nowego telefonu, czy też policjanta tego już się nie dowiedzieli, bo akurat w drzwiach pojawiła się elegancka młoda kobieta w jasnobrązowym uniformie i poinformowała Mishkina, że można wchodzić na pokład maszyny.
Crosetti wszedł do samolotu ostatni i zajął wolne miejsce, gładkie jak skóra dziewczyny i tak wygodne, że można by je uznać za grzech śmiertelny. Stewardesa zapytała go, czy chce się czegoś napić; poprosił oczywiście o szampana i dostał butelkę idealnie schłodzonego kruga, kryształowy kieliszek, koszyczek małych krakersów i ceramiczny półmisek dojrzałego sera. Mężczyzna po drugiej stronie wziął piwo i również dostał koszyczek. To był ten brat Mishkina. Crosetti przyjrzał mu się ukradkiem, gdy samolot kołował na pasie. Paul miał na sobie czarny sweter i dżinsy, na nogach tanie sportowe buty. Ubogi krewny? Czytał poranne wydanie „New York Timesa”, a właściwie przeglądał gazetę pobieżnie, jakby wiadomości go nudziły albo jakby z góry wiedział, co w nich napisano. Crosetti doskonale to rozumiał, też tak czytał gazety, z wyjątkiem recenzji filmowych. Zastanawiał się, czy Paul jest aktorem, bo był niewiarygodnie przystojny; myślał też o genetyce, która sprawiła, że ten człowiek i Mishkin wyszli z tego samego łona.
Nagle mężczyzna złożył energicznie gazetę i wepchnął ją do kieszeni na fotelu. Odwrócił się do Crosettiego i powiedział:
– Jeśli nie liczyć wyników sportowych, straciłem zdolność odróżniania prawdy od fikcji w wiadomościach. Nie wiem, czemu się tym przejmuję. Tylko mnie denerwują, bez żadnej konkretnej przyczyny.
– Może pan podrzeć gazetę na strzępy i podeptać ją.
Mężczyzna się uśmiechnął.
– Owszem, ale coś takiego zrobiłby raczej mój brat.
– Ma temperament. Ta historia z telefonem…
– No tak. I zabił dwóch ludzi. Ale, co dziwne, nie ma takiego charakteru. Jest najłagodniejszym, najcierpliwszym człowiekiem na świecie. To ja jestem najbardziej porywczy w rodzinie.
– Akurat!
– Nie jest sobą – powiedział brat. – Czasem obcowanie z przemocą tak działa. Ludzie konstruują pewną osobowość, maskę i zaczynają wierzyć, że to naprawdę oni, do szpiku kości, a potem zdarza się coś, czego nigdy nie oczekiwali, i wszystko
pęka: zostaje wrażliwe, miękkie wnętrze wystawione na działanie żywiołów.
– Stres pourazowy?
Paul machnął lekceważąco ręką.
– Jeśli traktuje się na serio całą tę psychologiczną gadaninę. Kultura lubi wrzucać do jednej szufladki, z tym właśnie określeniem na etykietce, różne niepowiązane ze sobą symptomy nękające różnych ludzi w związku z absolutnie różnymi wydarzeniami. To tak użyteczne i intelektualnie nośne jak zbieranie znaczków pocztowych. Mój brat wiódł ściśle uregulowany żywot, który, choć niezwykle udany, został odcięty od ożywczych źródeł przez nałóg. Żył w kłamstwie, jak to się mówi, a takie życie jest z definicji czymś bardzo kruchym.
– A od czego był uzależniony?
– Ależ z pana wścibski facet…
Nie było w tym złośliwości, więc Crosetti wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Przepraszam. Okropny nawyk. Zwykle tłumaczę się tym, że zgłębiam zakamarki duszy ludzkiej, bo wymaga tego moja praca.
– No tak, jest pan scenarzystą. Jake coś o tym wspominał. Niech pan wobec tego zgłębia własną duszę. Co pan myśli o Tarantinie?
– Nie jest zbyt głęboki w tym zgłębianiu. – Crosetti machnął lekceważąco ręką, imitując wcześniejszy gest Paula. – Po co pan leci do Europy?
– Sprawa rodzinna.
– Związana z tym wszystkim? Mówię o pogoni za tymi papierami, za tajemniczym manuskryptem…
– Pośrednio.
– Aha. Pan też jest prawnikiem?
– Nie.
– Wie pan, jeśli chce pan, żeby coś pozostało tajemnicą, to może pan to osiągnąć nie przez wygłaszanie tajemniczych uwag, tylko przez wprowadzenie fikcyjnej nudnej postaci. James Bond zawsze mówi, że jest emerytowanym urzędnikiem państwowym, i to z reguły kończy konwersację. Taka mała wskazówka z dziedziny kina światowego.
