Выбрать главу

szczegół wyłania się nagle z mroku, by znów nas przerazić.

A więc stoję otoczony smrodem prochu, a rodzeństwo Crosettich pochyla się nad matką, podnosi ją z podłogi i sadza na kanapie, ona zaś pokryta jest krwią i strzępkami tkanki z rany faceta, którego mózg rozprysnął się przed chwilą. Patrzę z góry na martwą twarz trzeciego mężczyzny: strzeliłem do niego tylko dwa razy, ale widocznie miałem szczęście, bo najwyraźniej nie żyje, oczy ma na wpół przymknięte, twarz białą i zwiotczałą, kałuża krwi jest wielka, o rozmiarach małego basenu. Przystojny chłopak, przed trzydziestką. No cóż, nie zamierzam mu się przyglądać, tak jak i facetowi, którego mózg obryzgał stolik pani Crosetti, podchodzę więc do okna i widzę strzelaninę, w której uczestniczy mężczyzna z czarnego SUV-a, jakiś nieznany mi gość celujący znad maski karawanu i Omar, który strzela zza lincolna. Patrzę na to obojętnie, wszystko wydaje się takie odległe, i dopiero teraz spostrzegam, że kolana trzęsą mi się tak, iż dosłownie nie mogę ustać. Opadam więc na fotel. Słyszę syreny, choć początkowo trudno odróżnić ich dalekie wycie od dzwonienia w moich uszach. Teraz następuje przeskok, którego nie mogę sobie dokładnie przypomnieć; wydaje mi się tylko, że pani Crosetti pyta, jak się czuję.

Potem nagle pokój zapełnia się tłumem wrzeszczących policjantów, takich z pistoletami maszynowymi, w hełmach i czarnych mundurach, podobnych do tego, który nosił mój dziadek. (Jak to się stało, że amerykańska policja zaczęła się ubierać jak SS? Jak to możliwe, że nikt nie protestował? Albo te hełmy w nazistowskim stylu, które noszą teraz nasi żołnierze? Gdzie są semiotycy, kiedy ich potrzebujemy? Prawdopodobnie wszyscy żrą się o Szekspira). Automaty celowały we mnie; uświadomiłem sobie, że wciąż trzymam swój pistolet na kolanach jak dama w operze torebkę.

Kazali mi się położyć twarzą do podłogi i zapięli kajdanki, ale nie zostałem aresztowany, bo policjant kierujący akcją znał kiedyś świętej pamięci porucznika Crosettiego i skłonny był wysłuchać relacji pani Crosetti czy też Mary Peg, jak kazała mi się do siebie zwracać. Teraz jesteśmy wszyscy zakumplowani. Druga pani Crosetti – Donna podjęła się jako prawnik obrony zarówno mojej i Omara, jak i karawaniarza nazwiskiem Klim, który, jak się później dowiedziałem, był także

polskim kryptografem i pracował nad naszymi szyframi. Zjawiło się też pogotowie; oznajmiono, że moje ofiary nie żyją, i zabrano ciała, pozostawiając na podłodze mnóstwo galaretowatej krwi. Policja spisała nasze zeznania. Każdy z uczestników zajścia był wzywany kolejno do kuchni i opowiadał o przebiegu zdarzeń dwóm detektywom, których nazwiska zapomniałem, podobnie jak treść tego, co im mówiłem. Wyjaśnienie, że działałem w obronie własnej, najwyraźniej ich zadowoliło; odniosłem wrażenie, że Mary Peg cieszy się sporym autorytetem u nowojorskiej policji. Aresztowano jedynie kierowcę SUV-a i rannego bandziora, którego zgarnięto kilka przecznic dalej.

W końcu policja odjechała. Mieli dwóch zabitych facetów, których mogli oskarżyć o sprowokowanie strzelaniny, i nie widzieli sposobu, aby aresztować kogokolwiek innego bez wplątywania w aferę wdowy po bohaterskim policjancie i jego syna. Mary Peg spojrzała na zdemolowany salon i zaczęła lamentować, a ja bezwstydnie do niej dołączyłem. Klim objął ją i zaczął szeptać jej coś do ucha, a Omar zajął się troskliwie moją osobą. Jak mi wyjaśnił, siedział w lincolnie, kiedy pod dom zajechał SUV i wyskoczyło z niego, po czym wbiegło do środka, trzech uzbrojonych mężczyzn. Omar chwycił za broń i pobiegł za nimi, ale kierowca do niego strzelił, więc dał nura za nasz samochód i odpowiedział ogniem. Potem nadjechał karawan i do akcji włączył się Klim. Warto zauważyć, że nikt z tej trójki nie odniósł ran, co jeszcze raz dowodzi, jak nieskuteczna jest broń krótka przy poważnej rozróbie, jeśli nie liczyć przypadku czy sytuacji, kiedy strzela się z bardzo małej odległości do nieuzbrojonego przeciwnika.

