Ojciec Roche przerwał modlitwę, odwrócił się od chorego i spojrzał na Kivrin.
— Czy to są już dni ostatnie? — zapytał. — Czy zbliża się koniec świata zapowiedziany przez wysłanników Boga?
Tak, pomyślała.
— Nie — odparła, kręcąc głową. — To nie koniec świata, tylko po prostu bardzo złe czasy. Okropne czasy. Na szczęście nie wszyscy umrą, a potem nadejdą inne czasy, znacznie lepsze, wspaniałe: renesans, muzyka, wielkie odkrycia… Zostaną wynalezione nowe lekarstwa i ludzie nie będą już musieli umierać na ospę lub zapalenie płuc. Wszyscy też będą mogli najeść się do syta, a domy staną się ciepłe nawet zimą. — Pomyślała o Oxfordzie przygotowującym się do Świąt. — Wszędzie rozjarzy się mnóstwo świateł, zagrają dzwony, którymi nikt nie będzie musiał poruszać…
Jej głos podziałał kojąco na pisarza. Oddychał znacznie spokojniej, a po chwili zapadł w drzemkę.
— Nie stój przy nim, ojcze. — Odprowadziła go pod okno i podsunęła mu miskę. — Za każdym razem, jak od niego odejdziesz, musisz umyć ręce. — W misce było mało wody, ale nic na to nie mogła poradzić. — Trzeba myć po nim także naczynia i łyżki. Trzeba też spalić jego ubranie oraz bandaże. Choroba ukryła się w nich i może łatwo przenieść się na kogoś innego.
Wytarł ręce w sutannę, po czym zszedł na dół, by przekazać Eliwys, jakie środki należy podjąć. Wrócił ze sporym kawałkiem czystego płótna i miską wody. Kivrin podarła płótno na pasy, a następnie obwiązała sobie jeden z nich dokoła głowy, tak by zasłaniał jej nos i usta.
Wody nie starczyło na długo, ponieważ pisarz dość szybko obudził się z drzemki i co chwila prosił pić. Kivrin dawała mu kubek za kubkiem, starając się nie dopuszczać ojca Roche’a w pobliże chorego.
Wreszcie kapłan poszedł do kościoła, by zadzwonić na nieszpór. Zanim dziewczyna zamknęła drzwi, nasłuchiwała przez jakiś czas dobiegających z dołu odgłosów, ale w izbie i na schodach panowała całkowita cisza. Albo wszyscy poszli spać… albo są chorzy, pomyślała, widząc przed sobą Imeyne pochyloną nad pisarzem, Agnes stojącą przy łóżku, Rosemundę usiłującą wydostać się spod jego bezwładnego ciała.
Zasunęła rygiel, wróciła na środek pokoju i zaczęła przechadzać się nerwowo od ściany do ściany. Już za późno, myślała, bezwiednie splatając i rozplatając dłonie. Ile trwa okres inkubacji? Dwa tygodnie? Nie, tyle czasu trzeba na całkowite uodpornienie organizmu po szczepieniu. A więc ile? Trzy dni? Dwa? Nie mogła sobie przypomnieć. Nie wiedziała też, od jak dawna chory zarażał wszystkich dokoła. Kto siedział obok niego podczas uczty? Z kim rozmawiał? Nie obserwowała go wówczas, ponieważ całą uwagę skupiła na Gawynie. Jedyny obraz, jaki wrył się jej głęboko w pamięć, przedstawiał pijanego pisarza obmacującego Maisry.
Odsunęła rygiel i uchyliła drzwi.
— Maisry!
Nikt nie odpowiedział, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Służąca przypuszczalnie zasnęła albo ukryła się w jakimś kącie, a poza tym duchowny zachorował na dżumę dymieniczą, którą roznosiły pchły żyjące na szczurach. Istniała spora szansa, że jednak nikogo nie zaraził; niemniej jednak, zaraz po powrocie ojca Roche’a, zostawiła kapłana przy chorym, sama zaś zeszła na dół, by przynieść gorących węgli oraz upewnić się, że wszyscy czują się dobrze.
Imeyne, Rosemunda i Eliwys siedziały przy palenisku. Stara kobieta była pogrążona w modlitwie, dwie młodsze natomiast zajmowały się szyciem. Agnes bawiła się drewnianym wózkiem, przemawiając do niego czule, Maisry zasnęła na jednej z ław przy stole. Nawet we śnie z jej twarzy nie zniknął posępny grymas.
