Kobieta wyciągnęła wiadro, tak, że jego górna krawędź zrównała się z cembrowiną, Gawyn zaś zrobił jeszcze kilka kroków naprzód, po czym znowu stanął jak wryty.
A jednak wie, pomyślała Kivrin. Wie o wszystkim. Widocznie wysłannik biskupa rozchorował się jeszcze w drodze albo zaraz po przybyciu do Courcy, on zaś przyjechał tu czym prędzej, żeby ich ostrzec. Dopiero teraz zorientowała się, że nie przyprowadził koni. A więc mnich także… Tamci dwaj zachorowali, reszta zaś uciekła, zostawiając ich na łaskę losu.
Eliwys usiłowała postawić ciężkie wiadro na cembrowinie, ale bez powodzenia.
Zrobiłby dla niej wszystko, myślała dalej Kivrin. Poszedłby za nią na koniec świata, uwolniłby ją z rąk najokrutniejszych zbójców, ale choćby nie wiadomo jak bardzo się starał, przed tym nie zdoła jej ocalić.
Gringolet, któremu spieszno było do stajni, potrząsnął niecierpliwie łbem. Gawyn chwycił go mocniej za cugle i poklepał uspokajająco, ale było już za późno: Eliwys usłyszała hałas, odwróciła się gwałtownie, przez sekundę lub dwie stała jak sparaliżowana, po czym wypuściła sznur z rąk. Wiadro z donośnym pluskiem wpadło do wody, ona zaś rzuciła się Gawynowi w ramiona.
Przerażona Kivrin aż zasłoniła usta ręką.
Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Zeskoczyła z siedziska, podbiegła do drzwi i uchyliła je ostrożnie. Na podeście stała Agnes.
— Opowiesz mi tę historię? — zapytała cienkim głosikiem. Wyglądała tak nędznie, że dziewczynie aż ścisnęło się serce.
Nikt nie zadał sobie trudu, by ją uczesać, toteż zmierzwione włosy sterczały spod czepka w różne strony. Nie trzeba też było wielkiej przenikliwości, aby domyślić się, że mała spała przy palenisku; rękaw sukienki, rękę oraz cały policzek miała wymazane sadzami.
Niewiele brakowało, by Kivrin odruchowo wytarła jej buzię, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.
— Nie możesz tu wchodzić — powiedziała, jeszcze bardziej przymykając drzwi, tak że została tylko wąska szpara. — Zarazisz się chorobą.
— Nie mam się z kim bawić! — poskarżyła się Agnes. — Matka dokądś sobie poszła, a Rosemunda śpi i śpi!
— Matka poszła tylko po wodę — odparła Kivrin. — A co z babką?
— Modli się.
Dziewczynka wyciągnęła rączkę, by złapać ją za skraj sukni, ale Kivrin cofnęła się gwałtownie.
— Nie dotykaj mnie!
Usta Agnes wygięły się z podkówkę.
— Dlaczego gniewasz się na mnie?
— Wcale się nie gniewam — powiedziała znacznie łagodniejszym tonem. — Po prostu nie możesz tu wchodzić, i tyle. Pisarz jest bardzo chory. Każdy kto tu wejdzie… — Wszelkie próby wyjaśnienia mechanizmu przenoszenia chorób zakaźnych były z góry skazane na niepowodzenie, a poza tym nie miała na to czasu. — Każdy, kto tu wejdzie, też może zachorować.
— Czy on umrze? — zapytała Agnes, próbując zajrzeć do pokoju.
— Obawiam się, że tak.
— A ty?
— Nie. — Ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że przestała się bać. — Idź już. Rosemunda na pewno wkrótce się obudzi. Poproś ją, żeby coś ci opowiedziała.
— A ojciec Roche? Czy on umrze?
— Nie, maleńka. Tymczasem pobaw się swoim wózkiem.
— Ale opowiesz mi historię, jak tylko pisarz umrze?
— Tak. Idź już, proszę.
Po trzech krokach Agnes zatrzymała się i odwróciła.
— My wszyscy też umrzemy?
— Na pewno nie.
Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby nikt nie umarł, pomyślała Kivrin, zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami.
Pisarz wciąż leżał bez ruchu. Jego organizm nie reagował prawie na żadne bodźce zewnętrzne, koncentrując się na walce z wewnętrznym przeciwnikiem, którego nigdy do tej pory nie spotkał i przeciwko któremu nie potrafił się skutecznie bronić.
