— Ty także idź, ojcze — powiedziała Kivrin do ojca Roche’a. — Ja zostanę przy chorym.
— Aaaa… — jęknął pisarz.
Kapłan odruchowo spojrzał na niego, a zobaczywszy, że chory próbuje się podnieść, natychmiast ruszył w jego stronę. Kivrin w ostatniej chwili zdążyła złapać go za rękaw.
— Nie zbliżaj się do niego, ojcze! — Zastąpiła mu drogę. — Ta choroba jest zakaźna… — Modliła się, żeby translator zdołał jakoś przetłumaczyć to określenie. — Przenosi się z człowieka na człowieka za pośrednictwem pcheł i… — Zawahała się, nie wiedząc, jak opisać zakażenie kropelkowe. — I poprzez wyziewy ciała. To bardzo groźna choroba. Zabija niemal wszystkich, którzy się z nią zetkną.
Wpatrywała się w niego z napięciem. Czy zrozumie? Czy w ogóle może zrozumieć? W XIV wieku nikt jeszcze nie słyszał o istnieniu bakterii, nikt nie miał pojęcia w jaki sposób rozprzestrzeniają się choroby. Ludzie wierzyli, że Czarna Śmierć jest karą wymierzoną przez Boga. Sądzili, że przenoszą ją mgła, wiatr i czarna magia.
— Ojcze… — wycharczał pisarz.
Ojciec Roche spróbował ominąć ją, by dostać się do chorego, lecz Kivrin ponownie zastąpiła mu drogę.
— Przecież nie możemy zostawić go na pastwę losu — powiedział.
Oni właśnie to zrobili, pomyślała. Uciekli, zostawiając go na pastwę losu. Rodzice porzucali własne dzieci, medycy z daleka omijali chorych, księża uciekali, byle dalej od wiernych.
Schyliła się i podniosła z podłogi pasek płótna, który lady Imeyne oddarła przygotowując kompres.
— Musisz zasłonić sobie tym nos i usta.
Przez chwilę przyglądał się ze zmarszczonymi brwiami, po czym złożył go na pół i przyłożył do ust.
— Nie tak. Zawiąż go.
Znalazła jeszcze jeden i obwiązała sobie dokoła głowy.
Ojciec Roche uczynił to samo, choć trochę mniej sprawnie, po czym delikatnie odsunął ją na bok, pochylił się nad chorym i położył rękę na jego odsłoniętej piersi.
— Ojcze…
Spojrzał na nią pytająco.
— Nie dotykaj go częściej, niż naprawdę musisz.
Z zapartym tchem przyglądała się badaniu. Bała się, że chory lada chwila pchnie kapłana albo uczepi się go kurczowo, on jednak leżał spokojnie, prawie bez ruchu. Z dymienicy sączyła się krew wymieszana z zielonkawą ropą.
Delikatnie pociągnęła kapłana za rękaw.
— Tego nie wolno dotykać pod żadnym pozorem. Widocznie wrzód pękł, kiedy szarpał się z Rosemundą.
Ostrożnie wytarła krew szmatką, po czym opatrzyła ranę kawałkiem płótna, zawiązując węzeł na barku. Chory nawet się nie skrzywił ani nie próbował nic powiedzieć; kiedy wyprostowała się i spojrzała na niego, przekonała się, że leży nieruchomo, wpatrzony przed siebie nie widzącym spojrzeniem.
— Czy on nie żyje? — zapytała.
— Nie — odparł ojciec Roche, ponownie kładąc mu rękę na piersi. Przyjrzawszy się dokładniej dostrzegła, że pisarz jednak oddycha. — Muszę przynieść oleje święte — dodał kapłan.
Nie, pomyślała Kivrin, czując, jak ogarniają niemożliwa do opanowania panika. Nie odchodź! A jeśli on umrze? Albo rzuci się na mnie?
— Nie obawiaj się — powiedział ksiądz. — Wkrótce wrócę.
Wyszedł, zostawiając otwarte drzwi. Podeszła do nich, by je zamknąć, i usłyszała dobiegające z dołu głosy — jego i Eliwys. Powinna poprosić go, by z nikim nie rozmawiał.
— Ja chcę do Kivrin! — wykrzyknęła Agnes, po czym zaczęła rozpaczliwie szlochać.
Rosemunda odpowiedziała coś gniewnym tonem, próbując przekrzyczeć zawodzącą siostrę.
— Zaczekaj, o wszystkim jej powiem! — odparła Agnes.
Kivrin pospiesznie zamknęła drzwi i zasunęła rygiel.
