Otworzyła mi szczupła kobieta o irlandzkich ustach i burzy rudych loków na głowie, ubrana w czarny bawełniany sweter i wytarte dżinsy. Miała miłą, piegowatą twarz, ale jej niebieskie, przenikliwe oczy trudno byłoby okłamać. Przedstawiłem
się, uścisnąłem jej dłoń. To była Mary Crosetti, matka. Poszliśmy do salonu: stare i podniszczone meble, dość porządnie utrzymane, typowy dom ludzi z klasy średniej, taki, w jakim sam się wychowywałem, zadbany, ale nie tak jak dom mojej matki, bez zapachu politury czy wybielacza. Za to z mocną wonią wina. Albert Crosetti okazał się dobrze odżywionym młodzieńcem średniego wzrostu, o szczerej twarzy i dużych czarnych oczach, które bezskutecznie usiłowały być czujne. Siostra prawniczka była dla odmiany „jedną z nas” bystra, chłodna, niebezpieczna. Ale ładna i szczupła, też rudzielec, trochę jaśniejsze włosy upięte w nieco infantylny koński ogon, mniej piegów niż u mamy, jedna z tych, na które mój urok nie działa. Ojciec rodziny był gliniarzem; patrzył na nas z jednego z tych okropnych portretów wykonanych na podstawie zdjęcia, na których wszyscy wyglądają jak wypchani i pokryci winylem.
Po wstępnych uprzejmościach opowiedziałem swoją historię, odbyłem spowiedź. Dowiedziałem się, że mają zaszyfrowane listy, ale wciąż nie mogą ich rozgryźć. Porozmawialiśmy też o Carolyn Rolly, kobiecie, z którą Crosetti poszedł do Bulstrode'a, aby sprzedać mu rękopis. Wydawało się, że Rolly jest interesującą kobietą i kluczową postacią w całej aferze, i już miałem spytać, czy ktoś podjął poważne starania, by ustalić miejsce jej pobytu, gdy do mieszkania wtargnęli gangsterzy.
Chyba już pisałem, że nie jestem człowiekiem gwałtownym i że moje doświadczenie wojskowe ogranicza się głównie do opieki nad rannymi, a zatem to, czego dokonałem w ciągu następnych kilkunastu minut, nie powinno sugerować, że różnię się w jakikolwiek sposób od przeciętnego tchórza. Najpierw rozległ się strzał na ulicy, a potem istna pukanina. Myślałem, że to fajerwerki, ale trójka gospodarzy zerwała się na nogi, a młody Crosetti wyjrzał przez okno. Jego matka podniosła słuchawkę bezprzewodowego telefonu i wybrała 911. Zapytałem głupkowato: „Co się dzieje?”, ale nikt mi nie odpowiedział; rozległ się brzęk szkła i do pokoju wpadło trzech mężczyzn. Aby zrozumieć to, co stało się potem, trzeba sobie uświadomić, że przebywaliśmy w pomieszczeniu szerokim na jakieś trzy metry.
Rozpoznałem w nich mężczyzn, którzy zaatakowali mnie i Mirandę pod moim domem: olbrzyma, człowieka maczugę i tego trzeciego. Wszyscy mieli pistolety.
Było mnóstwo wrzasku, choć żadna z kobiet nie krzyczała. Bandyci próbowali chyba nas skłonić, żebyśmy padli na podłogę, ale nikt z rodziny Crosettich się nie poruszył. Pamiętam tylko, że człowiek maczuga podszedł do mnie i zamierzył się pistoletem, jakby chciał mnie uderzyć, chyba w odwecie za to, co niedawno z nim zrobiłem; pamiętam też, że odczułem ulgę, bo oznaczało to, że mamy do czynienia z amatorami. Schwyciłem zmierzający w stronę mojej głowy pistolet, potem złapałem faceta za przegub i wyrwałem mu broń. Całkowicie go to zaskoczyło, bo filmy, których się naoglądał i w których walenie pistoletem w głowę pokazywano nader często, nie przygotowały go na tak oczywisty manewr z mojej strony. Jak pouczył mnie kiedyś mój brat: jeśli chcesz kogoś załatwić i masz pistolet, należy po prostu strzelać. To właśnie po to są naboje w magazynku, powiedział, poza tym półautomatyczny pistolet jest delikatną bronią i nie można nim zadać mocnego ciosu w czaszkę.