Agnes przejechała wózkiem po stopie lady Imeyne, ta zaś spojrzała z góry na małą i powiedziała:
— Jeśli nie potrafisz się bawić, jak na grzeczną dziewczynkę przystało, możesz zaraz pójść do kąta!
Beztroska Agnes, gwałtowność reakcji starej kobiety oraz uśmiech, jaki przemknął przez twarz Rosemundy, pozwoliły Kivrin wyzbyć się obaw. Wszystko wyglądało tak, jak zawsze… A raczej wyglądałoby, gdyby nie kilka niepokojących szczegółów, które w pierwszej chwili łatwo mogły pozostać nie zauważone.
Zamiast szyć, Eliwys cięła płótno na długie pasy, co chwila spoglądając w kierunku drzwi, podobnie jak lady Imeyne, która poświęcała modlitwie znacznie mniej uwagi niż zwykle. Także Rosemunda, zwijająca płócienne bandaże, często zerkała to na drzwi, to na matkę. Nagle Eliwys poderwała się z miejsca i szybkim krokiem wyszła do sieni. Widocznie ktoś przyjechał, pomyślała Kivrin, ale zaledwie kilka sekund później Eliwys wróciła do izby i z powrotem usiadła przy ogniu.
Kivrin schodziła po schodach najciszej jak potrafiła, lecz jeden z drewnianych stopni skrzypnął pod jej stopą, Agnes odwróciła główkę, zobaczyła ją, rzuciła wózek i popędziła w jej stronę.
— Kivrin!
Chciała się do niej przytulić, lecz dziewczyna wyciągnęła rękę w ostrzegawczym geście.
— Ostrożnie! Te węgle są bardzo gorące.
Naturalnie skłamała, bo gdyby były gorące, nie schodziłaby przecież po nowe, niemniej jednak Agnes zatrzymała się, a następnie cofnęła o krok.
— Dlaczego masz maskę na twarzy? — zapytała. — Opowiesz mi jakąś historię?
Eliwys podniosła się z ławki, Imeyne zaś spojrzała badawczo na Kivrin.
— Jak miewa się chory? — zapytała Eliwys.
Najbliższą prawdy odpowiedzią byłoby: „Bardzo cierpi”, ale zdecydowała się na łagodniejszą wersję.
— Gorączka trochę spadła. Musicie trzymać się z dala ode mnie. Choroba może być w moim ubraniu.
Teraz nawet lady Imeyne wstała z ławki, zacisnęła palce na relikwiarzu, po czym, wraz z Eliwys, cofnęła się dwa kroki od paleniska.
Płonęły tam jeszcze resztki wigilijnego polana. Kivrin chwyciła przez spódnicę metalowe przykrycie, zdjęła je z kosza i wysypała szare, stygnące węgle na skraj paleniska. Jeden z nich odbił się od polana, przeskoczył jak żywy przez kamienną krawędź i potoczył się po podłodze.
Agnes roześmiała się radośnie, wszyscy zaś odprowadzili go wzrokiem aż do chwili, kiedy znieruchomiał pod ławą. Wszyscy, z wyjątkiem Eliwys, która ponownie spojrzała w kierunku drzwi.
— Czy Gawyn wrócił już z końmi? — zapytała Kivrin, ale natychmiast pożałowała swojej ciekawości. Odpowiedź mogła przecież wyczytać z niespokojnej twarzy Eliwys, a tak tylko ściągnęła na siebie kolejne, nieprzychylne spojrzenie lady Imeyne.
— Nie — odparła Eliwys, nie odwracając głowy. — Czy myślicie, że tamci też zachorowali?
— Nie wiem — skłamała, mając przed oczami poszarzałą twarz dostojnika.
— Robi się coraz zimniej — zauważyła Rosemunda. — Może Gawyn postanowił zostać na noc?
Nikt jej nie odpowiedział. Kivrin uklękła przy palenisku i zaczęła grzebać w nim ciężkim pogrzebaczem, przysuwając żarzące się węgle do krawędzi. Przez jakiś czas usiłowała wepchnąć je bezpośrednio do żelaznego kosza, ale po kilku nieudanych próbach zrezygnowała, nagarnęła je na pokrywę i dopiero stamtąd przesypała do kosza.
— To ty sprowadziłaś na nas to nieszczęście — stwierdziła Imeyne lodowatym tonem.