Выбрать главу

Kivrin nakazała Eliwys, by zabrała Agnes oraz Imeyne, i zamknęła się z nimi na stryszku. Kobieta zrobiła to bez słowa protestu, nie pytając, co stanie się z Rosemundą.

— Wkrótce przyjedzie mój ojciec…

— Nic nie mów, tylko leż i odpoczywaj.

— Babka powiada, że to grzech śmiertelny uciekać przed mężem, ale ja nic nie mogę na to poradzić. Sir Bloet dotyka mnie w nieprzystojny sposób i opowiada okropne historie.

Mam nadzieję, że umrze w męczarniach, pomyślała Kivrin. Mam nadzieję, że już zdążył się zarazić.

— Ojciec będzie tu lada chwila…

— Spróbuj zasnąć, Rosemundo.

— Gdyby był tu sir Bloet, nie odważyłby się teraz mnie dotknąć. — Zamknęła oczy. — To on bałby się mnie, nie ja jego.

Zjawił się ojciec Roche z naręczem futer, po czym znowu zszedł na dół. Kivrin starannie otuliła dziewczynkę, a następnie przykryła pisarza narzutką z króliczych skórek. Leżał spokojnie, ale oddychał z wyraźnym trudem, od czasu do czasu zaś jego piersią wstrząsał słaby kaszel. Usta miał otwarte, dzięki czemu widać było, że tylną część opuchniętego języka pokrywa biały nalot.

Nie mogę pozwolić, żeby to samo spotkało Rosemundę, myślała Kivrin. Przecież ona ma dopiero dwanaście lat! Muszę coś wymyślić. Cokolwiek. Dżuma jest chorobą bakteryjną, więc streptomycyna albo sulfonamidy poradziłyby sobie z nią bez trudu; problem polega tylko na tym, że są nieosiągalne, a ja wciąż nie wiem, gdzie jest miejsce przeskoku.

Gawyn pojechał do Bath. Oczywiście, że pojechał. Przecież Eliwys wybiegła mu naprzeciw, rzuciła mu się w ramiona, więc zrobiłby dla niej wszystko, spełniłby każdą jej prośbę.

Nawet gdyby poprosiła go, żeby sprowadził jej męża.

Ile czasu może zająć Gawynowi droga do Bath i z powrotem? Odległość wynosiła siedemdziesiąt kilometrów. Gdyby nie oszczędzał konia, zdążyłby dotrzeć na miejsce w ciągu półtorej doby. W sumie trzy dni, a i to pod warunkiem, że nie natrafi na żadne przeszkody, że szybko odnajdzie lorda Guillaume’a, że nie zachoruje. Co prawda doktor Ahrens twierdziła, że osoby zarażone dżumą umierały w cztery do pięciu dni po wystąpieniu pierwszych objawów, ale Kivrin nie wydawało się prawdopodobne, żeby pisarz zdołał tak długo utrzymać się przy życiu. Znowu miał wysoką temperaturę.

Robiąc miejsce na posłanie Rosemundy wepchnęła pod łóżko skrzynkę lady Imeyne. Teraz wyciągnęła ją na środek pokoju i zaczęła uważnie przeglądać jej zawartość. Były tam najróżniejsze suszone zioła i tajemnicze sproszkowane substancje. Wszędzie, gdzie docierała zaraza, ludzie próbowali ratować się stosując dobrze znane, sprawdzone metody leczenia; niestety nie dawały one żadnego efektu. Może płesznik, jako namiastka antybiotyku… Niestety, w żadnym z lnianych woreczków, w których były przechowywane suszone zioła, nie znalazła charakterystycznych różowych i fioletowych płatków.

Kiedy tylko zjawił się ojciec Roche, posłała go nad strumień po cienkie gałązki wierzby, po czym zalała je wrzątkiem w miseczce.

— Co to jest? — zapytał jakiś czas później kapłan, skosztowawszy łyk naparu. — Bardzo gorzkie.

— Aspiryna — odparła Kivrin. — Przynajmniej mam taką nadzieję…

Ojciec Roche zdołał zmusić pisarza do przełknięcia kilku łyżek; nie wiadomo, czy należało zawdzięczać to dobroczynnemu działaniu naparu, czy jakiejś innej przyczynie, ale nie ulegało wątpliwości, że chory ma znacznie mniejszą gorączkę. Niestety, stan Rosemundy pogarszał się z godziny na godzinę, temperatura rosła, aż wreszcie, mimo kilku warstw futer, którymi była otulona, dziewczynka drżała jak w febrze. Kiedy ojciec Roche poszedł zadzwonić na nieszpór, jej skóra była już tak gorąca, że prawie parzyła.

Kivrin zgarnęła futra i usiłowała obmyć ramiona oraz nogi dziewczynki chłodną wodą, lecz Rosemunda broniła się gwałtownie.

