Pojechaliśmy do „Sichuan Gardens” na Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy, co nawet lekko rozbawiło Mickeya. Knajpka jest mroczna, na piętrze dużego budynku usługowego; usiadłem przodem do lustrzanej ściany, skąd mogłem obserwować wejście. Aby jeszcze bardziej wyostrzyć swą czujność, zamówiłem martini.
– A więc, lewusie – powiedział Mickey, kiedy złożyliśmy zamówienie – myślisz, że Wielki Max zlecił sprzątnięcie twojej osoby?
– Nie ma się z czego śmiać, człowieku odparłem. – To nie życie w moim stylu.
– Nie, twoje życie to długie, nudne godziny w biurze, praca, za którą nie przepadasz i której celem jest przekształcenie aktu twórczego w towar jeszcze bardziej chodliwy. I uganianie się za laskami w czasie wolnym w poszukiwaniu romantycznego związku, który pozostałby romantycznym związkiem, mimo że już coś takiego znalazłeś przed laty. I jeśli jeszcze raz przekonasz sam siebie, że znalazłeś kobietę idealną, zaczniesz znów uganiać się za laskami, i to zaraz po ślubie, w ponurym cyklu, który skończy się dopiero wtedy, kiedy trafisz na kogoś solidnego, niezawodnego i interesownego, kto będzie przy tobie trwać i pielęgnować cię w twojej ostatniej chorobie, a potem zgarnie cały szmal.
– Dziękuję ci za wsparcie, Mickey – powiedziałem najbardziej lodowatym tonem, na jaki mogłem się zdobyć. – I pieprz się.
– Gdy tymczasem teraz – ciągnął niezrażony – prowadzisz życie prawdziwego mężczyzny, każda chwila ma wielkie znaczenie, jest brzemienna w niebezpieczeństwa i podniecająca. Szekspirowskie życie, można powiedzieć, życie godne Richarda Bracegirdle'a. Chciałbyś, żeby Hamlet wrócił do college'u i wstąpił do studenckiej korporacji? Upijał się, balował i dostał trzy minus ze scholastyki?
– Czy przypadkiem nie zabijają go na końcu sztuki?
– Owszem, ale czyż nie umrzemy wszyscy? Wybór polega tylko na tym, jak żyjemy przez wcześniejsze pięć aktów. A skoro już mowa o podniecających chwilach: czy jesteś choć odrobinę bliżej ustalenia, gdzie może się znajdować oryginał Bracegirdle'a?
– Nie, i nie zamierzam go szukać – odwarknąłem, bo byłem z nim szczery. – Nie żądałem od niego współczucia i było mi obojętne, czy uważa, że jestem w niebezpieczeństwie, co z premedytacją zasugerowałem swojej żonie. Nie chcę mieć nic wspólnego z Bracegirdle'em, chcę być tylko pewien, że rosyjscy gangsterzy, czy ktokolwiek, kto szuka tych szyfrów, zostawią mnie, kurwa, w spokoju. A co z tobą? Przebadałeś ten tajemniczy manuskrypt od naszego ostatniego spotkania?
– Nie, i nie zamierzam – powtórzył po mnie jak echo. – Przekazać coś takiego specjaliście to tak, jakby ofiarować głodującemu kolorowe zdjęcie krwistego befsztyka. Pocieknie mu ślinka, ale się nie pożywi. Bez oryginału, jak już chyba mówiłem, tekst sam w sobie jest niczym. Nie oglądając się na domniemany list jegomościa, który szpiegował naszego Williama, mógłbym w wolne popołudnie wysmażyć przekonujące faksymile osobistego dziennika Szekspira, odpowiadając na pytania, które dręczą naukowców od lat. Wspomniałeś o rosyjskich gangsterach?
Teraz wszystko runęło lawiną Miranda, Amalie, Rosjanie, firma prawnicza, dosłownie wszystko. Mickey atakował pałeczkami swój mocno przyprawiony befsztyk z gryczanymi kluskami i słuchał spokojnie, tak jak ja przez całe lata wysłuchiwałem jego. Kiedy zabrakło mi słów, zapytałem go o zdanie i zasugerowałem, żeby nie mówił po prostu, że zostałem wydymany, bo już to wiem.
– Chcesz się zobaczyć z tym małym Crosettim w sprawie szyfru? spytał.
– Tak, ale oni myślą, że zamierzam pertraktować w sprawie zwrotu oryginału, który wyłudził od niego Bulstrode. Nie mam absolutnie żadnych środków nacisku oprócz pieniędzy.
– Zawsze uważałem, że to całkiem niezły środek nacisku. A przy okazji: co zamierzasz zrobić ze swoim życiem? Sądzisz, że naprawdę mogą cię wykluczyć z palestry?
– Możliwe, jeśli spadkobierca wniesie skargę. Oczywiście wtedy się odwołam…
– Powinieneś się z nim zobaczyć.
– Ze spadkobiercą? Wykluczone!