Ponownie rozległo się pukanie do drzwi.
— Idź na dół, Agnes! — zawołała Kivrin.
Okazało się jednak, że to ojciec Roche. Przyniósł miskę z bulionem oraz wiadro wypełnione rozżarzonymi węglami. Wręczył miskę Kivrin, wsypał węgle do żelaznego kosza, po czym ukląkł i zaczął na nie dmuchać.
Ostrożnie powąchała zawartość miski; była już zaledwie lekko ciepła i obrzydliwie cuchnęła. Ciekawe, co to takiego, przemknęło jej przez głowę. Najciekawsze, że działa, bo mnie przecież spędziło gorączkę.
Ojciec Roche wyjął jej miskę z rąk, po czym, przy jej pomocy, spróbował nakarmić chorego, ale opuchnięty język wypełniał prawie całe usta pisarza, i większa część zawartości każdej łyżki spływała mu po brodzie i szyi na poduszkę.
Ktoś znowu zastukał do drzwi.
— Odejdź, Agnes! — zawołała Kivrin, nawet nie starając się ukryć zniecierpliwienia. — Mówiłam ci, że nie powinnaś tu przychodzić!
— Ale matka kazała mi pójść po ciebie i powiedzieć, żebyś zaraz zeszła na dół.
Ojciec Roche zerwał się na nogi i ruszył do drzwi.
— Czy lady Imeyne jest chora?
— Nie. Rosemunda.
Serce Kivrin skurczyło się boleśnie.
Ojciec Roche otworzył drzwi, lecz Agnes nie próbowała wejść do pokoju. Stała na podeście, wpatrując się w jego zasłoniętą maską twarz.
— Rosemunda zachorowała? — zapytał z niepokojem.
— Upadła.
Kivrin przemknęła obok nich i zbiegła po schodach. W głównej izbie ujrzała lady Imeyne pochyloną nad Rosemunda siedzącą na ławie przy palenisku.
— Co się stało?
— Upadłam — odparła dziewczynka ze zdziwieniem. — Uderzyłam się w łokieć.
Lady Imeyne wymamrotała coś niewyraźnie.
— Słucham? — zapytała Kivrin, ale natychmiast uświadomiła sobie, że stara kobieta po prostu modli się półgłosem.
Rozejrzała się po izbie w poszukiwaniu Eliwys, lecz nigdzie jej nie dostrzegła. Maisry kuliła się bojaźliwie przy stołowej nodze i Kivrin zaświtała niedorzeczna myśl, że Rosemunda potknęła się o służącą.
— Potknęłaś się o coś?
— Nie. — W głosie dziewczynki wciąż było słychać zdziwienie. — Boli mnie głowa.
— Uderzyłaś się w nią?
— Nie. — Podciągnęła rękaw. — Tylko w łokieć.
Kivrin podciągnęła rękaw jeszcze wyżej i obejrzała łokieć. Znalazła spore zadrapanie, ale nigdzie nie dostrzegła śladu krwi. Zaniepokoiło ją, że dziewczynka wciąż trzyma ramię wykrzywione pod dziwnym kątem. Chyba nie złamała ręki?
— Boli cię tutaj? — zapytała, delikatnie poruszając przedramieniem.
— Nie.
Ostrożnie spróbowała przekręcić je nieco w stawie łokciowym.
— A teraz?
— Też nie.
— Możesz poruszać palcami?
Rosemunda kilka razy zgięła i wyprostowała wszystkie palce. Kivrin zmarszczyła brwi. Może to zwichnięcie? Ale wtedy dziewczynka na pewno miałaby kłopoty z poruszaniem palcami.
— Lady Imeyne, czy zechcielibyście sprowadzić ojca Roche’a?
— On na pewno nic tu nie pomoże — odparła wyniośle stara kobieta, niemniej jednak skierowała się ku schodom.
— Nie martw się — powiedziała Kivrin do Rosemundy. — Myślę, że to nic groźnego.
Dziewczynka spróbowała opuścić ramię, syknęła z bólu i szybko uniosła je do poprzedniej pozycji. Zbladła jak ściana a nad jej górną wargą wystąpiły krople potu.
Wygląda na to, że jednak coś sobie złamała, pomyślała Kivrin. Wyciągnęła ręce, by ponownie zbadać uszkodzony łokieć; Rosemunda cofnęła się gwałtownie i, zanim Kivrin zdążyła zareagować, spadła z ławy na kamienną posadzkę.