Выбрать главу

On wciąż nic nie rozumie, pomyślała Kivrin ze smutkiem. Jeśli w ogóle istniała jeszcze jakakolwiek szansa, to po to, by ją wykorzystać, należało odizolować pacjentów i nie dopuścić do rozprzestrzenienia się choroby. Wiele wskazywało jednak na to, że choroba już się rozprzestrzeniła.

Spróbowała wyobrazić sobie jak się teraz czuje Ulf Powroźnik i co oddałby za kilka chwil spędzonych przy prawdziwym ogniu. Jeśli paleniska we wszystkich chatach wyglądały tak jak w tej, w której schroniła się podczas pierwszej, nieudanej wyprawy do lasu, to mogła mu tylko współczuć. Taki nędzny ogień nie ogrzałby nawet zziębniętego kota.

Koty także umierały podczas epidemii, pomyślała nie wiadomo czemu i spojrzała na Rosemundę. Ciałem dziewczynki wstrząsnął kolejny dreszcz. Już teraz, zaledwie po kilku godzinach, sprawiała wrażenie chudszej, prawie wynędzniałej.

— Życie z nich uchodzi… — szepnął ojciec Roche.

Westchnęła głęboko.

— Wiem. — Zaczęła zbierać porozrzucane futra i prześcieradła. — Ojcze, każ Maisry rozesłać słomę na podłodze.

Pisarz zdołał zejść o własnych siłach, choć ojciec Roche i Kivrin musieli podtrzymywać go z obu stron, ale Rosemundę trzeba było znieść po schodach. Eliwys i Maisry rozłożyły już słomę na podłodze w głębi izby. Agnes spała na ławie, Imeyne natomiast klęczała w tym samym miejscu co poprzedniego wieczoru, z rękami złożonymi do modlitwy.

Położyli Rosemundę obok pisarza, matka zaś przykryła ją futrem.

— Gdzie mój ojciec? — zapytała dziewczynka donośnym, chrapliwym głosem. — Dlaczego jeszcze nie przyszedł?

Agnes poruszyła się we śnie. Gdyby się obudziła, ciekawość z pewnością okazałaby się silniejsza od wszelkich zakazów i mała natychmiast zjawiłaby się przy chorych, aby im się przyjrzeć. Muszę trzymać ją od nich z daleka, pomyślała Kivrin. Ale w jaki sposób? Spojrzała na belki pod sufitem; niestety, były za wysoko, żeby dało się umocować do nich jakąś zasłonę. Po chwili namysłu przyciągnęła najbliższą ławę, położyła ją na boku, następnie zaś chwyciła za drugą, by zbudować coś w rodzaju barykady. Ojciec Roche i Eliwys pospieszyli jej z pomocą. Na koniec wspólnymi siłami zdjęli z kozłów ciężki blat i oparli go ukosem o piramidę z ław.

Zaraz potem Eliwys usiadła obok Rosemundy. Twarz pogrążonej we śnie dziewczynki oświetlał czerwony blask bijący z paleniska.

— Musicie założyć maskę — powiedziała Kivrin.

Eliwys skinęła głową, lecz nie ruszyła się z miejsca. Po chwili, bardzo powoli, jakby z wahaniem, wyciągnęła rękę i odgarnęła córce włosy z czoła.

— Była ulubienicą mego męża… — szepnęła.

Rosemunda spała nieprzerwanie aż do przedpołudnia. Kivrin odsunęła wypalone wigilijne polano, dołożyła kilka sporych kawałków drewna, po czym odsłoniła zziębnięte stopy pisarza, żeby jak najszybciej poczuł ożywcze ciepło.

Kiedy Czarna Śmierć zbierała w Rzymie obfite żniwo, papieski lekarz kazał swemu podopiecznemu siedzieć w pokoju między dwoma otwartymi paleniskami. Papież nie zachorował — niektórzy historycy twierdzili, iż dzięki temu, że żar płomieni zabił groźne bakterie. W rzeczywistości znacznie większe znaczenie miał zapewne fakt, iż Ojciec święty był starannie odizolowany od swej zarażonej trzódki, niemniej jednak z pewnością nie zaszkodziło spróbować. Wszystkiego warto spróbować, pomyślała Kivrin, patrząc na śpiącą Rosemundę, i dołożyła jeszcze kilka kawałków drewna.

Chociaż było już dawno po wschodzie słońca, ojciec Roche poszedł do kościoła zadzwonić na jutrznię. Dźwięk dzwonu obudził Agnes. Usiadła, ziewnęła rozdzierająco, po czym zobaczyła barykadę z ławek i natychmiast pobiegła w tamtą stronę.