– Okay. Jestem księdzem. Jezuitą.
– To dobra odpowiedź. Chyba startujemy. Nie mieliśmy nawet pokazu kamizelek ratunkowych. Czy to dlatego, że mają nas gdzieś, czy nikt nawet nie dopuszcza myśli, że klasy panujące może spotkać jakieś nieszczęście?
– Myślę, że to drugie – odparł Paul. – Bogactwo z reguły wypacza wyobraźnię.
Crosetti nigdy nie przeżył tak szybkiego startu. Silniki zawyły krótko, kabina przechyliła się do tyłu jak opuszczana leżanka i nagle w kilka sekund znaleźli się nad chmurami.
Kiedy samolot wyrównał, Crosetti powiedział:
– Przypuszczam, że zna pan tę historię. To znaczy sprawę lisów Bracegirdle'a, szyfru i tak dalej.
– Owszem, czytałem list i Jake opowiadał mi trochę o tym, co zdołał pan ustalić.
– I co pan myśli?
– O szansach złamania szyfru i znalezienia zaginionej sztuki? Są niewielkie. Z tego, co pan mówi, wynika, że potrzebna jest prawdziwa siatka, a jakie jest prawdopodobieństwo, że dziurkowana kartka papieru przetrwała czterysta lat? I jak ją w ogóle rozpoznać? A jeśli nie złamiemy szyfru, nie znajdziemy sztuki – to chyba oczywiste.
– A więc dlaczego pan się w to włączył?
– Włączyłem się, bo gdy pojawiły się te listy, mój brat po raz pierwszy w życiu poprosił mnie o pomoc. Dwukrotnie. Los dał nam szansę, której nie chciałbym zmarnować. Jake potrzebuje tej pomocy. I jestem mu ją winien. Był dla mnie bardzo dobry, kiedy siedziałem w więzieniu i przez jakiś czas potem, chociaż głęboko mną gardził. Był to akt prawdziwego miłosierdzia i chcę mu się za to odwdzięczyć.
– Dlaczego siedział pan w więzieniu? – spytał Crosetti.
Jego rozmówca uśmiechnął się tylko, prychnął, potrząsnął głową, wyjął grubą książkę z torby i włożył na nos okulary. Zaintrygowany Crosetti rzucił okiem na okładkę: Hans Küng, Czy Bóg istnieje? Wydało mu się to dziwną lekturą do samolotu, ale co właściwie wiedział o tym człowieku? Wyjął swój laptop z pokrowca, postawił na solidnym pulpicie i włączył. Ku jego zaskoczeniu zaświeciła się ikonka sygnalizująca gotowość do połączenia z Internetem; no cóż, ludzie, którzy latali
prywatnymi odrzutowcami, nie znieśliby odcięcia od sieci podczas lotu. Komórki pewnie też działały. Włożył słuchawki i wsunął do napędu płytkę z filmem Elektryczne cienie. Och, oczywiście przy fotelu było też zainstalowane gniazdko prądu zmiennego, nie daj Bóg, aby jakiś bogacz musiał być skazany na baterie w laptopie! Oglądał film z krytycznym niezadowoleniem, jakie odczuwał zawsze wobec debiutanckich filmów zrobionych przez kogoś z jego pokolenia. Do tego przez kobietę! I to Chinkę. Xiao Jiang była całkiem niezła, starał się więc oglądać bez uprzedzenia i z uwagą, aby wykorzystać swoją szansę. Było to drugie Kino Paradiso, z rewolucją kulturalną w tle. Wydawało się, że nawet największy ładunek kiczu i najsurowsza kontrola państwa nie może odebrać filmowi elegancji. Retrospekcje i przeskoki w czasie o trzydzieści lat są płynne, ale sama fabuła i emocje wyzwalane przez aktorów nasuwają skojarzenia z operą mydlaną, myślał, pisząc w wyobraźni recenzję. Udany debiut utalentowanej reżyserki; trudno go oczywiście porównywać z filmem, jaki zrealizowałby według własnego scenariusza Albert Crosetti, który nigdy nie będzie miał takiej szansy…
Kiedy film się skończył, włączył edytor tekstu i zaczął pisać nowy scenariusz. Potrzebny był tytuł. Napisał Carolyn Rolly i pomyślał o filmach, które miały w tytule imiona i nazwiska kobiet: Stella Dallas, Mildred Pierce, Erin Brockovich, Annie Hall. Tak, ale… Skasował tytuł i napisał: Introligatorka, scenariusz oryginalny A.P. Crosetti. A. Patrick Crosetti. Albert P. Crosetti.