— Nie uchodzi, panie, żebyście mnie dotykali — wymamrotała, szczękając zębami. — Kiedy tylko zjawi się mój ojciec, zaraz mu o wszystkim opowiem.

Ojciec Roche nie wracał. Kivrin ponownie otuliła Rosemundę futrami i zapaliła oliwne lampki, zachodząc w głowę, co mogło go zatrzymać w kościele.

W niepewnym blasku chwiejnych, dymiących płomyków dziewczynka wyglądała jeszcze gorzej. Niemal bez przerwy mamrotała coś pod nosem, wołała Agnes, a w pewnej chwili zapytała z niepokojem:

— Gdzie on jest? Przecież powinien już tutaj być!

Właśnie, pomyślała Kivrin. Dzwon przestał uderzać co najmniej pół godziny temu. Widocznie ojciec Roche poszedł do kuchni, powtarzała sobie, próbując się uspokoić. Albo do Eliwys, żeby powiedzieć jej jak się miewa Rosemunda. Na pewno nie zachorował. Mimo to wspięła się na kamienne siedzisko i wyjrzała przez okno. Na dworze robiło się coraz zimniej, a ciemne niebo zasnuło się chmurami. Na opustoszałym dziedzińcu panowała martwa cisza.

Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł ojciec Roche.

— Gdzie byłeś, ojcze? — zapytała z uśmiechem, zeskakując na podłogę. — Myślałam…

Przerwała w pół zdania.

Kapłan miał na sobie ornat, do piersi zaś przyciskał fiolkę ze świętym olejem i wiatyk. Odruchowo spojrzała na Rosemundę. Nie, przemknęła jej przez głowę rozpaczliwa myśl. Nie!

— Odwiedziłem Ulfa Powroźnika i wysłuchałem jego spowiedzi.

Dzięki Bogu! — westchnęła w duchu. A więc nie chodzi o Rosemundę! Jednak zaraz potem dotarło do niej pełne znaczenie jego słów. Był u Ulfa Powroźnika. Zaraza dotarła do wsi.

— Jesteś pewien, ojcze? Widziałeś oznaki choroby?

— Tak.

— Ile osób mieszka w jego chacie?

— Żona i dwaj synowie — odparł bezbarwnym tonem. — Kazałem jej nosić maskę, chłopców zaś wysłałem po wierzbowe witki.

— To dobrze.

Nie było w tym nic dobrego. Chociaż… Powroźnik miał dżumę dymieniczą, nie płucną, więc mimo wszystko istniała nadzieja, że nie zarazi rodziny. Ale ilu ludzi zaraził przedtem, a przede wszystkim, od kogo sam się zaraził? Przecież z pewnością nie zetknął się z pisarzem. Może od któregoś ze służących?

— Czy ktoś jeszcze jest chory?

— Nie.

Fakt, że kapłan nie wiedział o innych przypadkach zachorowań, o niczym nie świadczył. Przecież wieśniacy posyłali po księdza dopiero wtedy, kiedy należało wyspowiadać umierającego. Kto wie, czy we wsi nie ma jeszcze trzech albo czterech chorych. Albo dziesięciu.

Usiadła pod oknem, by zastanowić się, co począć. Nic, przemknęło jej przez głowę. Nic nie możesz zrobić. Zaraza przeskakiwała ze wsi do wsi, z miasta do miasta, zabijając całe rodziny, nie szczędząc nikogo. Wymordowała pół Europy.

— Nie! — wrzasnęła przeraźliwie Rosemunda, usiłując zerwać się z posłania.

Kivrin i Roche rzucili się, by ją powstrzymać, ale dziewczynka sama opadła z powrotem na legowisko. Próbowali ją przykryć, lecz ona natychmiast odgarniała futra na bok.

— Agnes, ty niedobre dziecko… Zaraz powiem matce… — mamrotała niewyraźnie. — Wypuść mnie. Wypuść mnie natychmiast, słyszysz?

Z każdą chwilą robiło się coraz zimniej. Ojciec Roche dorzucił węgli do piecyka, Kivrin zaś wspięła się na kamienne siedzisko i zasłoniła okno nawoskowanym płótnem, lecz niewiele to pomogło. Skulili się razem przy piecyku i oboje niemal jednocześnie zapadli w niespokojną drzemkę, a kiedy się obudzili, trzęśli się niemal tak samo jak Rosemunda.

Pisarz nie drżał, ale narzekał na przejmujący chłód. Mówił powoli i niewyraźnie, jakby był pijany. Ręce i stopy miał lodowato zimne, pozbawione czucia.

— Powinni się rozgrzać — powiedział Roche. — Musimy znieść ich na dół, do izby.