Crosetti pisał zwykle wolno, wciąż coś kasował, zastanawiał się nad tekstem, ale teraz szło mu, jak to się głupio mówi, gładko. Wkrótce miał już prawie gotowy pierwszy akt, od pożaru w antykwariacie aż do początkowej nocy w lofcie introligatorki i odkrycia manuskryptu, z pierwszą retrospekcją, krótką sceną z koszmarnego dzieciństwa Carolyn. Przeczytał to i stwierdził, że jest dobre, podejrzanie dobre, lepsze od wszystkiego, co dotąd napisał, lecz odznaczające się żywszym tempem niż w poważnych filmach z Europy. Spojrzał na zegarek: minęły prawie dwie godziny. Za oknem zaczęło się ściemniać; samolot leciał nad ogromną połacią gęstych i skłębionych chmur arktycznych.
Przeciągnął się, ziewnął, zapisał świeży urobek i wstał, żeby pójść do toalety. Kiedy wrócił, zastał w swoim fotelu Mishkina pochłoniętego gorączkową rozmową z bratem.
– Pozwolisz? – zapytał prawnik.
– To twój samolot, szefie – odparł Crosetti.
Wziął laptopa i przeszedł do przodu, żeby usiąść na miejscu zwolnionym przez Mishkina. Po drugiej stronie siedziała pani M. Albo była pani M., jeszcze nie zdążył się zorientować. Po drodze musiał minąć dwójkę dzieci i nie mógł nie zauważyć, że oboje są wyposażeni w najnowsze PowerBooki Apple'a. Nigdy nie znał naprawdę bogatych dzieci i ciekaw był, jak wygląda ich życie, czy są zepsute i czy próbują, jak ich tato, udawać biedniejsze niż w rzeczywistości, czy też są tak nawykłe do tego życia, że nie zaprzątają sobie niczym głowy. Dziewczynka oglądała jakiś muzyczny klip, raperów śniących na jawie o seksie i przemocy. Chłopiec strzelał do potworów w grze Warcraft. Crosetti usiadł w fotelu opuszczonym przez Mishkina. Żona, czy też była żona, wydawała się spać z twarzą przyciśniętą do szyby; widział tylko jasny zarys jej głowy i białą szyję nad szarym swetrem. Włączył laptopa i zanurzył się z powrotem w swoim fikcyjnym świecie.
Podeszła stewardesa z następnym kieliszkiem lodowato zimnego szampana i położyła na jego stoliku menu. Do wyboru był filet mignon cordon bleu, szkocki łosoś na zimno lub hot dog chili. Crosetti zdecydował się na filet i wrócił do pisania, gdy nagle usłyszał jakby szczekanie małego pieska, nie, raczej pokasływanie – coś w rodzaju tłumionego popiskiwania. Początkowo sądził, że to dźwięki z laptopów dzieci, ale kiedy spojrzał na panią Mishkin, zauważył, że odgłosy te są zsynchronizowane ze spazmatycznym drganiem jej ramion i głowy. Płakała.
– Przepraszam, czy coś się stało?
Wykonała gest dłonią, co mogło oznaczać „chwileczkę” albo „proszę się nie wtrącać”, i wytarła nos w garść chusteczek higienicznych, trąbiąc nadspodziewanie głośno. Zwróciła ku niemu twarz; pierwszą jego myślą było: Cudzoziemka! Crosetti zawsze uważał, że twarze Amerykanów mają w sobie coś nieokreślonego w porównaniu z tymi, które widywał na filmach zagranicznych, i to właśnie był przykład takiej różnicy. Żona Mishkina odznaczała się interesującą twarzą Europejki z Północy, twarzą, która wydawała się wprost stworzona do czarno-białego filmu. Czubek nosa i powieki miała zaczerwienione, co odrobinę psuło efekt, ale i tak nie mógł oderwać od niej wzroku. Był to jeszcze jeden dowód na to, że opuścił granice rzeczywistości i znalazł się w swoim scenopisie. Uchwyciła jego spojrzenie
i w odwiecznym geście kobiety przyłapanej w trakcie porannej toalety uniosła pośpiesznie dłoń ku twarzy i włosom.
– Och, Boże, muszę strasznie wyglądać! – powiedziała.
– Ależ skąd, wygląda pani świetnie. Czy mogę w czymś pomóc? Oczywiście nie chciałbym być wścibski…
– Nie, nie, wszystko w porządku. Po prostu normalne, głupie problemy życiowe. Czasem trzeba się wypłakać.