– Dlaczego? Pogadaj z nim, wyjaśnij, co się stało, uderz się w pierś i błagaj o zmiłowanie. Wiesz, kłopot z wami, prawnikami, polega na tym, że czasem, usiłując działać absolutnie legalnie, zapominacie o zwykłych, międzyludzkich stosunkach. Co ci może zrobić? Nazwać cię fiutem? To już wiesz. A może uda ci się dowiedzieć czegoś o… no wiesz, o czym. Może Andrew wtajemniczył w to swego długoletniego towarzysza życia. W każdym razie miło sobie porozmawiacie. Jesteś prawdopodobnie jednym z ostatnich ludzi, którzy widzieli jego przyjaciela żywego – będzie ci pewnie wdzięczny za to spotkanie. I będziesz mógł mu oddać osobiste drobiazgi Bulstrode'a. Byłby to miły gest jako rekompensata twoich grzeszków.
Tak, to zdecydowanie Mickey był tym, który podsunął mi pomysł, żeby jechać do Anglii i porozmawiać z Oliverem Marchem. To, czy tak postąpię, było wciąż wątpliwe, kiedy odwoziłem Mickeya na kampus, ale późniejsze wydarzenia to zmieniły. Po lunchu poczułem się trochę lepiej. Z jakichś powodów dosłownie każda chińska restauracja w Nowym Jorku ma świetnie zaopatrzony bar, nawet spelunki, które wyglądają tak, jakby nikt tam nie zamawiał martini częściej niż raz na miesiąc. Wypiłem trzy kolejki, czego nigdy dotąd nie robiłem w porze lunchu.
Wspomnienie tamtego popołudnia mam dość mętne. Być może rozmawiałem z Omarem o instytucji małżeństwa, wypytując go o muzułmańskie praktyki na Wschodzie. Czy dochowanie wierności było łatwiejsze, kiedy miało się dwie albo trzy żony? Nie pamiętam dokładnie jego odpowiedzi. Wróciłem do mojego loftu i tam wypiłem jeszcze jednego drinka, szkocką whisky, a potem uciąłem sobie drzemkę. Wyrwało mnie z niej radosne dzwonienie komórki, na której zasnąłem. Nacisnąłem zielony guziczek i usłyszałem okrzyk: „Ty palancie!”, dzięki czemu już wiedziałem, że dzwoni mój brat.
Najwidoczniej zdążył rozmawiać z Amalie i Miri, kiedy jadłem lunch i spałem, i poznał całą historię przedstawioną z dwóch punktów widzenia, a teraz chciał mi powiedzieć, co sądzi o moim zachowaniu w ostatnim okresie.
– Czy to wszystko? – spytałem, kiedy impet jego ataku osłabł. – Bo za dwadzieścia minut jestem umówiony z młodocianą prostytutką w burdelu.
Zignorował tę odzywkę, tak jak na to zasługiwała, i powiedział…
Jakie właściwie ma znaczenie, co dokładnie powiedział? Byłem odurzony drinkiem i nieprzyjemnymi, pijackimi snami, a więc nie bardzo mogę sobie przypomnieć. Przypuszczam, że rozmawialiśmy o Amalie, o jej prośbie, żeby zabrał spod domu swoich zbirów, i o jej planach wyjazdu z kraju. Prawdopodobnie byłem dla niego niegrzeczny, jak mi się to często zdarza, bo nigdy nie wybaczyłem mu do końca tego, że okazał się człowiekiem lepszym ode mnie, a poza tym miałem serdecznie dość kazań ze strony rodziny na temat moich licznych wad. Mogłem go też spytać o naszego ojca, o to, czy coś go łączyło ze Szwanowem i jego działalnością. Odpowiedział mi, że nie wie, ale że było to możliwe, jeśli w grę wchodziły jakieś przekręty. Jakie przekręty?
Cała ta afera z Szekspirem, tępaku, – powiedział. – To wszystko nosi znamiona wielkiego oszustwa: jakiś tajny dokument, którego autentyczności nigdy nie potwierdzono, a który zaginął, bezcenny skarb, frajer Bulstrode, fałszywa spadkobierczyni. Śmierdziało to kantem na milę, a ponieważ przy okazji wykiwano bandę wyjątkowo niebezpiecznych gangsterów, byłoby rzeczą rozsądną nie pakować się w to więcej i dać do zrozumienia, że już nie uczestniczę w tej grze. Coś w tym rodzaju. Czy błagałem go, żeby porozmawiał z Amalie i odwiódł ją od zamiaru wyjazdu? Być może. Jak już mówiłem, nie jest to pewne.
Dla kontrastu odrażająco wręcz wyraziste jest to, co wydarzyło się później tego samego wieczoru. Mój żołądek szalał, jak zawsze, gdy przesadzę z alkoholem w ciągu dnia, zrobiłem więc sobie jajka sadzone na grzance i herbatę, a mniej więcej o szóstej poprosiłem Omara, żeby zawiózł mnie do zapomnianej przez Boga i ludzi części Queens, do Ozone Park. Było ciemno, kiedy dotarliśmy do dzielnicy zabudowanej przygnębiającymi małymi bungalowami; wszystkie miały mikroskopijne podwórka od frontu, ogrodzone słupkami i łańcuchami, przyozdobione posążkami Madonny i lustrzanymi kulami na cokołach. Przypomniało mi to brutalnie moje brooklyńskie korzenie i nieszczęśliwe dzieciństwo. Byłem pewny, że nie polubię mieszkańców.