Выбрать главу

– To z pewnością użyteczne odparł Crosetti, który nie odznaczał się żadnym z tych talentów.

– Pewnie tak. Ale w końcu to niższy rodzaj sztuki, jak na przykład hydraulika. I człowiek ma zawsze dręczące poczucie jakiejś niesprawiedliwości. To dlatego bogatym tak trudno dostać się do nieba.

W tym momencie zza zasłony wyszła stewardesa i zaczęła roznosić obiad. Amalie kazała dzieciom wyjąć z uszu słuchawki i zjeść w cywilizowany sposób, jak się wyraziła. Fotele były obrotowe, więc Crosetti znalazł się naprzeciwko chłopca. Stewardesa nakryła obrusem dzielący ich szeroki stolik z blatem wyłożonym imitacją drewna, postawiła porcelanową zastawę i rozłożyła srebrne sztućce. Na środku stanął wazonik z białą różą. Mishkin postanowił najwidoczniej zjeść obiad w towarzystwie brata, nie zaś rodziny. Po kilku minutach Crosetti zorientował się dlaczego. Dzieciom nie zamykały się buzie podczas posiłku, który w przypadku chłopca składał się głównie z miseczki cheerios. Monolog dziewczynki obracał się prawie wyłącznie wokół tego, co sobie kupi, dokąd pójdzie, co będzie mogła robić w Szwajcarii, jakim zakazom się nie podporządkuje. Amalie postępowała z nią stanowczo, ale w jakiś męczący sposób, co zdaniem Crosettiego zapowiadało wybuchy płaczu i głośne awantury w scenerii majestatycznych Alp. Na grzecznościowe pytanie o grę komputerową chłopiec odpowiedział potokiem informacji na temat jej historii, cech wszystkich postaci, szczegółów dotyczących odnalezionych skarbów i pokonanych potworów. Monologu nie zdołała przerwać żadna z konwencjonalnych socjolingwistycznych sztuczek i nuda była tak intensywna, że niemal pozbawiła smaku soczysty filet i podanego do obiadu chambertina. Crosetti miał ochotę ugodzić dzieciaka nożem do mięsa.

Matka chłopca musiała coś wyczuć, bo w końcu mu przerwała:

– Niko, pamiętaj, umówiliśmy się, że kiedy coś powiesz, będziesz musiał dopuścić do głosu także drugą osobę.

Chłopiec urwał w pół zdania jak wyłączone radio i zaproponował:

– Teraz ty musisz coś powiedzieć.

– Czy możemy porozmawiać o czymś innym niż Warcraft? - zapytał Crosetti.

– Tak. Ile monet jednocentowych mieści się w stopie sześciennej?

– Nie mam pojęcia.

– Czterdzieści dziewięć tysięcy sto pięćdziesiąt dwa centy. A ile w metrze sześciennym?

– Nie, teraz moja kolej. Jaki jest twój ulubiony film?

Odpowiedź zajęła trochę czasu, bo Niko uznał za konieczne dokonać przeglądu swoich faworytów, ale ostatecznie wybór padł na Park Jurajski. Chłopiec miał go oczywiście na twardym dysku (obejrzał go czterdzieści sześć razy, jak oznajmił) i Crosetti poprosił o puszczenie filmu, obiecując, że wyjaśni, w jaki sposób wykonano wszystkie efekty specjalne. Wyjął specjalną wtyczkę, która pozwalała korzystać ze słuchawek dwóm osobom jednocześnie. W tej sytuacji maniak trafił na maniaka i Crosetti poczuł, że nie skompromitował się jako źródło nudnych faktów.

Pilot oznajmił, że podchodzą do lądowania na lotnisku Biggin Hill, wrócili więc na swoje miejsca i pozapinali pasy. Stewardesa rozdała gorące ręczniki.

Amalie uśmiechnęła się do Crosettiego.

– Dziękuję ci, że wykazałeś tyle cierpliwości wobec Niko – powiedziała. -

To miłe z twojej strony.

– Żaden problem.

– Nie dla większości ludzi. Niko nie jest zdolny do miłości, ale nawet tacy

jak on jej potrzebują. Trudno ich kochać, lecz przypuszczam, że jesteś jednym

z tych, których spotkał taki los.

Crosetti nie wiedział, jak zareagować, ale przyłapał się na tym, że myśli o Rolly. Bez wątpienia była niezdolna do miłości, czy jednak ją kochał? I czy miało to jakieś znaczenie, skoro było tak mało prawdopodobne, że kiedykolwiek jeszcze ją spotka?

Samolot wylądował łagodnie i kołował krótko po małym lotnisku. Zacinający deszcz smagał szyby. Crosetti i bracia Mishkin zebrali podręczny bagaż i części garderoby. Amalie uścisnęła Albertowi dłoń i nieoczekiwanie pocałowała go w policzek.