— Kto poprzewracał ławy? — zapytała z przejęciem.

— Nie wolno ci przekraczać tego ogrodzenia — powiedziała Kivrin, trzymając się możliwie daleko od dziewczynki. — Musisz zostać tam, gdzie twoja babka.

Agnes wspięła się na ławę tworzącą podstawę piramidy, chwyciła się sterczącej drewnianej nogi i zapuściła żurawia nad krawędzią blatu.

— Widzę Rosemundę! — wykrzyknęła. — Czy ona umarła?

— Jest bardzo chora — powiedziała Kivrin surowym tonem. — Nie wolno ci się tu zbliżać, rozumiesz? Idź pobawić się wózkiem.

— Ja chcę do Rosemundy! — oświadczyła stanowczo mała, przekładając nogę na drugą stronę barykady.

— Ani się waż! — krzyknęła Kivrin. — Natychmiast wracaj do babki!

Agnes znieruchomiała, zaskoczona wybuchem gniewu opiekunki, po czym zalała się łzami.

— Ja chcę do Rosemundy! — szlochała rozpaczliwie, niemniej jednak cofnęła się, zlazła na podłogę, wróciła do Imeyne i, okrutnie nadąsana, usiadła obok niej.

Wrócił ojciec Roche.

— Starszy syn Ulfa jest chory — oznajmił. — Widziałem go. On też ma te… guzy.

Przed południem dowiedzieli się o dwóch kolejnych przypadkach, po południu zaś o jednym. Wśród chorych była także żona rządcy. Wszyscy, oprócz niej, mieli wyraźne dymienice pod pachami.

Kiedy Kivrin i ojciec Roche weszli do izby, akurat karmiła piersią najmłodsze dziecko. Jej szczupła twarz o wyrazistych rysach wydawała się jeszcze bardziej mizerna niż zazwyczaj, ale kobieta nie kasłała ani nie miała torsji; Kivrin w głębi duszy żywiła nadzieję, że dymienice po prostu nie zdążyły się jeszcze pojawić.

— Noście wszyscy maski — nakazała rządcy. — Starajcie się trzymać od niej z daleka. Dziecko niech pije mleko od krowy.

Miała poważne wątpliwości, czy te środki ostrożności dadzą pożądany skutek. Sześcioro dzieci i dwoje dorosłych w dwóch izbach… Oby tylko to nie była dżuma płucna, modliła się w duchu. Oby nikt się nie zaraził.

Całe szczęście, że przynajmniej Agnes jest bezpieczna… Od chwili, kiedy dziewczynka dostała od niej ostrą reprymendę, nie próbowała zbliżyć się do barykady. Przez pewien czas siedziała nadąsana w kącie, wodząc za Kivrin spojrzeniem pełnym wyrzutu (w innych okolicznościach z pewnością wyglądałaby bardzo zabawnie), a kiedy wreszcie doszła do wniosku, że w wystarczający sposób dała wyraz swemu oburzeniu, przyniosła ze strychu ukochany, czerwonozłocisty wózek i zaczęła się nim cichutko bawić.

Rosemunda obudziła się, poprosiła schrypniętym głosem o wodę, a zaspokoiwszy pragnienie natychmiast zasnęła. Ponieważ pisarz także zapadł w drzemkę — może to było tylko złudzenie, ale chyba oddychał lżej i ciszej — Kivrin mogła wreszcie usiąść na skraju posłania Rosemundy i trochę odpocząć.

Właściwie powinna pomóc ojcu Roche’owi zająć się dziećmi rządcy albo przynajmniej dopilnować, żeby założył maskę i mył ręce po każdym kontakcie z chorymi, ale ogarnęło ją tak wielkie znużenie, że nie mogła ruszyć się z miejsca. Położę się na minutkę, pomyślała. Może coś sensownego przyjdzie mi do głowy?

— Chcę do Blackiego! — powiedziała głośno Agnes.

Kivrin gwałtownie podniosła głowę, wyrwana ze stanu, który jeszcze nie był snem, ale niewiele brakowało.

Agnes stała po drugiej stronie barykady w czerwonym czepku i szubce z kapturem nasuniętym na głowę.

— Obiecałaś, że zaprowadzisz mnie na grób mojego pieska.

— Cicho bądź, bo obudzisz siostrę!

Dziewczynka rozpłakała się, ale zamiast zawodzić donośnie, jak czyniła zawsze, kiedy chciała postawić na swoim, szlochała cichutko z pochyloną głową. Ona też nie może już więcej wytrzymać, pomyślała Kivrin. Przez cały dzień nikt się nią nie zajmował, nie mogła zbliżyć się do mnie i Rosemundy, wszyscy byli zajęci… Biedactwo.