– Nie, i chciałbym ci podziękować za zwrócenie mi na to uwagi… Powinniśmy częściej odbywać takie braterskie rozmowy czuję się teraz niebywale pokrzepiony. Cholera, jaka szkoda, że Mutti nie doczekała chwili, gdy syn marnotrawny powróci w chwale, by sądzić żywych i umarłych. Byłaby z ciebie taka dumna!
Paul zignorował sarkastyczny ton mojej uwagi, jak to robi prawie zawsze, i odparł łagodnie:
– Owszem, zawsze tego żałowałem. A tak nawiasem mówiąc, skończyliśmy z tym tematem? Bo mam pewne przemyślenia dotyczące twojej obecnej sytuacji.
Zaczęliśmy omawiać strategię na najbliższe dni. Jego zdaniem cała ta afera była jednym wielkim oszustwem, należało się więc zastanowić, jakie działania podejmiemy w Anglii. Pomyślałem, że ma chyba rację. Oczywiście, że to oszustwo. Czyż wszystko nie jest oszustwem?
Samolot wylądował. Pojechaliśmy do Londynu limuzyną wynajętą przez Paula w Osborne Security Service. Kierowca, niejaki Brown, był pracownikiem rzeczonej firmy ochroniarskiej i, jak powiedział nam Paul, eksżołnierzem SAS, specjalistą od strun fortepianowych. Nie zrobił na mnie wrażenia; wydawał się jakiś niepozorny i łasicowaty. W hotelu trochę za dużo wypiłem co, jak sądzę, w tych okolicznościach było usprawiedliwione i poszedłem szybko spać. Rano, zdecydowanie za wcześnie, obudziłem się z koszmarnym bólem głowy i spuchniętym, suchym językiem, a mój brat, w stroju duchownego, poinformował mnie, że natychmiast opuszczamy hotel. Najwidoczniej jego zespół ochroniarski wypatrzył jakichś opryszków i musieliśmy się im urwać. Pozwoliłem, żeby doprowadził mnie do jakiego takiego stanu, a następnie poszliśmy po Crosettiego, który przez jedną noc przeobraził się we wrednego małego durnia. W drodze do Oksfordu ledwie dbał o pozory grzeczności.
Musiałem się zdrzemnąć, ale obudził mnie głos Paula, który opisywał coś, co znalazł w jakimś kościele w starym City. Uważał, że to siatka, którą posługiwał się Bracegirdle, szyfrując swoje listy. Byłoby to wielkie odkrycie, ale, szczerze mówiąc, w tym momencie nie mogłem rozbudzić w sobie większego zainteresowania. Jestem człowiekiem o ustalonych nawykach, jak już chyba wspominałem, i jeżdżenie samochodami po jakichś obcych okolicach nie jest dla mnie żadną atrakcją. Zauważyłem jednak, że młodemu Crosettiemu błyszczą się oczy. Mógłbym z powrotem odpłynąć w sen, gdyby nie napomknienie Paula, że siatka została zwędzona przez jakąś młodą kobietę. Z miejsca odrzuciłem przypuszczenie Crosettiego, że mogła to być Carolyn Rolly. Wszelkie znamiona przestępstwa świadczyły o tym, że popełniła je Miranda: niewinny wizerunek, nakłonienie do zachowania dyskrecji prawdopodobnie samotnego wikarego, błyskawiczne, raptowne rozwiązanie…
Miranda! Nawet się z nim nie spierałem. O ile sobie przypominam, pomyślałem, że to my mamy wszystkie szyfry, a więc będzie musiała przyjść do nas ze swoją siatką. Pamiętam też, że ogarnęło mnie uczucie wyczekiwania, jakie rzadko mi się zdarzało, zupełnie jakbym był dzieckiem w drodze na karnawał.
Do przedmieść Oksfordu dotarliśmy około południa; czułem coraz większy głód. Napomknąłem o tym Paulowi, na co odparł, że mamy się spotkać z Oliverem Marchem w wiejskim pubie. Gdy tylko dotarło to do Browna, zaczął prowadzić jak oszalały, śmigając po czterech pasmach M40, aby w ostatniej chwili skręcić błyskawicznie w szosę A40, a potem w lokalną drogę na zachód od Oksfordu.
Crosetti zapytał go, czy próbujemy urwać się naszym prześladowcom, na co Brown odparł: „Nie, tylko jednemu z nich”. Potem pomknęliśmy z rykiem silnika coraz węższymi drogami, wyrzucając w górę fontanny wody i błota i podskakując niemiłosiernie. Zerknąłem na swoich towarzyszy: im taka jazda chyba odpowiadała, a moje rosnące zdenerwowanie wydawało się sprawiać przyjemność. Potem, po szczególnie ostrym wirażu, skręciliśmy w zwykłą wiejską ścieżkę. Brown zatrzymał samochód, wyskoczył z niego, błyskawicznie otworzył bagażnik i wyciągnął długi, czarny nylonowy worek. Też wysiadłem z samochodu, oparłem się o niski płotek i długo wymiotowałem. Kiedy wreszcie przyszedłem do siebie, usłyszałem warkot nadjeżdżającego wozu i spojrzawszy w tamtą stronę, zobaczyłem Browna, który w rozwidleniu przydrożnej wierzby trzymał wielki, egzotycznie wyglądający karabin i celował w kierunku drogi. Pędziło ku niemu z wielką szybkością niebieskie bmw; kiedy zbliżyło się na odległość jakichś stu metrów, strzelił. Silnik zakrztusił się, samochód zahamował raptownie i stanął, spod maski buchnęła para. Brown schował karabin do pokrowca i zauważył, że stoję nieopodal z wytrzeszczonymi oczami i ocieram usta chusteczką.