Nikt tu nie może przyjść. Ani Agnes, ani Rosemunda… Po prostu nikt. Nie wolno jej dopuścić, by narażali się na kontakt z chorobą. Na Czarną Śmierć nie było lekarstwa. Ocaleją tylko wtedy, jeśli się nie zarażą. Usiłowała przypomnieć sobie wszystko, co czytała o dżumie. Sama wyszukiwała wiadomości w książkach, a oprócz tego sporo dowiedziała się od doktor Ahrens.
Istniały dwa… nie, trzy podstawowe rodzaje choroby. Pierwszy rozprzestrzeniał się po organizmie razem z krwią i zabijał ofiarę w ciągu kilku godzin. Drugi rodzaj, dżumę dymieniczą, przenosiły pchły żerujące na szczurach; charakterystyczny objaw stanowił obrzęk węzłów chłonnych pod pachami i w pachwinach. Trzeci rodzaj atakował płuca; chory kasłał i wymiotował krwią, zarażenie zaś następowało drogą kropelkową. Nie ulegało wątpliwości, że pisarz zachorował na dżumę dymieniczą, ta zaś nie była aż tak bardzo zaraźliwa. Przebywanie w pobliżu chorego nie musiało mieć fatalnych skutków; żeby doszło do zarażenia, zdrowa osoba musiała zostać ukąszona przez pchłę, która wcześniej napiła się krwi chorego.
Przypomniała sobie, jak pisarz runął na Rosemundę, zwalając ją z nóg. A jeśli wtedy się zaraziła? Niemożliwe. Nie zaraziła się. Przecież na to nie ma lekarstwa.
Pisarz poruszył się niespokojnie na posłaniu.
— Pić… — wyszeptał, na próżno usiłując zwilżyć wargi opuchniętym językiem.
Przyniosła mu kubek wody. Wypił łapczywie kilka łyków, po czym zakrztusił się, opryskując ją od stóp do głów.
Cofnęła się raptownie i zdarła z twarzy mokre płótno. Uspokój się, powtarzała sobie w duchu, wycierając mokre plamy na rękawach i piersi. To dżuma dymienicza. W ten sposób na pewno się nie zarazisz. W ogóle się nie zarazisz, bo zostałaś zaszczepiona. Ale została zaszczepiona także przeciwko innym chorobom, dostała też zastrzyki wzmacniające układ immunologiczny organizmu, więc nie powinna na nic zachorować, a jednak zachorowała.
Tak samo, jak nie powinna znaleźć się w roku 1348.
— Co się stało? — szepnęła.
Poślizg nie wchodził w grę. Co prawda pan Dunworthy bardzo się martwił, że nie przeprowadzono komputerowych symulacji, ale nawet w najgorszym wypadku pomyłka mogła wynieść kilka tygodni, nie lat. Widocznie coś stało się z siecią.
Pan Dunworthy twierdził też, że pan Gilchrist zupełnie nie zna się na tym, co robi. Chyba miał rację. Ktoś popełnił błąd, w wyniku którego zamiast w roku 1320 znalazła się w 1348, ale dlaczego natychmiast nie ściągnęli jej z powrotem? Nawet jeśli pan Gilchrist nie zorientował się, że coś poszło nie tak jak należy, to przecież był jeszcze pan Dunworthy. Tak długo przekonywał ją, by zrezygnowała z przeskoku… Dlaczego od razu nie otworzył powtórnie sieci?
Ponieważ mnie już tam nie było, odpowiedziała sama sobie na pytanie. Potrzebowali co najmniej dwóch godzin, żeby mnie zlokalizować, a kiedy to zrobili, ja już łaziłam po lesie. Ale przecież nie zamknęliby od razu sieci, tylko zaczekaliby na nią! Pan Dunworthy z pewnością nie zostawiłby jej na pastwę losu!
Podbiegła do drzwi i odsunęła rygiel. Musi czym prędzej odszukać Gawyna i zmusić go, żeby wskazał jej miejsce przeskoku.
Pisarz z wysiłkiem uniósł się na łokciu i przełożył jedną nogę przez krawędź łóżka, jakby zamierzał pójść za nią.
— Pomóż mi… — wycharczał.
— Nie mogę ci pomóc! — odparła gniewnie. — Ja nie jestem stąd. Znalazłam się tu przypadkiem. Muszę poszukać Gawyna.
Zaraz jednak uświadomiła sobie, że go tu nie ma, że pojechał do Courcy z sir Bloetem i wysłannikiem biskupa. Z wysłannikiem biskupa, któremu było tak spieszno, że mało nie stratował Agnes.