Prousta, pod wpływem jakiegoś pierwotnego bodźca. W tej chwili trochę mi odbija, nie mogę więc sobie dobrze przypomnieć tej irracjonalnej desperacji, która mnie wówczas ogarnęła, gdy tak siedziałem półnagi w szatni. Trzymałem w dłoni komórkę i niemal machinalnie wybrałem numer Mickeya Haasa. Zostawiłem mu wiadomość, żeby natychmiast się ze mną skontaktował. Musiał wyczuć w moim głosie nutę szaleństwa, bo oddzwonił jakieś dwadzieścia minut później, kiedy czekałem przy krawężniku, aż Omar zawróci samochodem.
– Zjesz ze mną lunch?
– O to chodzi? Miałeś taki głos, jakby ci się paliło pod tyłkiem.
– To rozpaczliwe zaproszenie. Ścigają mnie rosyjscy gangsterzy. Naprawdę muszę z kimś porozmawiać.
– Okay. Jestem umówiony ze swoim wydawcą, ale mogę odwołać spotkanie. Przyślesz po mnie Omara?
– Przyjadę po ciebie. Wybierzemy jakieś nowe miejsce.
Oczywiście zakładałem, że będą obserwować lokale, w których bywam…