Выбрать главу

Serce Kivrin ścisnęło się ze strachu. Szybko podniosła głowę, ale Imeyne nie patrzyła na nią, tylko na Eliwys.

— To za twoje grzechy musimy wszyscy cierpieć.

Eliwys powoli odwróciła się w stronę teściowej. Kivrin spodziewała się ujrzeć na jej twarzy wyraz gniewu, zdumienia, może nawet nienawiści, ale nic takiego nie zobaczyła. Żona lorda Guillaume’a spoglądała na starą kobietę z całkowitą obojętnością, jakby jej myśli zaprzątało coś zupełnie innego.

— Pan zawsze karze cudzołożnice i nie oszczędza ich domów — ciągnęła lady Imeyne. — Teraz ukarał ciebie. — Pochyliła głowę i przycisnęła relikwiarz do czoła. — To twoje grzechy sprawiły, że Bóg zesłał na nas zarazę.

— Nie ja posłałam Gawyna do biskupa — odparła młodsza kobieta zupełnie spokojnym głosem. — To wyście byli niezadowoleni z usług ojca Roche’a. To wy sprowadziliście tutaj tych ludzi, a z nimi zarazę.

Odwróciła się na pięcie i zniknęła w sieni.

Imeyne długą chwilę stała bez ruchu z pochyloną głową, jakby ktoś uderzył ją w twarz, po czym wróciła na ławę, uklękła i, wpatrując się w płomienie, zaczęła przesuwać między palcami łańcuszek, na którym był zawieszony relikwiarz.

— Opowiesz mi teraz historię? — dopominała się Agnes.

Imeyne oparła łokcie na ławie i przycisnęła dłonie do czoła.

— Tę o nieposłusznej dziewczynce!

— Jutro — odparła Kivrin. — Jutro opowiem ci, co tylko zechcesz.

Wróciwszy z kocem na górę przekonała się, że chory znowu gorączkuje. Miotał się na łóżku, wykrzykując fragmenty mszy żałobnej, jakby to były przekleństwa. Często prosił o wodę; najpierw ojciec Roche, a potem Kivrin, musieli pójść po nią do studni.

Kivrin skradała się na palcach z wiadrem w jednej ręce a świecą w drugiej, modląc się w duchu, żeby Agnes jej nie zobaczyła, ale na szczęście wszyscy już spali — z wyjątkiem Imeyne. Wciąż klęczała przy ławie, pogrążona w modlitwie. Już nie była skulona, lecz sztywno wyprostowana, a jej prosty grzbiet i hardo podniesiona głowa zdawały się powtarzać wciąż to samo oskarżenie: To ty sprowadziłaś na nas to nieszczęście.

Kivrin bezszelestnie wymknęła się na dziedziniec. Gdzieś daleko dzwoniły dwa dzwony — nie wiadomo, czy wzywały wiernych na spóźniony nieszpór, czy ogłaszały o pogrzebie. Przy studni stało wiadro do połowy wypełnione wodą, ale wylała ją na ziemię i nabrała świeżej. Następnie zostawiła wiadro przed drzwiami kuchni i weszła do środka, by wziąć coś do jedzenia. Rozłożyła na stole kawał grubego płótna, którym przykrywano potrawy niosąc je do dworu, naładowała chleba i zimnego mięsa, związała razem wszystkie cztery rogi, przerzuciła sobie tłumok przez ramię, po czym zaniosła wiadro i prowiant na piętro. Jedli siedząc na podłodze przy żelaznym koszu wypełnionym rozżarzonymi węglami. Już po pierwszym kęsie poczuła, jak wracają jej nadwątlone siły.

Pisarz także miał się chyba trochę lepiej, ponieważ zasnął na kilkanaście minut, po czym nagle zaczął się obficie pocić. Wytarła mu całe ciało szorstkim płótnem, on zaś westchnął głęboko, jakby poczuł ogromną ulgę, i ponowię zasnął. Kiedy obudził się jakiś czas później, miał znacznie niższą temperaturę. Kivrin i ojciec Roche postawili na skrzyni oliwną lampkę, po czym na zmianę czuwali przy chorym; ten, kto nie miał dyżuru, odpoczywał na kamiennym siedzisku przy oknie. Było tam za zimno, żeby zasnąć, ale Kivrin zdołała się parę razy zdrzemnąć. Za każdym razem, kiedy budziła się z płytkiej drzemki, zastawała pisarza w lepszym stanie.

Wiedziała z podręczników historii medycyny, że przecięcie dymienic dawało niekiedy zbawienne rezultaty. Z węzła chłonnego pod pachą przestała sączyć się ropa wymieszana z krwią, chory zaś oddychał znacznie lżej i spokojniej niż kilka godzin temu. Może jednak nie był skazany na śmierć?

