— Tylko żeby był ostry! — zawołała za nim. — I przynieście też wino!
Ponownie postawiła na ogniu gar z wodą. Kiedy kapłan przyniósł nóż, starannie umyła ostrze świeżą wodą z wiadra, zeskrobała, na ile się dało, rdzę oraz zaschnięty brud, potem owinęła rękojeść jakąś szmatą, przez kilka minut rozgrzewała ostrze w płomieniach, na koniec zaś polała je winem i opłukała we wrzątku.
Wspólnymi siłami ułożyli Rosemundę przy palenisku w taki sposób, aby jak najwięcej światła padało na pole operacyjne. Ojciec Roche ukląkł przy głowie dziewczynki, Kivrin natomiast delikatnie obnażyła jej ramię i bark. Kapłan ostrożnie podniósł ramię dziecka i unieruchomił je w silnym uścisku. Powiększony węzeł chłonny widać było jak na dłoni.
Osiągnął już wielkość jabłka, skóra dokoła niego była ogniście czerwona. Środkowa część dymienicy dorównywała twardością ziemniakowi, ale bliżej krawędzi była miękka, wręcz galaretowata.
Kivrin wytarła ją delikatnie czystą szmatką nasączoną winem. Odniosła wrażenie, że dotyka kamienia ukrytego płytko pod skórą. Nie miała pojęcia, czy nóż zdoła przebić skórę — chyba że z boku, tam gdzie guz nie był tak twardy.
Podniosła nóż… i zawahała się, ponieważ nagle ogarnął ją lęk, że uszkodzi tętnicę, że doprowadzi do rozprzestrzenienia infekcji, że tylko pogorszy sytuację.
— Ona nie czuje już bólu — powiedział łagodnie ojciec Roche.
Kivrin spojrzała w dół, na Rosemundę. Dziewczynka nie poruszyła się nawet wtedy, kiedy manewrowali jej ramieniem i obmywali nabrzmiałą dymienicę. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w ich twarze, lecz zamiast nich widziała chyba coś nieporównanie bardziej przerażającego. Nie zdołam jej zaszkodzić, pomyślała Kivrin. Nawet jeśli ją zabiję. Jej w żaden sposób nie można już zaszkodzić.
— Przytrzymaj ramię, ojcze.
Roche chwycił za przegub i przedramię, i z całej siły przycisnął je do podłogi. Nawet wtedy dziewczynka nie zaprotestowała ani nie próbowała się wyrwać.
Dwa szybkie cięcia. Jak najprędzej, żeby ograniczyć ból do minimum.
Wstrzymała oddech i przyłożyła ostrze do opuchlizny.
Rosemunda wyprężyła się raptownie, jakby pod wpływem wstrząsu elektrycznego, a jej szczupła, obciągnięta wysuszoną skórą ręka zacisnęła się w pięść.
— Co robicie? — wychrypiała. — Poskarżę się ojcu!
Kivrin pospiesznie cofnęła nóż, ojciec Roche zaś z najwyższym trudem unieruchomił ramię dziewczynki. Rozpaczliwie, ale bez powodzenia, usiłowała odepchnąć go drugą ręką.
— Jestem córką lorda Guillaume D’Iverie! — wykrzykiwała. — Nie wolno wam traktować mnie w taki sposób!
Niewiele brakowało a zawadziłaby ręką o nóż. Kivrin wycofała się szybko i zerwała na nogi, starając się niczego nim nie dotknąć. Korzystając z tego, że zadyszana dziewczynka na chwilę przestała się szamotać, ojciec Roche chwycił jej drugą rękę i unieruchomił w swych silnych dłoniach. Rosemunda natychmiast zaczęła wierzgać nogami. Nikomu nie wyrządziła krzywdy, ale zdołała przewrócić kielich i wylać resztkę wina.
— Musimy ją związać — zadecydowała Kivrin.
Nagle uświadomiła sobie, że stoi z uniesionym nożem, jak morderczyni. Pospiesznie zawinęła go w kawałek czystego płótna, po czym zabrała się do darcia na pasy szmat, których sporo walało się na podłodze.
Ojciec Roche związał Rosemundzie ręce, Kivrin zaś skrępowała jej nogi w kostkach i uwiązała do jednej z przewróconych ław. Rosemunda nie broniła się, ale kiedy kapłan odsunął na bok jej koszulę, spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała:
— Ja ciebie znam! To ty napadłeś w lesie na lady Katherine!
Ojciec Roche ponownie oparł się całym ciężarem ciała na ramionach dziewczynki, Kivrin zaś wzięła głęboki wdech i rozcięła skórę.
