Выбрать главу

Deszcz spełnił jednak także pozytywną funkcję, ponieważ wypłoszył demonstrantów sprzed bramy college’u. O ich niedawnej obecności świadczyło jedynie kilka porzuconych ulotek. W samej bramie czekała na niego niespodzianka w postaci zamkniętej kraty. Zamknięte było także małe okienko portierni.

— Otwierać! — zawołał Dunworthy i szarpnął kratę. — Natychmiast otwierać!

W okienku pojawiła się twarz portiera. Ujrzawszy Dunworthy’ego, staruszek najpierw przestraszył się, a potem nastroszył wojowniczo brwi.

— College jest objęty kwarantanną — oświadczył. — Nikt nie może tu wchodzić.

— Proszę natychmiast otworzyć bramę!

— Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić — odparł portier. — Pan Gilchrist wydał polecenie, żeby nikogo nie wpuszczać aż do chwili, kiedy uda się ustalić pochodzenie wirusa.

— Właśnie to ustaliliśmy — poinformował go Dunworthy. — Proszę otworzyć.

Portier zamknął okienko, minutę później zaś pojawił się po drugiej stronie kraty.

— Czy był w bombkach choinkowych? — zapytał z przejęciem. — Ludzie mówili, że…

— Nie — przerwał mu Dunworthy. — Proszę wpuścić mnie do środka.

— Naprawdę nie wiem, czy mogę to zrobić… — odparł staruszek, drapiąc się po głowie. — Pan Gilchrist…

— Pan Gilchrist nie ma tu już nic do powiedzenia.

Wyciągnął z kieszeni papier i podał portierowi, który rozłożył go i wpatrzył się w niego, mrużąc krótkowzroczne oczy.

— Pan Gilchrist nie pełni już obowiązków dziekana — oświadczył Dunworthy na wypadek, gdyby staruszek miał kłopoty z odczytaniem niewyraźnego pisma. — Pan Basingame przekazał mi kontrolę nad przeskokiem. Proszę otwierać.

— Pan Basingame… — wymamrotał portier, wpatrując się w rozmazany podpis. — Idę po klucze.

Zniknął w budynku, zabierając ze sobą papier. Dunworthy postawił kołnierz marynarki, wbił ręce w kieszenie i niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie było mu tak zimno.

Do tej pory martwił się, czy Kivrin nie będzie musiała spać w chłodzie na gołej ziemi, a tymczasem okazało się, że dziewczyna znalazła się w samym środku holocaustu, kiedy ludzie zamarzali na śmierć, ponieważ nikt nie był w stanie narąbać drewna, a zwierzęta zdychały na pastwiskach, ponieważ nie ocalał nikt, kto mógłby przyprowadzić je do domu. Osiemdziesiąt tysięcy ofiar w Sienie, trzysta tysięcy w Rzymie, ponad sto tysięcy we Florencji. Pół Europy.

Zjawił się wreszcie portier z pękiem kluczy i pobrzękując nimi podszedł do kraty.

— Już otwieram, proszę pana.

Kiedy tylko zorientowała się, że jest w roku 1348, z pewnością natychmiast wróciła na miejsce przeskoku, myślał, czekając aż staruszek odszuka właściwy klucz. Czeka tam przez cały czas na otwarcie sieci, niepokojąc się, dlaczego nikt jeszcze nie odkrył pomyłki.

Jeżeli się zorientowała. Przecież nie miała żadnych podstaw, by podejrzewać, że coś poszło nie tak jak powinno. Badri uprzedził ją, iż maksymalny poślizg może wynieść kilka dni, więc po przybyciu na miejsce z pewnością sprawdziła datę, aby ustalić, ile czasu pozostało do Świąt oraz do ponownego otwarcia sieci, ale nie miała najmniejszego powodu, by pytać o rok. Była święcie przekonana, że jest w 1320, podczas gdy dokoła szalała już zaraza.

Wreszcie szczęknął zamek i krata uchyliła się na tyle, by Dunworthy mógł wślizgnąć się do środka.

— Proszę zabrać ze sobą klucze — zwrócił się do portiera. — Muszę wejść do laboratorium.

— Za chwileczkę — odparł staruszek. — Klucz do laboratorium został w szafce.

