– Pieniądze to nie problem powiedziałem i wszyscy spojrzeli na mnie tak, jakbym obwieścił, że ziemia jest płaska. – Mówię poważnie. Jestem nadziany. I będzie mi miło, jeśli Albert pojedzie ze mną do Anglii na mój koszt.
Szósty zaszyfrowany list (fragment 1)
czymże zasłużyłem na Twą łaskę, Panie? Bom wystąpił przeciwko swemu Królowi, ale klnę się, Panie, na wszystko, co tylko chcesz, żem tego nie wiedział, oszukano mnie i uczyniono ze mnie zdrajcę przez fortele lorda Dunbartona, jak już mówiłem.
Teraz wyznam, jak do tego doszło, żem został zdradzony, i w taki sposób zdam się na miłosierdzie Waszej Lordowskiej Mości. Było to minionej zimy, parę dni po święcie Matki Boskiej Gromnicznej, kiedym wypatrzył pana Piggotta idącego po Fenchurch Street. Skłoniłem mu się, ale dał znak, żebym tego nie robił, i szedł dalej. Jednak poczułem się nieswojo, bom od wielu tygodni nie miał wieści od lorda D. ani od samego pana Piggotta i zezłościło mnie to, że tak mnie lekceważą, jakbym był zbyt kłopotliwy dla ich intryg. Poszedłem za nim, on zaś skręcił ku rzece w St. Clements Lane i wszedł do gospody Pod Jagnięciem, miejsca nędznego i mrocznego. Dałem chłopcu od miotły szylinga, po czym uprosiłem go, żeby wszedł do środka, dałem mu też na piwo i mięsiwo, żeby usiadł jak najbliżej pana Piggotta, któregom opisał najlepiej, jak umiałem, a potem wyszedł i powiedział mi, co usłyszał i z kim pan Piggott się spotkał, i obiecałem mu, że jeśli dobrze się spisze, dostanie jeszcze 6 pensów.
Tak więc czekałem w cieniu pod okapem i po jakimś czasie chłopak wyszedł i powiada, że mój człowiek spotkał się z Harrym Crabbe'em i Johnem Simpsonem i mówili cicho, ale słyszał, jak brzęczą pieniądze podawane w sakiewce. Poczekaliśmy trochę w cieniu i wkrótce wyszedł pan Piggott, a w chwilę po nim dwóch szpetnych jegomościów, jeden z obciętym nosem i skórzanym na jego miejscu i drugi bardzo gruby, czarny na twarzy, ale obwieszony błyskotkami, z długim żółtym piórem u kapelusza. Chłopak wskazał mi ich ukradkiem, mówiąc, że to są
ci, z którymi się spotkał. A jakiego to rodzaju ludzie, zapytałem go, na co odpowiedział, że Crabbe (ten ze sztucznym nosem) dobre ma nazwisko, bo kocha kraby tak bardzo, że karmi je ludzkim mięsem, a znów ten Simpson Janem Krzcicielem jest nazywany bo krzci w wodach Tamizy lepiej niż biskup, jako że ci, których okrzcił, nie grzeszą już więcej na tym świecie, przez co chciał powiedzieć, że ich topi. A więc nie słyszałeś nic z ich spiskowania? – pytam ja. A on na to: Tak, słyszałem, że ten od sztuk musi zginąć i Simpson powiada, że dziesięć złotych monet przysporzy tylko jednego anioła i musi zapłacić jeszcze dziesiątaka, jeśli chce, żeby on, Simpson, utopił tego Richarda w rzece, i ten pański się zgodził, ale niechętnie, i dał mu więcej i obyś, mój panie, był tak hojny jak on. A więc zapłaciłem mu i oddaliłem się stamtąd w wielkiej trwodze, nie wiedząc, do kogo się zwrócić o pomoc.
Z wielkim pomieszaniem w sercu doszedłem wzdłuż rzeki do teatru Globe i sposobiłem się do swoich obowiązków, ale moją melankoliję spostrzegli inni z kompanii, jako że nie masz większych plotkarzy niż aktorowie, a więc wielem się nasłuchał złośliwości tego wieczoru. Jeden mówi: Musi być zakochany, a drugi: Nie, dowiedział się, że złapał syfilisa, a jeszcze inny: Nie, przerżnął wszystko w karty i musiał zastawić u Żyda swój płaszcz razem z rapciami. Aż wreszcie cisnąłem stołkiem w Samuela Gilburne'a, a potem w Thomasa Pope'a i dobyliśmy już prawie sztyletów, kiedy pan Burbage i paru innych nakazało nam przestać, grożąc, że nas będą pławić, ale nie posłuchaliśmy i wrzucili nas do rzeki dla naszego własnego dobra.
