Tym razem na pewno uderzyła się w głowę. Bolące ramię leżało przerzucone nad głową dziewczynki; Kivrin przeskoczyła przez ławę, ulękła na podłodze i dotknęła go ostrożnie; Rosemunda poruszyła powiekami, lecz nie otworzyła oczu.
— Rosemundo! Rosemundo, słyszysz mnie?
Żadnej reakcji.
Kivrin rozejrzała się rozpaczliwie dokoła, ale lady Imeyne nie było już ani w izbie, ani na schodach. Zamierzała pobiec po nią na górę, lecz właśnie wtedy Rosemunda otworzyła oczy.
— Nie zostawiajcie mnie samej… — wyszeptała.
— Muszę sprowadzić pomoc.
Dziewczynka lekko pokręciła głową.
— Ojcze Roche! — zawołała Kivrin, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie usłyszy jej przez grube drzwi. Niespodziewanie do izby wbiegła z sieni Eliwys.
— Co się stało? — zapytała, z trudem łapiąc oddech. — Czy to sina choroba?
— Nie — odparła Kivrin. — Potknęła się i upadła.
Dotknęła ręki dziewczynki. Była gorąca. Rosemunda ponownie zamknęła oczy. Oddychała spokojnie i powoli, jakby była pogrążona we śnie.
Kivrin podciągnęła rękaw sukienki aż do barku, po czym odchyliła ramię, by obejrzeć pachę. Rosemunda szarpnęła się gwałtownie, lecz nie zdołała uwolnić się z uchwytu.
Dymienica nie dorównywała wielkością tej pod pachą pisarza, ale była równie czerwona i twarda. Nie, pomyślała rozpaczliwie Kivrin. Tylko nie to. Rosemunda jęknęła, wciąż nie otwierając oczu i ponownie spróbowała uwolnić ramię.
— Co się stało? — zawołała Agnes ze schodów. — Czy Rosemunda też zachorowała?
Nie mogę do tego dopuścić! Muszę jak najprędzej sprowadzić pomoc! Myśli przemykały przez głowę Kivrin z prędkością błyskawic. Wszyscy, nawet Agnes, mieli już kontakt z chorobą. Są zgubieni. Nikt ani nic nie zdoła ich uratować. Leki, które mogłyby ocalić im życie, zostaną wynalezione dopiero za sześćset lat.
— To twoje grzechy ściągnęły na nas to nieszczęście — wycedziła lady Imeyne.
Kivrin podniosła głowę. Eliwys wpatrywała się w starą kobietę pustym spojrzeniem, jakby jej nie słyszała.
— Twoje, a także Gawyna — dodała Imeyne.
— Gawyn… — szepnęła Kivrin.
Gawyn wskaże jej miejsce przeskoku. Na pewno czekają tam na nią. Zapyta doktor Ahrens, co trzeba robić. I pana Dunworthy’ego. Doktor Ahrens da jej szczepionki i streptomycynę.
— Gdzie Gawyn? — zapytała głośno.
— Pojechał — odparła Eliwys.
— Pojechał? Dokąd? Muszę z nim porozmawiać. Trzeba zorganizować pomoc!
— Nie ma dla nas pomocy — stwierdziła ponuro lady Imeyne, po czym uklękła obok Rosemundy i złożyła ręce do modlitwy. — To kara Boża.
Kivrin poderwała się na nogi.
— Dokąd pojechał? Muszę wiedzieć!
— Do Bath — powiedziała Eliwys. — Po mojego męża.
Chociaż mam pełne ręce roboty, postanowiłam opowiedzieć w skrócie o wszystkim. Pan Gilchrist mówił mi, że w niedługim czasie ma zamiar uzyskać relacje naocznych świadków z okresu panowania Czarnej Śmierci; cóż, nie musi czekać. Oto taka relacja.
Pierwszą ofiarą dżumy padł pisarz towarzyszący wysłannikowi biskupa. Nie mam pojęcia, czy był chory już wtedy, kiedy tutaj przyjechał, czy zachorował później; podejrzewam jednak, że był chory i właśnie dlatego zamiast jechać prosto do Oxfordu zjawili się w domu lorda Guillaume’a. Zamierzali zostawić go tutaj, żeby nie zawiózł choroby do miasta. Rano w Boże Narodzenie nie mógł już wstać z łóżka, co najprawdopodobniej oznacza, że dzień wcześniej pozarażał wszystkich, z którymi się stykał.