Miała też dobry akcent. Za kilka sekund z kabiny pilota wyjdzie Bergman albo Fassbinder i każe zmienić ustawienie świateł. Jaka była jego następna kwestia? Szukał gorączkowo czegoś odpowiedniego, czegoś świadczącego o znużeniu życiem i egzystencjalnego.
– Albo napić się szampana. Uniósł kieliszek. Możemy topić nasze smutki.
Odpowiedziała na tę żartobliwą uwagę uśmiechem, najwspanialszym, jaki zdarzyło mu się widzieć w życiu, na ekranie lub poza nim.
– Tak odparła. Napijmy się szampana. W ten sposób można rozwiązać problemy ludzi bogatych.
Stewardesa ochoczo podała im zmrożoną butelkę.
– Pan jest tym pisarzem powiedziała, opróżniwszy pierwszy kieliszek. Odkrył pan ów koszmarny rękopis, który zniszczył nam życie. I mimo to pisze pan dalej. Przy całym swoim smutku słyszę to pańskie klikanie. Przepraszam, ale nie pamiętam pańskiego imienia i nazwiska…
Crosetti przedstawił się i poprosił, żeby mówiła mu po imieniu.
– Jestem Amalie. Co piszesz?
– Scenariusz.
– Tak? I o czym on jest?
Szampan go ośmielił.
– Powiem ci, jeśli mi zdradzisz, dlaczego płakałaś.
Zmierzyła go przeciągłym spojrzeniem; zaczął podejrzewać, że poczuła się urażona, ale wtedy oznajmiła:
– Uważasz, że to sprawiedliwy układ? Prawda za fikcję?
– Fikcja to prawda. Jeśli jest dobra.
Znów milczała przez chwilę, a potem skinęła głową.
– Tak, masz rację. Okay. Dlaczego płakałam? Bo kocham swojego męża i on też mnie kocha, ale cierpi na pewną chorobę: musi sypiać z innymi kobietami.
Pewnie niejedna na moim miejscu by się z tym pogodziła, miewałaby romanse
i podtrzymywała małżeństwo jako swoisty układ towarzyski. W pewnych krajach
uważa się to za rozwiązanie cywilizowane. Połowa Włochów i cała Ameryka Łacińska musi tak robić. Ale ja nie mogę. Jestem osobą bardzo zasadniczą. Uważam, że małżeństwo to sakrament. Chcę być tą jedyną i żeby on był tym jedynym, nie potrafię inaczej żyć. Powiedz mi… jesteś człowiekiem religijnym?
– Hm, zostałem wychowany jako katolik…
– Nie o to pytam.
– To znaczy czy jestem naprawdę religijny? Chyba nie. Moja matka jest religijna i widzę różnicę.
– Ale wierzysz… w co? W kino?
– Tak sądzę. Wierzę w sztukę. Myślę, że jeśli istnieje coś takiego jak Duch Święty, to objawia się on w wielkich dziełach sztuki, między innymi w niektórych filmach. Wierzę też w miłość. Jestem pod tym względem pewnie bliższy tobie niż twojemu mężowi.
– Chyba tak. On nie potrafi w cokolwiek wierzyć. Nie, to niezupełnie tak. Wierzy, że jestem święta i że jego ojciec to diabeł. Ale ani ja nie jestem święta, ani ojciec nie jest diabłem, jednak on w to wierzy, bo wtedy nie musi myśleć, że mnie rani jest święta, a tym samym wznosi się ponad zazdrość, prawda? I nie musi wybaczać ojcu tego, co mu zrobił, a co pozostaje tajemnicą. To dobry, miły człowiek, ten Jake, ale chciałby, żeby świat był inny niż w rzeczywistości. Właśnie dlatego płaczę. No dobrze, o czym jest ten twój film?
Crosetti zaczął opowiadać; nie tylko o samym scenariuszu, ale także o jego inspiracjach, o Carolyn i ich żałośnie krótkim związku, o swoim życiu i planach. Słuchała uważnie i prawie się nie odzywała, inaczej niż jego matka, która miała mnóstwo idiotycznych pomysłów i bez skrępowania je forsowała. Kiedy skończył, Amalie spytała z niekłamanym podziwem:
– I sam to wszystko wymyśliłeś? Jestem zdumiona, bo osobiście nie mam ani
krzty zdolności twórczych, jeśli nie liczyć rodzenia dzieci i takich drobiazgów jak
urządzanie mieszkania czy gotowanie. I robienia wielkich pieniędzy. Czy można to nazwać czymś twórczym? Nie sądzę.