Выбрать главу

— Zaraza szła z Bath na wschód — powiedział cicho. — Skendgate leży nieco na południe od drogi z Bath do Oxfordu.

Portier wreszcie znalazł właściwy klucz i włożył go do zamka.

— Zadzwoniłem jeszcze raz do Andrewsa, ale nikt się nie zgłaszał — poinformował go chłopiec.

Portier przekręcił klucz i wyjął go z zamka.

— Myśli pan, że uda się otworzyć sieć bez pomocy technika? — zapytał Colin.

Portier odwrócił się gwałtownie w ich stronę.

— Otworzyć sieć? Zrozumiałem, że chodzi panu o dostęp do komputera, bo potrzebuje pan jakichś danych. Pan Gilchrist z pewnością nie pozwoli otworzyć sieci bez zgody pana Basingame’a.

Wyjął z kieszeni kartkę z podrobionym podpisem dziekana i przyjrzał się jej podejrzliwie.

— Pan Basingame nie ma tu nic do rzeczy — oświadczył Dunworthy. — Wystarczy, że ja wyrażam zgodę.

Nacisnął klamkę, otworzył drzwi, po czym wszedł do laboratorium. Portier chciał ruszyć za nim, lecz przeszkodził mu w tym otwarty parasol; Colin błyskawicznie wykorzystał sytuację i dał nura za Dunworthym.

Gilchrist chyba wyłączył ogrzewanie, bo w laboratorium było prawie tak zimno jak na zewnątrz, niemniej jednak mokre okulary Dunworthy’ego od razu zaszły parą. Natychmiast zdjął je i zaczął bezskutecznie wycierać połą przemoczonej marynarki.

— Proszę. — Colin wręczył mu kawałek suchego, miękkiego papieru. — To papier toaletowy. Zbieram go, gdzie się da, dla pana Fincha… Zdaje się, że trudno będzie ją znaleźć, nawet jeśli trafimy dokładnie w to samo miejsce, a przecież sam pan mówił, że z tym też mogą być kłopoty.

— Mamy dokładne współrzędne — odparł Dunworthy, wycierając szkła papierem toaletowym. Założywszy je na nos stwierdził, że co prawda są suche, ale za to potwornie zamazane.

— Obawiam się, że muszę prosić pana o opuszczenie laboratorium — oświadczył portier, który wreszcie zdołał złożyć parasol. — Nie mogę pozwolić, żeby bez zgody pana Gilchrista…

Przerwał w pół zdania.

— O kurczę! — mruknął Colin. — To pan Gilchrist.

— Co to wszystko ma znaczyć? — zapytał Gilchrist. — Co pan tu robi?

— Zamierzam sprowadzić Kivrin — odparł Dunworthy.

— Z czyjego polecenia, jeśli można wiedzieć? Ta sieć stanowi własność college’u Brasenose, pan zaś wtargnął tu bez zezwolenia. — Skierował przeszywające spojrzenie na starego portiera. — Przecież powiedziałem panu jasno i wyraźnie, że pan Dunworthy nie ma wstępu na teren college’u!

— Ale… Ale on ma zgodę pana Basingame’a — wyjąkał staruszek, zasłaniając się kartką niczym tarczą.

Gilchrist wyrwał mu ją z ręki.

— Basingame’a? — Rzucił okiem na niewyraźne pismo. — Przecież to nie jest jego podpis! — wykrzyknął z wściekłością. — Ładne rzeczy, panie Dunworthy: włamanie, a do tego fałszerstwo! Bezzwłocznie zawiadomię stosowne władze, a kiedy wróci pan Basingame, nie omieszkam poinformować go o pańskim…

Dunworthy zrobił krok w jego stronę.

— A ja nie omieszkam poinformować go o tym, że jego zastępca pominął ważne czynności podczas przygotowywania przeskoku, przez co naraził na szwank zdrowie, a może i życie człowieka, a następnie, po stwierdzeniu błędu w obliczeniach, zamknął laboratorium, uniemożliwiając w ten sposób podjęcie akcji ratunkowej. — Gwałtownym gestem wskazał konsoletę. — Wie pan, co mówią współrzędne, których nie mogliśmy odczytać przez dziesięć dni z powodu głupoty paru imbecyli nie mających pojęcia o podróżach w czasie? Wie pan, co z nich wynika? Ze Kivrin nie jest w roku 1320, tylko 1348, w samym środku Czarnej Śmierci! — machnął ręką w kierunku monitorów. — I jest tam od dwóch tygodni. Przez pańską głupotę. Przez pańskie…

Zabrakło mu tchu w piersi.

— Nie ma pan prawa mówić do mnie w ten sposób! — stwierdził Gilchrist wyniosłym tonem. — Ani przebywać w tym laboratorium. Żądam, aby pan stąd natychmiast wyszedł!