Drugą osobą, u której wystąpiły objawy dżumy, jest starsza córka lorda Guillaume’a, Rosemunda. Zachorowała… Dwudziestego szóstego grudnia? Chyba tak. Pomału tracę rachubę czasu. Naturalnie nie jestem specjalistką, ale wydaje mi się, że oboje mają klasyczną dżumę dymieniczą, ze znacznie powiększonymi, czerwonymi i twardymi węzłami chłonnymi pod pachami. Pisarzowi pękł jeden z nich, natomiast dymienica pod pachą Rosemundy ciągle rośnie, choć jest już wielkości orzecha włoskiego. Skóra dokoła niej też jest mocno czerwona, prawie sina. Oboje mają wysoką temperaturę i od czasu do czasu majaczą w gorączce.
Z pomocą ojca Roche’a ułożyłam ich w pokoju Rosemundy na piętrze. Nakazałam wszystkim nie ruszać się na krok z domu i unikać kontaktów ze sobą, ale boję się, że jest już za późno. Przecież w przygotowaniach do uczty pomagały kobiety ze wsi, parobcy uczestniczyli w zabawie na błoniu, cała rodzina zaś przebywała w towarzystwie pisarza a także mnicha i biskupiego wysłannika, którzy, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, także byli nosicielami choroby.
Niestety nie mam pojęcia, czy dżuma jest zaraźliwa przed wystąpieniem wyraźnych objawów ani ile wynosi okres inkubacji. Na szczęście (jeśli w ogóle można mówić o jakimś szczęściu), zarówno pisarz, jak i Rosemunda, zachorowali na dżumę dymieniczą.
Jestem tak przerażona, że nie potrafię zebrać myśli. Co prawda chwilami odzyskuję pewność siebie i wydaje mi się, że jednak jakoś dam sobie radę, ale zaraz potem paniczny strach ogarnia mnie niczym morska fala i muszę mocno chwycić się krawędzi łóżka, bo gdybym tego nie zrobiła, z pewnością zerwałabym się na równe nogi i uciekła z tego pokoju, domu, z wioski, byle dalej stąd!
Co prawda zaszczepiono mnie przeciwko dżumie, ale to jeszcze o niczym nie świadczy, bo dostałam także zastrzyki wzmacniające układ odpornościowy organizmu, a jednak zachorowałam na grypę, czy cokolwiek to było. Za każdym razem, kiedy dotykam pisarza, dostaję gęsiej skórki ze strachu. Ojciec Roche wciąż zapomina o masce, więc obawiam się, że on też zachoruje. Boję się również, że zachoruje Agnes, że Rosemunda umrze, że ktoś z wieśniaków będzie miał dżumę płucną i pozaraża wszystkich dokoła, że Gawyn nie wróci i nie znajdę miejsca przeskoku, i nie będę tam o wyznaczonej porze…
Chyba trochę się uspokoiłam. To bardzo pomaga, kiedy można się przed kimś wyżalić, bez względu na to, czy ten ktoś słyszy mnie, czy nie.
Rosemunda jest młoda i silna, a zaraza przecież nie zabiła wszystkich. W niektórych wioskach nie umarł ani jeden człowiek.
27.
Zanieśli Rosemundę do jej pokoju i położyli na prowizorycznym posłaniu z futer nakrytych lnianym prześcieradłem. Ojciec Roche poszedł do stajni, by przynieść futra, które służyły Kivrin i dziewczynkom jako przykrycie.
Kivrin obawiała się, że Rosemunda przestraszy się pisarza — z ciemnymi plamami na skórze i groteskowo wielkim językiem wyglądał dość przerażająco — ale ona ledwo na niego spojrzała, po czym ściągnęła buty i kaftan, i z ulgą położyła się na wąskim posłaniu. Kivrin tymczasowo przykryła ją cienką narzutką ze skórek króliczych.
— Czy będę krzyczała i rzucała się na ludzi, jak on? — zapytała dziewczynka.
— Na pewno nie — odparła Kivrin. Spróbowała się uśmiechnąć, ale chyba nie najlepiej jej to wyszło. — Leż spokojnie i odpoczywaj. Boli cię coś?
— Tak, brzuch. — Przycisnęła rękę do żołądka. — I głowa. Sir Bloet opowiadał, że ludzie, którzy mają gorączkę, tańczą jak szaleni, aż w końcu krew wypływa im z ust i umierają. Wiem, że mówił to tylko po to, żeby mnie przestraszyć, ale… Gdzie Agnes?
— Na strychu, razem z waszą matką.