Krew trysnęła obfitym strumieniem. Mój Boże, trafiłam na tętnicę! — przemknęła jej przez głowę rozpaczliwa myśl. Oboje z ojcem Roche’em rzucili się po przygotowane opatrunki, ale ona była pierwsza; chwyciła cały stos i przycisnęła do rany. Błyskawicznie przesiąkły krwią, a kiedy odrzuciła je na bok, zobaczyła, jak z niewielkiej rany tryska cienki, lecz silny strumień. Próbowała zatamować krwotok gołymi rękami, ale bez powodzenia. Nagle z gardła Rosemundy wydobył się cichy, żałosny odgłos, podobny do skamlenia Blackiego, po czym dziewczynka przestała się szamotać i opadła bezwładnie na posłanie.
Zabiłam ją, pomyślała Kivrin.
— Nie mogę powstrzymać krwotoku! — syknęła do kapłana, lecz po chwili stwierdziła, że to nieprawda. Krwotok ustał.
Na wszelki wypadek policzyła do stu, a potem jeszcze do dwustu, po czym ostrożnie cofnęła ręce. Krew sączyła się leniwie, razem z nią zaś z rany wydobywała się szarożółta ropa. Ojciec Roche pochylił się, by ją wytrzeć, lecz Kivrin powstrzymała go ruchem ręki.
— Nie dotykaj tego, ojcze. Tam roi się od bakterii.
Sama zebrała ropę jednym z bandaży. Natychmiast wypłynęła kolejna porcja, potem zaś wodnista surowica.
— To chyba wszystko — mruknęła. — W każdym razie, tak mi się wydaje. Podaj mi wino, ojcze, jeśli jeszcze trochę zostało.
Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiejś czystej szmatki, ale nigdzie nie mogła jej dojrzeć. Zużyli wszystkie, usiłując opanować krwotok. Rada nie rada, ostrożnie przechyliła kamionkową butelkę i wylała nieco wina na ranę. Rosemunda nawet nie drgnęła. Miała popielatoszarą twarz, jakby zupełnie się wykrwawiła. Istotnie, straciła mnóstwo krwi. A ja nie mogę zrobić jej transfuzji, pomyślała Kivrin. Co tam transfuzja; nie mam nawet czystej szmaty!
Ojciec Roche zdjął więzy z rąk dziewczynki i delikatnie ujął ją za przegub.
— Jej serce uderza znacznie mocniej.
— Potrzeba więcej czystego płótna — powiedziała Kivrin, a następnie wybuchnęła płaczem.
— Mój ojciec każe was za to powiesić… — wyszeptała Rosemunda.
Rosemunda jest nieprzytomna. Wczoraj wieczorem rozcięłam jej dymienicę pod pachą, ale chyba tylko pogorszyłam sytuację. Utraciła mnóstwo krwi, a teraz jest śmiertelnie blada i ma tak słaby puls, że prawie nie mogę go wyczuć.
Pisarz też wygląda znacznie gorzej. Podskórne wylewy pojawiają się w coraz to nowych miejscach i wszystko wskazuje na to, że zbliża się koniec. Co prawda doktor Ahrens twierdziła, że dżuma zabija w ciągu czterech do pięciu dni, ale nie wydaje mi się prawdopodobne, by ten biedak przetrwał aż tak długo.
Lady Eliwys, lady Imeyne oraz Agnes czują się dobrze, choć lady Imeyne zachowuje się jak szalona, usiłując za wszelką cenę znaleźć kogoś, na kogo mogłaby zrzucić całą winę. Dziś rano natarła Maisry uszu i powiedziała, że Bóg pokarał nas za jej głupotę i lenistwo.
Maisry rzeczywiście jest leniwa i głupia. Boję się zostawiać Agnes pod jej opieką. Kiedy posłałam ją po wodę potrzebną do przemycia rany Rosemundy, przepadła na pół godziny, po czym wróciła z pustymi rękami.
Mimo to, nic jej nie powiedziałam, bo nie chciałam, żeby lady Imeyne znowu ją uderzyła, a poza tym zdaję sobie sprawę, iż już niebawem przyjdzie kolej na mnie i to ja zostanę oskarżona o sprowadzenie zarazy. Zauważyłam spojrzenie, jakim obrzuciła mnie, gdy wychodziłam po wodę, której zapomniała przynieść służąca, i bez trudu odczytałam jej myśli: za dużo wiem o chorobie, za wiele pamiętam jak na osobę, która utraciła pamięć, byłam chora, ale wyzdrowiałam, teraz zaś chorują wszyscy dokoła mnie…
Boję się, że jeśli zacznie mnie oskarżać, nadszarpnie zaufanie, jakim darzy mnie lady Eliwys, a wtedy zdemontują barykadę z ławek, uklękną wszystkie wokół paleniska i będą się modlić o ratunek.