Dunworthy nie odpowiedział, tylko postąpił krok w kierunku konsolety.

— Wezwać strażników — polecił Gilchrist portierowi. — Niech ich stąd wyrzucą.

Z bliska okazało się, że główny ekran jest nie tyle pusty, co ciemny, podobnie jak ekrany pomocnicze oraz światełka na konsolecie. Główny przełącznik znajdował się w pozycji WYŁĄCZONE.

— Wyłączył pan zasilanie — stwierdził Dunworthy z nienaturalnym spokojem. Jego głos niewiele różnił się od głosu Badriego. — Wyłączył pan całą sieć.

— Oczywiście. I całe szczęście, że to zrobiłem. Jakiś wewnętrzny głos podszepnął mi, że jest pan zdolny do najbardziej szalonych czynów.

Dunworthy zachwiał się lekko.

— Wyłączył pan sieć… — powtórzył.

— Dobrze pan się czuje? — zapytał Colin.

— Znając pana podejrzewałem, że nie zawaha się pan nawet przed popełnieniem przestępstwa — stwierdził z satysfakcją Gilchrist. — W związku z tym wyłączyłem zasilanie, by nie dopuścić do nieszczęścia. Wygląda na to, że przeczucie mnie nie myliło.

Dunworthy wielokrotnie słyszał o ludziach „rażonych jak gromem” jakąś niedobrą wiadomością. Kiedy Badri powiedział mu, że Kivrin jest w 1348, odniósł wrażenie, jakby ktoś zdzielił go pałką w głowę, ale teraz, gdy zdał sobie w pełni sprawę, co zrobił Gilchrist, poczuł się tak, jakby runął na asfalt ze szczytu Wieży Carfax.

— Zamknął pan sieć… — wyszeptał. — Straciliśmy współrzędne…

— Straciliśmy współrzędne? Bzdura! Z pewnością są przecież jakieś zapisy pomocnicze, czy coś w tym rodzaju. Jak tylko włączymy zasilanie…

— Czy to znaczy, że teraz nie wiemy, gdzie jest Kivrin? — zapytał Colin.

— Tak — odparł Dunworthy.

Uderzę głową w konsoletę, jak Badri, pomyślał padając, ale tak się nie stało. Nogi ugięły się pod nim jak od wielkiego wysiłku, a potem, niczym zemdlona kochanka, osunął się w ramiona zdumionego Gilchrista.

— Wiedziałem, że tak będzie — usłyszał jeszcze głos Colina. — Wszystko przez to, że nie zgłosił się pan na zastrzyk. Babcia Mary obedrze mnie ze skóry.

26.

To niemożliwe — stwierdziła stanowczo Kivrin. — To nie może być 1348 rok.

W głębi duszy musiała jednak przyznać, że to jest możliwe — ba, mało tego: dopiero teraz wiele tajemnic się wyjaśniło i zaczęło układać się w sensowną całość. Śmierć kapelana lady Imeyne. Brak służących. Niechęć Eliwys, by posłać Gawyna do Oxfordu w celu ustalenia tożsamości Kivrin. „W Oxfordzie panuje choroba” — powiedziała lady Yvolde. Czarna Śmierć zaatakowała Oxford w Boże Narodzenie 1348 roku.

— Jak to możliwe? Jak to możliwe? — zapytała powtórnie głosem, który wymknął jej się spod kontroli. — Przecież miałam trafić w 1320. W 1320, nie 1348! Pan Dunworthy powtarzał mi, że powinnam zrezygnować, że ci z sekcji średniowiecza nie wiedzą co robią, ale nie wierzę, żeby posłali mnie w zupełnie inny rok! — Umilkła na chwilę, po czym wykrzyknęła z przerażeniem: — Uciekajcie stąd, szybko! To Czarna Śmierć!

Spoglądali na nią z takim zdumieniem, że zaczęła się zastanawiać, czy translator nadąża z tłumaczeniem jej słów, czy też słyszą ją mówiącą po angielsku.

— To Czarna Śmierć! — powtórzyła. — Sina choroba!

— Mylicie się… — zaprotestowała nieśmiało Eliwys, lecz Kivrin nie pozwoliła jej dokończyć.

— Lady Eliwys, zejdźcie z lady Imeyne i ojcem Roche do izby.

— Mylicie się — powtórzyła, niemniej jednak posłusznie ujęła teściową pod ramię i poprowadziła w kierunku drzwi. Lady Imeyne trzymała przygotowany kompres z takim nabożeństwem, jakby to był jej relikwiarz. Maisry wybiegła za nimi z pokoju, przyciskając ręce do uszu.