Выбрать главу

— Obiecałaś! — powtórzyła Agnes.

— Teraz nie mogę zaprowadzić cię na grób twojego szczeniaka, ale jeśli chcesz, opowiem ci historię. — Przyłożyła palec do ust. — Ale pamiętaj, że musimy być bardzo cicho. Nie wolno nam ich obudzić.

Wskazała ruchem głowy pogrążonych we śnie Rosemundę i pisarza.

Agnes wytarła nos rękawem.

— Opowiesz mi o tej dziewczynce, co nie słuchała ojca? — zapytała scenicznym szeptem.

— Tak.

— Czy mój wózek też może posłuchać?

— Oczywiście.

Mała co sił w nogach pobiegła w drugi koniec izby, chwyciła zabawkę, wróciła, po czym bez namysłu zaczęła wspinać się na barykadę.

— Nie wolno ci tu wchodzić! — przypomniała jej Kivrin. — Musisz usiąść na podłodze po swojej stronie, a ja usiądę po mojej.

— Nie będę cię słyszeć!

— Na pewno będziesz, tylko nie hałasuj.

Agnes z ociąganiem zeszła na podłogę, przycupnęła tak blisko piramidy z ławek, jak się dało, a następnie postawiła wózek na kamiennej posadzce i pogroziła mu palcem.

— Pamiętaj, że masz być cicho!

Kivrin wstała, sprawdziła, jak czują się jej pacjenci, po czym wróciła na miejsce i oparła się o jedną z ław, czując, jak ponownie ogarniają niemożliwe do przezwyciężenia zmęczenie.

— Kiedyś, dawno temu… — ponagliła ją Agnes.

— Kiedyś, dawno temu, daleko stąd, przy wielkim lesie mieszkała mała dziewczynka…

— Ojciec zakazał jej chodzić do tego lasu, ale ona była niegrzeczna i wcale, ale to wcale go nie słuchała!

Skinęła głową, choć mała nie mogła tego zobaczyć.

— Właśnie. Wcale go nie słuchała. Pewnego dnia założyła płaszczyk…

— Cały czerwony, z kapturem — wtrąciła Agnes. — I poszła do lasu, chociaż ojciec ciągle powtarzał jej, żeby tego nie robiła.

Chociaż mówił jej, żeby tego nie robiła… „Nic mi nie będzie, panie Dunworthy. Dam sobie radę”.

— Nie powinna tego robić, prawda? — zapytała Agnes donośnym szeptem.

— Oczywiście, ale ona bardzo chciała zobaczyć, co jest w lesie. Poza tym zamierzała zajrzeć tam na krótką chwilkę i zaraz wrócić.

— I tak nie powinna tego robić! — stwierdziła stanowczo dziewczynka. — Ja na pewno nie poszłabym sama do lasu. Tam jest okropnie ciemno.

— W lesie było ciemno, zewsząd dobiegały przerażające odgłosy…

— Wilki!

Kivrin usłyszała jakiś szmer po drugiej stronie barykady; domyśliła się, że Agnes skuliła się jeszcze bardziej i przysunęła do przeszkody, by znaleźć się jak najbliżej opiekunki. Przypuszczalnie już od jakiegoś czasu tuliła do piersi drewniany wózek.

— Nie podoba mi się tutaj, pomyślała dziewczynka i zawróciła do domu, ale nie mogła znaleźć ścieżki, którą przyszła. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno, a chwilę potem coś wyskoczyło zza drzewa!

— Wilk! — pisnęła Agnes.

— Nie, to był niedźwiedź. Zatrzymał się, popatrzył na dziewczynkę, po czym zapytał: „Co robisz w moim lesie?”

— Dziewczynka chyba bardzo się przestraszyła… — szepnęła Agnes.

— O, tak. „Proszę, nie zjadaj mnie, panie Niedźwiedziu!” — powiedziała. „Zabłądziłam i nie mogę znaleźć drogi do domu”. Niedźwiedź, chociaż wyglądał bardzo groźnie, miał miękkie serce, więc odparł: „Dobrze, pomogę ci wydostać się z lasu”. „Ale jak?” — zdziwiła się dziewczynka. „Przecież jest całkiem ciemno”. A niedźwiedź na to: „Poprosimy o pomoc sowę. Ona widzi w ciemności”.

Opowieść rozwijała się sama, Kivrin zaś stwierdziła ze zdziwieniem, że nie tylko czuje się trochę podniesiona na duchu, ale także czeka z zainteresowaniem na to, co będzie dalej. Po pewnym czasie Agnes przestała jej przerywać, kilka minut później zaś Kivrin, nie przestając mówić, wstała i ostrożnie zajrzała na drugą stronę barykady.