Później zamówiliśmy pizzę, usiedliśmy przy kuchennym stole i jedliśmy, popijając czerwonym winem i gratulując sobie wzajemnie tego, że przeżyliśmy. Donna Crosetti pożegnała się, instruując wcześniej swych klientów, aby nie rozmawiali z policją; miałem wrażenie, że po jej wyjściu Mary Peg i Albert Crosetti trochę się rozluźnili, już swobodniej rozmawiając i popijając. Pani Crosetti podała kawę wzmocnioną porządną porcją whisky. Wydarzenia wieczoru nieco przyblakły i tylko ja rozpłakałem się jeszcze raz, choć zdążyłem uciec do łazienki, zanim wyrwał mi się z piersi pierwszy szloch. Stres pourazowy – tak się obecnie określa uczucie, które ogarnia człowieka po zabiciu istoty ludzkiej, i nie ma naprawdę znaczenia, czy było to działanie usprawiedliwione, czy nie, choć morderstwo stało

się sportem narodowym wielu nacji na całym świecie i tysiące ludzi są najwyraźniej zdolne zabijać bez wyrzutów sumienia czy żalu. Pewnie nigdy się z tego nie otrząsnę.

Właściwie nie jest to prawdą. Człowiek ma wrażenie, że z tego nie wyjdzie, a jednak wychodzi. Przynajmniej ja wyszedłem. Być może jest we mnie więcej z mojego dziadka, niż sądziłem. Paul jakoś się uleczył, a przecież było mu zdecydowanie trudniej po tak bogatej karierze zabójcy, choć mówi, że modli się codziennie za dusze ludzi, których wysłał na tamten świat, kiedy wojował w Azji. W gruncie rzeczy nie bardzo wiem, co to znaczy „modlić się za dusze”.

W każdym razie kiedy wyszedłem z toalety, nikt nie zwrócił uwagi na moje zaczerwienione oczy. Klim był pochłonięty sporem z młodym Crosettim. Temat był intrygujący: Polak dowodził, że istnieje jeden sposób na powstrzymanie tej eskalacji brutalności: prześledzić losy Bulstrode'a w ostatnim okresie, odkryć to co on, jeśli cokolwiek odkrył, i zdobyć to coś. Kiedy już do tego dotrzemy, sprawa nabierze publicznego rozgłosu i nikt nie będzie chciał stosować przemocy. A jeśli, przeciwnie, niczego nie ma, to trzeba będzie przekonać o tym złych osobników, co jest trudne, ale wykonalne. Należało zwiększyć tempo działań, by nie pozostawać w defensywie, tylko przejąć kontrolę nad grą. Jak w szachach.

Crosetti się temu sprzeciwił; chodziło właśnie o to, aby nie zagłębiać się w tę sprawę, nie dociekać jej sedna. Jeśli ktoś pragnął zdobyć te papiery, to należało mu je dać, on nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Było mi żal tego chłopaka. Współczułem mu ja też wolałbym, żeby się to wszystko nie zdarzyło. Uważałem także, że Klim ma rację. Dopóki ktoś pozbawiony skrupułów i dysponujący uzbrojonymi ludźmi sądził, że jesteśmy na tropie czegoś, co może być warte sto milionów dolarów, żadne z nas nie było bezpieczne. Klim uważał, że może dostatecznie dobrze strzec Mary Peg przez krótki czas, a policja będzie miała oko na pozostałych Crosettich i przyciśnie trochę różnych rosyjskich gangsterów. Ale to tylko tymczasowe rozwiązanie, nadmienił. Pogłoska o skarbie rozejdzie się po świecie przestępczym i ani się obejrzymy, gdy inny łotr spróbuje się do niego dobrać.

W końcu Crosetti oznajmił:

– Okay, powiedzmy, że się zgadzam. Co mam zrobić? Wędrować po Anglii w nieskończoność? A co z pieniędzmi?

– Masz chyba jakieś oszczędności? – spytała Mary Peg.

– Nic z tego! Przeznaczyłem te pieniądze na swoje studia. Harowałem na nie jak wół i niech mnie szlag trafi, jeśli przepuszczę je na jakieś wariactwo.

– Mogę wziąć trochę z konta emerytalnego – zasugerowała matka.

– Tak? I z czego będziesz żyła? To idiotyczny pomysł. Nawet teraz ledwie wiążesz koniec z końcem.