Następnego ranka podjechałem po Crosettiego i upewniłem się na wszelki wypadek, że ma wszystkie kopie zaszyfrowanych listów. Poinformował mnie, że oryginały są u kogoś godnego zaufania, w sejfie nowojorskiej biblioteki publicznej, za metalowymi drzwiami, co uznałem za dobre posunięcie. Spotkaliśmy się z pozostałymi na Teterboro, w wydzielonej poczekalni. Doszło tam do nieprzyjemnej sytuacji z małym dupkiem, który bluźnił do telefonu. Moja interwencja spotkała się z aprobatą obecnych, ale Amalie patrzyła na to z przerażeniem. O co chodzi? – warknąłem. Doszło do pyskówki. W samolocie, jak zwykle, doskonała obsługa. Zrządzeniem losu stewardesą była długonoga Karen McAllister; oboje w tej sytuacji udawaliśmy obojętność, choć podczas kilku poprzednich rejsów nieraz ją przeleciałem. Naturalnie Amalie to zwęszyła. Jak? Czyżbym zostawiał, jak dzikie zwierzę, zapach na kobietach? Czy zdradza mnie mimowolny wyraz twarzy? W każdym razie mieliśmy atak płaczu, bezgłośne szlochy, a co najgorsze – odtrąciła moją rękę. Nie mogłem tego znieść, poszedłem na tył i wywaliłem Crosettiego z jego fotela, żeby porozmawiać z Paulem.
Pamiętam, że skarżyłem się na swoją żonę nudna stara śpiewka, której nie będę przytaczał. – Paul słuchał, a potem jakoś tak rozmowa zeszła na ojca i Mutti, na to, który z nas był bardziej, a który mniej faworyzowanym synem nasz ulubiony motyw przy okazji wspomnień ze wspólnej przeszłości i z rozbawieniem przypomnieliśmy sobie pewien incydent. Paul, wtedy mniej więcej siedmioletni, stłukł cenną figurkę z miśnieńskiej porcelany i matka sięgnęła po szczotkę do włosów, zwykłe narzędzie służące dyscyplinowaniu dzieci. Nie była to, nawiasem mówiąc, tandetna plastikowa szczotka, jaką można dostać w każ dym kiosku, ale solidny
kawał niemieckiego klonu z powtykaną szczeciną dzika ze Schwarzwaldu, oręż odpowiedni do odbicia Jerozolimy z rąk Saracenów. Paul usiłował uniknąć kary, biegając dookoła owalnego stołu w jadalni i wrzeszcząc histerycznie. Mutti uganiała się za nim, miotając groźby po niemiecku, a młodsze dzieci patrzyły zafascynowane. Kiedy już wycisnęliśmy ostatnią ciepłą kroplę z tego miłego wspomnienia, zauważyłem mimochodem, że w odróżnieniu od niego i od Miriam, jako dobry synek, rzadko miałem okazję poczuć szczotkę na własnej skórze.
Spojrzał na mnie dziwnie i powiedział:
– Tak, ciebie biła ręką. W sypialni.
– O czym ty mówisz? Nigdy mnie nie tknęła.
– Naprawdę nie pamiętasz? Niemal za każdym razem, kiedy tato jej przyłożył, zaczynała się z tobą szarpać, brała cię do sypialni, kładła przez kolano i biła gołą ręką w tyłek, a ty wyłeś jak potępieniec. A potem tuliła cię na łóżku i kołysała, i mruczała do ucha czułe słówka, aż przestawałeś płakać. Miri i ja patrzyliśmy przez dziurkę od klucza. Mama mówiła do ciebie zawsze: mein kleines Judchen.
– Ach, gówno prawda! Wymyśliłeś to.
Wzruszył ramionami.
– Jak nie wierzysz, spytaj Miri. Już wtedy uważaliśmy to za dziwne, nawet w tym gabinecie osobliwości, jakim był nasz dom.
– A więc myślisz, że wyparłem to ze świadomości? Boże, ale banał! I to tłumaczy wszystkie moje problemy miłosne i rodzinne?
– Nie, chodzi o to, że Bóg obdarzył cię wolną wolą, a ty postanowiłeś wybrać grzech, zamiast wyzbyć się swojej monstrualnej pychy i poddać się Jego woli, skoro już o to pytasz.
W każdym razie powiedział coś w tym rodzaju, a takie przemowy w ogóle do mnie nie trafiają. Inna ciekawa rzecz: nieco później spytałem go w zadumie, jak to się stało, że nasi rodzice stali się parą, a on znów spojrzał na mnie dziwnie i odparł:
– Naprawdę nie wiesz?
– Zawsze myślałem, że to był namiętny wojenny romans. Choć nigdy nie mówili o stronie uczuciowej.