— „Czy wiesz jak wyjść z lasu? — zapytał niedźwiedź kruka. Oczywiście — odparł kruk. — Musicie iść…”

Mała spała z główką opartą o ustawiony ukosem blat, przyciskając wózek do piersi. Kivrin pomyślała, że powinna ją czymś przykryć, ale po namyśle postanowiła tego nie robić. We wszystkich futrach i prześcieradłach z pewnością roiło się od bakterii. Spojrzała na lady Imeyne, która wciąż modliła się w kącie z twarzą zwróconą do ściany.

— Lady Imeyne… — zawołała półgłosem, ale stara kobieta albo jej nie usłyszała, albo nie uznała za stosowne przerwać modlitwy.

Kivrin dorzuciła do ognia, po czym wróciła na miejsce, usiadła przy piramidzie z ławek, odchyliła głowę do tyłu i oparła o jedną z nich.

— „Oczywiście, że wiem, jak wyjść z lasu” — powiedział kruk — wyszeptała tak cicho, że sama z trudem usłyszała własne słowa. — „Zaraz wam pokażę”. Wzbił się nad wierzchołki drzew, ale poleciał tak szybko i wysoko, że wkrótce stracili go z oczu…

Chyba zasnęła, bo kiedy ponownie otworzyła oczy, ogień dogasał w palenisku, ją zaś okropnie bolał kark. Obie dziewczynki jeszcze spały, lecz pisarz już się obudził. Powiedział coś do niej, jednak nie zdołała zrozumieć ani słowa. Biały nalot pokrywał już cały jego język, natomiast oddech cuchnął tak, że musiała odwrócić głowę. Z wielkiego, niemal czarnego wrzodu pod pachą sączyła się gęsta ciemna ciecz o woni gnijącego mięsa. Kivrin zmieniła bandaż — musiała mocno zacisnąć zęby, ponieważ czuła, że zbiera jej się na wymioty — wyniosła zużyty opatrunek do sieni, po czym starannie opłukała ręce lodowatą wodą ze studni, głęboko wdychając rześkie mroźne powietrze.

Kiedy wracała do domu, dołączył do niej ojciec Roche, który właśnie nadszedł od strony wsi.

— Ulric, syn Hala — powiedział głosem wypranym z emocji. — I najstarszy syn rządcy, Walthef.

Był tak wycieńczony, że nawet nie doszedł do paleniska, by się ogrzać, tylko opadł bez sił na ławę stojącą najbliżej drzwi.

— Jesteś zmęczony, ojcze. Powinieneś położyć się i odpocząć.

Imeyne z wysiłkiem dźwignęła się na nogi, po czym, utykając nieco, ruszyła w ich kierunku.

— Nie mogę — odparł kapłan. — Przyszedłem tylko po nóż, żeby naciąć wierzbowych witek.

Mimo to dowlókł się do ognia, usiadł ciężko i zapatrzył się w płomienie.

— To ty sprowadziłeś na nas chorobę! — zaskrzeczała lady Imeyne.

Kivrin odwróciła się gwałtownie. Stara kobieta stała na środku izby, wpatrując się w księdza przeszywającym spojrzeniem. Wokół złożonych rąk miała owinięty łańcuszek, na którym kołysał się srebrny relikwiarz.

— Twoje grzechy ściągnęły na nas karę Bożą. — Przeniosła wzrok na dziewczynę. — Modlitwę do świętego Marcina odmówił w dzień świętego Euzebiusza. Chodzi w brudnej sutannie. — Przypuszczalnie w taki sam sposób wyliczała przewinienia kapłana siostrze sir Bloeta. — Zdmuchuje świece, a kiedy gasi je palcami, jak należy, robi to tak niezdarnie, że urywa knoty.

Biedaczka stara się zabić w sobie poczucie winy, pomyślała Kivrin, obserwując kobietę. Wysłała Gawyna do biskupa z prośbą o nowego kapelana. Zdradziła miejsce ich pobytu. Nie jest w stanie pogodzić się z myślą, że znacząco przyczyniła się do nieszczęścia. Mimo to nie potrafiła współczuć staruszce. Nie masz prawa oskarżać ojca Roche’a, odparła w duchu na jej zarzuty. Robi wszystko co w jego mocy, żeby pomóc chorym, a ty w tym czasie klęczysz w kącie i mamroczesz swoje modlitwy.

— To nie Bóg zesłał na nas zarazę — odparła lodowatym tonem. — Dżuma jest zwykłą chorobą, jedną z wielu, choć groźniejszą od większości z nich.