Tymczasem ten wielki rzucił się i wyrwał telefon z ręki pani Crosetti. Zacisnął ramię na jej szyi i przyłożył pistolet do skroni. Coś krzyczał, ale miał tak silny akcent i był tak wzburzony, że ja w każdym razie nie mogłem nic z tego zrozumieć. Trzeci mężczyzna stał po prostu w drzwiach, wymachiwał pistoletem i też wrzeszczał. Kiedy zobaczył, że wyrwałem pistolet jego kumplowi, strzelił, ale nie mógł dokładnie wycelować, bo zasłaniał mnie częściowo ów kumpel. Uniosłem broń, cofnąłem się o krok i obróciłem w stronę mężczyzny, który trzymał panią Crosetti.
Podniósł okropny wrzask, żądając ode mnie, bym rzucił broń, bo zastrzeli kobietę, i dla podkreślenia groźby przycisnął mocniej lufę do jej skroni. Miałem przed sobą innego kinomana, który imitował to, czego nauczył się z ekranu, ignorując w ten sposób tę oczywistą zaletę wszelkiej broni palnej, że mając ją, można stać z daleka od ofiary i trzymać ją w szachu, podczas gdy nieuzbrojona ofiara jest pozbawiona tej możliwości. Pani Crosetti potrafiła jednak odróżnić rzeczywistość od fikcji i odepchnęła raptownie pistolet, który wypalił w sufit, nie czyniąc nikomu szkody. W tym momencie strzeliłem gangsterowi w nasadę nosa z odległości, która nie mogła przekraczać półtora metra.
Poczułem, że chwyta mnie od tyłu człowiek maczuga, ale jednocześnie rozległ się huk kolejnego wystrzału i mężczyzna osunął się na mnie z jękiem, bo trzeci z
napastników postrzelił niechcący swego towarzysza, który próbując bohatersko unieruchomić mnie od tyłu, znalazł się na linii ognia. Ranny krzyknął coś w obcym języku (prawdopodobnie po rosyjsku) i opadł ciężko na stolik, który się pod nim załamał. Mając teraz przed sobą odsłonięty cel, dwukrotnie strzeliłem trzeciemu mężczyźnie w pierś. Upadł na podłogę, brocząc krwią.
Powiedziałbym, że upłynęło jakieś czterdzieści pięć sekund od chwili, gdy usłyszeliśmy pierwszy strzał. Mam przed oczami ten obraz: stoję z pistoletem w dłoni, podczas gdy zbir, któremu go odebrałem, podnosi się powoli ze szczątków stolika i przez chwilę stoi zgarbiony, jakby w tym krótkim czasie przybyło mu czterdzieści lat. Spojrzał mi w oczy i wycofał się w stronę drzwi, powłócząc nogami. W uszach dzwoniło mi od strzelaniny, ale miałem wrażenie, że słychać też strzały na ulicy, i zastanawiałem się, jakby mimochodem, co się tam dzieje. Nie zrobiłem nic, by zatrzymać gangstera, a on, uświadomiwszy sobie moją obojętność, obrócił się i wytoczył niepewnym krokiem z pokoju. Nikt nie próbował go zatrzymać.
Wszystko to jest niezwykle wyraziste; wryło mi się w pamięć i przemieniło w nieodłączny składnik nocnych koszmarów: budzę się zlany potem, wyobrażając sobie, że zabiłem dwóch ludzi, i wtedy dopada mnie myśl, że to nie sen, ze naprawdę ich zastrzeliłem. Wyjątkowo nieprzyjemne doznanie. Właściwie bardzo trudno zabić człowieka z broni krótkiej, bo amunicja pistoletu nie jest szczególnie silna, chyba że pocisk trafi i zniszczy rdzeń mózgowy albo spowoduje wewnętrzny krwotok. Standardowy pocisk dziewięć milimetrów generuje u wylotu lufy około czterystu siedemdziesięciu pięciu dżuli, co nie jest fraszką, jeśli cię trafi, ale nie dokonuje bezwzględnych spustoszeń, dlatego właśnie gliniarze strzelają do kogoś czterdzieści razy. Policjantów uczy się, aby strzelali, dopóki cel nie leży na ziemi, i czasem wymaga to właśnie takiej ilości ołowiu. Kule karabinowe są nieporównanie groźniejsze i właśnie dlatego żołnierze mają karabiny. Pocisk kalibru 30,06 razi z siłą prawie sześciuset jedenastu dżuli. Robię tu unik tą pisaniną o rzeczach, których dowiedziałem się od swojego brata podczas jego chwalebnej kariery wojskowej, bo takie wspomnienia są jednocześnie straszne i mętne jak w złym śnie. Wyobrażamy sobie, że mogło być jeszcze gorzej, niż zapamiętaliśmy, które to przekonanie potwierdza się jeszcze długo po wydarzeniu, gdy jakiś miłosiernie zapomniany