– Dziękuję – powiedziała. – Za rozmowę ze mną i z Niko. Teraz wyruszysz na spotkanie tej szalonej przygody, w jaką wciągnął cię Jake, i już się nie zobaczymy. Mam nadzieję, że nakręcisz swój film.

Jake Mishkin zatrzymał się w przejściu, górując nad Crosettim, który poczuł się jak zawalidroga i wyszedł pośpiesznie z samolotu.

Hala przylotów była mała i czysta, odprawa celna i paszportowa dokonywana przez niezbyt liczny damski personel szła sprawnie; była to usługa należna tylko bardzo bogatym pasażerom, Crosetti nigdy dotąd nie spotkał się z czymś takim. Na zewnątrz czekała limuzyna marki Mercedes i człowiek z ogromnym parasolem. Crosetti wsiadł, a po dziesięciu minutach dołączyli do niego Paul i Jake. Samochód ruszył.

– Dokąd jedziemy? – zapytał Crosetti.

– Do miasta – odparł Jake. – Mam do załatwienia drobną sprawę natury prawnej, naprawdę drobną, ale wystarczy, żeby odpisać koszty przelotu i żeby moja firma była ze mnie zadowolona, a w każdym razie mniej niezadowolona, niż jest obecnie. Nie powinno to zająć więcej niż jeden dzień. Jestem pewien, że nie będzie ci się nudziło w Londynie. Paul może ci pokazać miasto. Mój brat to obieżyświat.

– Brzmi interesująco – powiedział Crosetti. A potem?

– Pojedziemy do Oksfordu i spotkamy się z Oliverem Marchem. Zwrócimy mu rzeczy osobiste Bulstrode'a i spróbujemy się dowiedzieć, co profesor robił tu latem. Resztę trzeba będzie wydedukować.

Zatrzymali się w małym eleganckim hotelu w Knightsbridge. Mishkin już tu mieszkał wcześniej i personel dawał mu wyraźnie do zrozumienia, że miło znów go widzieć i że to samo dotyczy Crosettiego. Paul nie meldował się w hotelu.

– Mój brat nie lubi blichtru i luksusu – wyjaśnił Mishkin, kiedy siedzieli w maleńkim barze hotelowym. Wypił kilka szkockich, gdy Crosetti wciąż raczył się szklanką piwa. – Pewnie poszedł nocować do swoich towarzyszy jezuitów. I załatwić dla nas ochronę.

– Jest ochroniarzem?

– Nie, duchownym, jezuitą.

– Naprawdę? Tak mi powiedział, ale myślałem, że mnie nabiera. Co ksiądz może wiedzieć o ochronie?

– O, Paul ma mnóstwo talentów i zainteresowań, jak się z pewnością przekonasz. Często sobie myślę, że należy do elitarnego papieskiego korpusu zabójców, o którym tyle się ostatnio czyta. No i co myślisz o mojej uroczej rodzince?

– Robią wrażenie bardzo miłych – odparł Crosetti ostrożnie.

– Bo są mili. Mili aż do przesady. Zbyt mili dla kogoś takiego jak ja. Moja żona jest Szwajcarką, wiedziałeś o tym? Szwajcarzy są bardzo mili. To ich narodowa specjalność, podobnie jak czekolada i pieniądze. Czy wiesz, że przed drugą wojną światową Szwajcaria była bardzo biednym krajem? I nagle się wzbogaciła. Dzięki temu, że dostarczała nazistom wszelkie techniczne nowinki z fabryk, których nie można było bombardować, bo Szwajcarzy byli tak bardzo neutralni. No i jest jeszcze sprawa stu pięćdziesięciu milionów marek niemieckich, które Szwajcarzy ukradli eksterminowanym Żydom. To prawie trzy czwarte miliarda dolarów. Ciekawe, gdzie się podziały? Nie mówiąc już o dziełach sztuki. Mój teść ma wspaniałą kolekcję obrazów impresjonistów i postimpresjonistów Renoir, Degas. Kandinsky, Braque, co tylko chcesz.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Przed wojną i podczas wojny był urzędnikiem bankowym. Jak zdołał zgromadzić taką kolekcję? Dzięki temu, że był miły? Moje dzieci są pół-Szwajcarami, a to oznacza, że są tylko półmiłe, jak pewnie zauważyłeś. Jesteś chyba dobrym obserwatorem, Crosetti, jako człowiek twórczy, pisarz, zawsze czujny i skłonny do refleksji. Prawdopodobnie masz już jakieś wyobrażenie o Amalie, o mnie i dzieciach. Znalazłeś materiał na scenariusz? Rodzina Mishkinów, film fabularny. Druga połowa jest pół żydowska, pół nazistowska, co już zdecydowanie nie wydaje się miłe. Napij się jeszcze, Crosetti! Zamów cosmopolitana. Drink twojego pokolenia.