Niektórzy historycy utrzymywali, jakoby w rzeczywistości Czarna Śmierć nie zabrała aż tylu ludzi jak wynikało z lektury przekazów. Zdaniem pana Gilchrista, liczby podawane w ówczesnych statystykach były znacznie przesadzone, co wynikało z zabobonnego strachu przed chorobą oraz braku wykształcenia. Niemożliwe, żeby dżuma uśmierciła dokładnie połowę mieszkańców każdej osady, wioski i miasteczka; z pewnością były wsie, w których zachorowało tylko parę osób, a także takie, gdzie nikt nie padł ofiarą zarazy.

Zdołała odizolować chorego od domowników, jak tylko zorientowała się, co mu dolega. Nawet ojciec Roche nie zbliżał się do niego zbyt często. Podjęła wszelkie możliwe środki ostrożności a w dodatku, przynajmniej na razie, choroba nie zaatakowała płuc. Może to wystarczy. Może nie będzie więcej ofiar… Jeśli zdoła przekonać ojca Roche’a, że trzeba odciąć wieś od świata, nie wpuszczać obcych i powstrzymać ludzi przed wyprawami do sąsiednich wiosek, może zaraza przejdzie bokiem. Przecież zdarzały się takie przypadki. Nie wiadomo jakim cudem ocalało sporo wsi, a w niektórych zakątkach Szkocji w ogóle nie słyszano o zarazie.

Chyba jednak zasnęła, bo kiedy otworzyła oczy, zrobiło się już prawie całkiem jasno. Była w pokoju sama z chorym. Spojrzała na łóżko. Pisarz leżał nieruchomo na wznak, wpatrując się w sufit szeroko otwartymi oczami. On umarł! — przemknęła jej przez głowę paniczna myśl. Umarł w nocy, a ojciec Roche poszedł wykopać mu grób! Jednak zaraz potem dostrzegła lekkie poruszenia jego piersi. Podeszła i zbadała puls; był bardzo szybki, ale jednocześnie tak słaby, że z trudem zdołała go wyczuć.

Od strony kościoła dobiegło bicie dzwonu. Jutrznia. Naciągnęła maskę na twarz i pochyliła się nad chorym.

— Ojcze… — szepnęła, lecz duchowny chyba jej nie słyszał.

Położyła rękę na jego czole. Gorączka chyba znowu nieco spadła, lecz skóra była nienormalnie sucha i cienka, krwawe wybroczyny zaś na ramionach i nogach wyraźnie ściemniały. Ogniście czerwony, niemal szkarłatny język wystawał częściowo spomiędzy rozchylonych warg.

Pomimo maski poczuła ohydny smród. Czym prędzej wspięła się na kamienne siedzisko i usunęła z okna nawoskowane płótno. Świeże, zimne powietrze miało cudowny zapach. Kivrin stała wychylona do połowy przez okno, z rozkoszą napełniając nim płuca.

Na dziedzińcu nie było nikogo, ale po kilku chwilach, kiedy mróz zaczął szczypać ją w policzki, otworzyły się drzwi kuchni i pojawił się w nich ojciec Roche niosąc przed sobą miskę z czymś parującym. Ruszył w kierunku dworu, ale zanim dotarł do drzwi, z domu wyszła Eliwys i odezwała się do niego. Odpowiedział dopiero wtedy, kiedy się nieco zbliżył, najpierw jednak postawił misę na ziemi i zasłonił maską twarz. Kivrin stwierdziła z satysfakcją, że kapłan stara się wypełniać jej zalecenia. Zamienili kilka zdań, po czym ojciec Roche wszedł do domu, Eliwys zaś skierowała się ku studni.

Wciąż stojąc na kamiennym siedzisku, Kivrin rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby nagonić nieco świeżego powietrza. Najlepiej do tego celu nadawało się grube płótno przyniesione z kuchni; zeskoczyła na podłogę, chwyciła płachtę i ponownie wspięła się do okna.

Eliwys właśnie wyciągała ze studni wiadro z wodą. Była odwrócona plecami do bramy, nie mogła więc zobaczyć, że na dziedziniec wszedł Gawyn, prowadząc konia za cugle.

Ujrzawszy kobietę zatrzymał się tak gwałtownie, że idący tuż za nim Gringolet uderzył go łbem w plecy i parsknął zirytowany. Na twarzy Gawyna malował się ten sam wyraz co zwykle: nadziei przemieszanej z pożądaniem i czułością. Kivrin ogarnęła złość, ale zaraz wytłumaczyła sobie, że przecież on o niczym nie wie, że dopiero wrócił z Courcy. Złość ustąpiła miejsca współczuciu, kiedy uświadomiła sobie, co za chwilę powie mu Eliwys.