– Nie żartuj. Czy nigdy nie wydało ci się dziwne, że nazistowska księżniczka postanowiła wyjść za Żyda? I to za bardzo żydowskiego Żyda?
– Tajemnice egzogamii?
– Nie, była po prostu dobrą nazistką.
Musiałem mieć głupią minę, bo powiedział:
– Słuchaj, oni traktowali tę swoją teorię rasy panów bardzo serio. Herrnvolk miał prawo podbijać inne narody, bo był silny, prawda? A kto był ich głównym rywalem, jeśli chodzi o dominację światową?
– Rosjanie?
– Nie, Rosjanie to bydło. Żydzi są jedyną rasą zdolną rywalizować z kimkolwiek. Kontrolują Rosję i potęgi zachodnie, zwłaszcza Stany Zjednoczone. Ta wojna była przeciw Żydom. I Żydzi wygrali.
– Co? Przecież Żydów wyniszczono.
– Żydzi wygrali. To prawda, stracili sześć milionów, ale wrócili do Jerozolimy, Niemcy zaś stracili siedem milionów. A armie, które starły Niemców na proch, były poddawane tajnym machinacjom żydowskiej rasy. Nigdy ci tego nie mówiła?
– Nigdy.
– No to szczęściarz z ciebie. A zatem gdy Żydzi zwyciężyli, ich rasa stała się wyższa – przepraszamy za obozy koncentracyjne – i w konsekwencji aryjska dziewoja postanowiła ofiarować swe łono przedstawicielowi wyższej rasy. To wszystko jest bardzo logiczne dla kogoś, kto oszalał.
Muszę wyznać, że nie przyszło mi to do głowy. Ani Paul, ani moja siostra nigdy nie poruszali tego tematu. Rodzice oczywiście walczyli ze sobą jak wściekli, ale ja osnułem wokół ich konfliktu romantyczny mit, który zaczerpnąłem z kina. Ludzie zakochiwali się w sobie, płodzili dzieci, mężczyzna dopuszczał się zdrady, żona tłukła talerze, wtedy mąż albo przyrzekał poprawę i uświadamiał sobie, że jego serce jest w domu, albo też odchodził i mama znajdowała sobie nowego i lepszego męża (Roberta Younga), a kiedy dawny mąż wracał, czołgając się u jej stóp, zostawał wyrzucony. Albo, co było jeszcze lepszym rozwiązaniem, umierał.
Po przerwie, która wydawała się długa jak wieczność aż dziw, że samolot nie runął na ziemię spytałem ochrypłym głosem:
– Więc co chcesz przez to powiedzieć, Paul? Że jesteśmy drugą fazą w procesie wyższej rasy? Sądziłem, że skundlenie było czymś, czego Niemcy próbowali uniknąć.
– Owszem, ale fascynowały ich kundle i idea krzyżowania ras. W obozach ratowali od śmierci w komorach gazowych żydowskie dzieci o aryjskim wyglądzie i oddawali je porządnym nazistowskim rodzinom na wychowanie, czego, gdyby naprawdę wierzyli w ideę czystości rasowej, nie powinni byli robić. No i to ich mierzenie czaszek, eksperymenty Mengelego z bliźniakami…
Przypomniałem sobie, co powiedział przed chwilą, i zapytałem:
– Dlaczego nazwałeś mnie szczęściarzem?
– Och, chodzi tylko o to, że Mutti zrobiła nam wykład o krwi, którego najwidoczniej nie słyszałeś. Myślisz, że to wszystko sobie wymyśliłem?
– Powiedziała wam, że poślubiła ojca, by rozwijać teorie rasowe Trzeciej Rzeszy?
– Niedosłownie, często jednak mówiła nam, że naziści przegrali, bo byli zbyt czyści i szlachetni, więc ona poświęciła się, żeby pobrać do mieszanki trochę podstępnych jak węże żydowskich genów. Nie sądzisz, że zadziwiający dobór cech fizycznych w naszej rodzinie miał coś wspólnego z tym, jak traktowała naszą trójkę? Ach, racja, mogłeś to zapomnieć. W każdym razie rozczarowaliśmy ją jako Ubermenschen, choć nasza powierzchowność była nieskazitelnie aryjska; ja byłem kryminalistą, Miri dziwką, ale ty, że tak powiem, złotym kundlem, który wynagradzał jej wszystko. To dlatego się zabiła. My dwoje byliśmy poza jej zasięgiem, ciebie zaś nie chciała odciągać od studiów i absorbować opieką nad starszą panią. Ritterkreuz mit Eichenlaub, Schwertern und Brillianten dla heroicznej Mutti. Wyglądasz na zaskoczonego, Jake. Nigdy nie przyszło ci to do głowy?