– Wszystko w porządku, sir?
– Nic mi nie jest. Zastrzelił pan kogoś?
– Nie, sir, trafiłem tylko auto. To jest barrett, sir, idealny do zatrzymywania samochodów. Ojciec Paul prosił, żeby zapewnić mu trochę prywatności podczas tego spotkania.
Gapiłem się na niego bez słowa. Ujął mnie za łokieć i powiedział:
– Wsiądźmy do auta, sir.
Wsiedliśmy i po pewnym czasie dotarliśmy do małej, typowo angielskiej wioski, której nazwy zapomniałem: Dorking Smedley? Inching Tweedle? Coś w tym rodzaju. Wjechaliśmy na podwórko przed budynkiem, który wyglądał jak gospoda dla woźniców z ozdobnego pudełka z herbatnikami: strzecha, ciemne krokwie z epoki Tudorów, ciężkie szklanice z liliowego szkła, z jakich Bracegirdle popijał małmazję. Weszliśmy wszyscy gęsiego do środka, z wyjątkiem Browna, który czekał przy samochodzie, rozmawiając przez trzeszczącą krótkofalówkę.
W środku było mroczno i przytulnie, na kominku płonął ogień. Za barem stał zwalisty mężczyzna ze staromodnymi rudymi bokobrodami. Na nasz widok skinął głową i wskazał boczne drzwi. Za nimi znajdował się mały pokój z gazowym kominkiem i pokiereszowanym okrągłym stołem, przy którym siedział szczupły, przystojny mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, ubrany w tweedową marynarkę, koszulę w drobną kratkę i czarny wełniany krawat. Kiedy weszliśmy, wstał; Paul dokonał prezentacji, wymieniliśmy uściski dłoni i usiedliśmy. Był to Oliver March, towarzysz życia Bulstrode'a. Kolejny dowód, że Paul przejął przywództwo nad naszą ekspedycją. Było mi wszystko jedno. Czułem się jak jeden z tych wielkich czarnych pęcherzy z przemysłowymi chemikaliami, jakie widuje się na barkach w porcie, bezwładne i ogromne, przesuwające się pod wpływem kołysania.
Po krótkiej wstępnej rozmowie March powiedział:
– Tajne spotkanie. To wszystko wydaje się takie dziwne: „Kiedy widziałeś
ostatnio swego ojca” i tak dalej.
Drgnąłem na te słowa i spojrzałem nerwowo na Paula, który wyjaśnił, że to aluzja do słynnego obrazu, przedstawiającego synka rojalisty przesłuchiwanego przez żołnierzy Cromwella, coś w rodzaju zwrotu retorycznego. Profesor ciągnął:
– Otóż to. I nie zgodziłbym się, proszę księdza, na spotkanie w takim nieodpowiednim miejscu, gdyby ksiądz nie zasugerował, że Andrew zginął w innych
okolicznościach, niż ustaliła to policja.
W tym momencie po raz pierwszy usłyszałem o zaangażowaniu Paula w sprawę Bulstrode'a, słuchałem więc z zainteresowaniem, gdy zaczął wyjaśniać:
– Rzeczywiście, było inaczej. Znaleźli naćpanego chłopca nazwiskiem Chico Garza, który posługiwał się kartą kredytową pańskiego przyjaciela, i wymusili na nim zeznania. Ten chłopiec był męską prostytutką i nie miał nic wspólnego ze śmiercią profesora.
– Jakie są na to dowody?
– No cóż, po pierwsze odwiedziłem go w więzieniu. W chwili gdy profesora zamordowano, chłopak nocował w squacie, a kiedy się obudził, znalazł portfel profesora w swojej torbie. Nigdy w życiu go nie spotkał, ale został sprytnie wrobiony w to morderstwo. Policja znalazła ważne dla sądu ślady pozostawione przez Garze w mieszkaniu profesora, a więc wszystko było starannie przygotowane. Inny, jeszcze bardziej przekonujący argument jest taki, że nikt oprócz mojego brata i jego sekretarki nie wiedział o tym, że profesor przekazał papiery Bracegirdle'a w depozyt do firmy prawniczej, a jednak w ciągu paru dni po morderstwie rosyjscy gangsterzy zaczęli śledzić mojego brata. Skąd wiedzieli? Musieli wydobyć tę informację od pańskiego przyjaciela.