Ponownie zniknął w portierni. W bramie było chyba jeszcze zimniej niż na zewnątrz, ponieważ wytworzył się silny przeciąg. Dunworthy skulił się najbardziej jak mógł, wbił ręce głębiej w kieszenie marynarki i przycisnął ramiona do ciała, by choć na chwilę zapanować nad coraz gwałtowniejszymi dreszczami.

Jak ostatni głupiec zadręczał się jakimiś rzezimieszkami i złodziejami, a ona tymczasem była w 1348 roku, kiedy na ulicach walały się sterty trupów, ci zaś, co przeżyli, palili na stosach Żydów i obcych, obwiniając ich o sprowadzenie zarazy. Tak bardzo martwił się, że Gilchrist mógł czegoś nie dopilnować, że zaraził niepokojem Badriego, który, chory i zdezorientowany, powtórzył obliczenia i wprowadził wyniki do komputera.

Błędne wyniki.

Nagle uświadomił sobie, że to niemożliwe, by portier tak długo szukał klucza do laboratorium. Na pewno zadzwonił do Gilchrista, żeby go ostrzec! — przemknęło mu przez głowę. Ruszył w kierunku portierni, lecz nim zdążył zrobić dwa kroki, drzwi otworzyły się i pojawił się w nich staruszek z kluczem w jednej ręce a parasolem w drugiej. Otworzywszy parasol zaproponował Dunworthy’emu osłonę przed deszczem.

— I tak jestem już mokry. Pospieszmy się.

Wyszedł pierwszy na dziedziniec i skierował się w stronę prawego skrzydła gmachu.

Znalazłszy się przed drzwiami laboratorium zdarł z nich żółtą taśmę z ostrzegawczym napisem, podczas gdy portier, przekładając parasol z ręki do ręki, grzebał po kieszeniach w poszukiwaniu klucza do urządzenia alarmowego.

Dunworthy co chwila zerkał w kierunku okien mieszkania Gilchrista. Znajdowało się zaraz za zakrętem korytarza, w związku z czym z okien można było dostrzec wejście do laboratorium; w gabinecie płonęło światło, ale nikt się nie poruszał.

Portier wreszcie znalazł klucz, a raczej magnetyczną kartę kodową, wyłączył alarm, po czym, dla odmiany, zaczął szukać klucza do drzwi.

— Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy dobrze robię nie pytając o zgodę pana Gilchrista…

— Panie Dunworthy!

Spojrzeli w kierunku bramy. Przez dziedziniec biegł co sił w nogach Colin, naturalnie w rozpiętej kurtce, a dodatkowo bez szalika na szyi. Miał go pod pachą; dopiero po chwili Dunworthy domyślił się, że chłopiec owinął szalikiem książkę, by choć częściowo uchronić ją przed zmoknięciem.

— W niektórych… częściach… hrabstwa… pojawiła się… dopiero w marcu! — wysapał Colin, robiąc przerwy między wyrazami dla nabrania oddechu. — Przepraszam… że tak dyszę… ale biegłem… całą drogę.

— W których konkretnie? — zapytał Dunworthy.

Chłopiec wręczył mu książkę, po czym, wciąż ciężko sapiąc, zgiął się w pół i oparł ręce na kolanach.

— Tego… nie napisali.

Dunworthy rozwinął szalik i spojrzał na książkę (Colin nawet nie pofatygował się, by ją zamknąć, kartki były więc mokre i pomarszczone), a do tego okulary miał tak zachlapane, że prawie nic przez nie nie widział.

— Najpierw pojawiła się w Melcombe, a stamtąd ruszyła na północ do Bath i na wschód — powiedział chłopiec, odpocząwszy po biegu. — Do Oxfordu dotarła w Boże Narodzenie, a do Londynu w październiku następnego roku, ale podobno niektóre części Oxfordshire oszczędziła aż do późnej wiosny. Były wsie, gdzie ludzie zaczęli umierać dopiero w lipcu.

Dunworthy wciąż wpatrywał się w mokre kartki, choć nie był w stanie odczytać ani słowa.

— To niezbyt konkretne informacje — zauważył.

— Zgadza się, ale wiemy przynajmniej tyle, że nie wszędzie zaraza dotarła w Święta. Kto wie, może Kivrin trafiła do jednej z tych wsi, które ocalały aż do lipca?

Dunworthy strząsnął z kartek krople wody i zamknął książkę.