Potem odegraliśmy po południu „Hamleta” i ja zagrałem dworzanina z orszaku króla i wyszedłem na przód sceny ze wszystkimi, kiedy zaczął się actus primus, scena II, ale gdym spojrzał tam, gdzie są najtańsze miejsca, serce o mało nie stanęło mi w piersi, bo na samym przodzie stało tych dwóch łotrów z gospody Pod Jagnięciem i przysięgam, żem nie mógł się ruszyć bardziej niż jegomość namalowany na planszy i nie ruszyłem się, gdy przyszła moja kolej, aż Harry Condell musiał mi dać kuksańca w żebra, żebym ruszył.
16
Wątpliwości Crosettiego co do sensu tej wyprawy stłumił nieco dreszczyk, jaki odczuwał na myśl o locie prywatnym odrzutowcem. Nigdy przedtem ani on, ani żaden z jego znajomych nie podróżował w ten sposób. Pomyślał, że z czasem mógłby do tego przywyknąć. Mishkin najwidoczniej nigdy nie podróżował inaczej. Dostał od swojej firmy kartę, która upoważniała go do wykorzystania określonej liczby godzin przelotów prywatną linią, a jeśli zebrało się dostatecznie dużą grupę pasażerów, jak tym razem, wypadało tylko trochę drożej niż podróż pierwszą klasą, jeśli oczywiście uznać, że parę tysięcy dolarów za bilet to niewiele, a Mishkin właśnie tak uważał. Wyjaśnił to Crosettiemu w drodze do Teterboro. Jakby chciał go przekonać, że jest po prostu zwykłym facetem, a nie kimś niewiarygodnie bogatym. Owszem, miał dochody bliskie miliona, ale z trudem je osiągał. Chodziło głównie o to, że jakoś nie pasował, zwłaszcza pod względem wyglądu zewnętrznego, do linii komercyjnych. W przeciwnym razie z radością stanąłby w kolejce i zdjął w samolocie buty tak jak wszyscy inni. Crosetti nie wiedział, dlaczego Mishkin chce mu sprzedać taki wizerunek, ale zauważył podobną tendencję u paru ludzi poznanych dzięki kontaktom ze środowiskiem filmowym, u facetów, którzy
spieniężali scenariusze za sześcio-, siedmiocyfrowe honoraria i wychodzili ze skóry, aby pokazać, że są normalnymi gośćmi: kupiłem porsche carrera tylko ze względu na kręgosłup, ma najlepiej wyprofilowane pod względem ortopedycznym siedzenia.
Samolot, Gulfstream 100, był przystosowany do przewozu ośmiu pasażerów i Crosetti, ku pewnemu zaskoczeniu, naliczył ich sześcioro: oprócz niego i Mishkina była jeszcze pani Mishkin, dwa manczkiny (określenie, które przyszło mu do głowy, kiedy przyjechali na lotnisko i utknęli tam jak kawałek gumy do żucia przyklejony pod kinowym krzesłem) i facet tak podobny do Rutgera Hauera, że aż było to niesamowite. Okazało się potem, że to brat Mishkina, Paul. Żona i dzieci mieli się przesiąść w Londynie na samolot do Zurychu, ale Paul leciał dalej, by włączyć się do misji związanej z Bulstrode'em…
Crosetti pomyślał, że to trochę dziwne, ale potem przyszło mu do głowy, że być może Jake Mishkin jest w swym zachowaniu bardziej szczery, niż z początku sądził. Kiedy siedzieli w poczekalni dla pasażerów prywatnych odrzutowców, zjawił się tam pewien człowiek, jeden z tych, od których zależą biznesowe imperia i którzy ani na chwilę nie mogą stracić kontaktu ze światem zewnętrznym. O tym, że jego podwładni są jedną bandą niesubordynowanych leni, świadczył jego styl zarządzania, to znaczy podniesiony głos niemal krzyk i wulgarne słowa, jakimi się posługiwał. Nieustannie żądał od swoich rozmówców, żeby się, kurwa, zamknęli i słuchali, radził im też, aby powiedzieli jakimś innym głupim skurwysynom, że mają się odpierdolić. Panią Mishkin, podobnie jak innych obecnych w poczekalni, facet wyraźnie denerwował. W końcu cham zakończył rozmowę poleceniem: „Powiedz temu pieprzonemu sukinsynowi, że ma do mnie zaraz zadzwonić! Natychmiast!” Wpatrywał się w maleńki telefon przez prawie minutę, rzucając przekleństwa. Po chwili komórka znów zagrała melodyjkę, tym razem temat z Walkirii Wagnera, i facet wznowił swą tyradę pełną przekleństw. Mishkin wstał, podszedł do gościa, pochylił się, górując nad nim niczym Jungfrau nad Stechelbergiem, i powiedział coś półgłosem; kiedy zaś w odpowiedzi usłyszał tylko: „Pieprz się!”, wyrwał telefon z dłoni faceta, przełamał go na pół i cisnął do kosza na śmieci. Rozległy się brawa pozostałych pasażerów, Mishkin zaś wrócił do swoich. Po pełnej zdumienia chwili ordynarny osobnik wypadł z poczekalni; czy chciał poszukać