Выбрать главу

W jaki sposób powinnam bronić się przed zarzutami? Czy mam powiedzieć: Słuchajcie, przybywam z przyszłości, gdzie potrafimy sobie radzić ze wszystkimi chorobami, łącznie z dżumą, tyle że jedynym lekarstwem jest streptomycyna, a ja nie wiem, jak wrócić do moich czasów, żeby ją zdobyć?

Gawyna wciąż nie ma. Eliwys nie posiada się z niepokoju. Kiedy ojciec Roche szedł zadzwonić na nieszpór, odprowadziła go do bramy i stała tam bardzo długo, wpatrzona w ciemność. Wątpię, czy przyszło jej do głowy, że mógł zarazić się jeszcze przed wyruszeniem w podróż; przecież towarzyszył wysłannikowi biskupa w drodze do Courcy, a ten prawie na pewno zaraził się od swego pisarza.

(przerwa)

Ulf Powroźnik jest bliski śmierci, zachorowała też jego żona i jeden z synów. Nie zauważyłam powiększonych węzłów chłonnych, ale kobieta ma coś w rodzaju grubej wysypki na wewnętrznej stronie uda. Muszę bez przerwy przypominać ojcu Roche’owi, żeby nosił maskę i nie dotykał pacjentów częściej niż to jest konieczne.

Twórcy filmów historycznych, których akcja toczy się w epoce Czarnej Śmierci, pokazywali ludzi podobnych do stada przerażonych zwierząt — uciekali w popłochu, pozostawiali chorych i umierających bez opieki, nie grzebali zmarłych. Ich zdaniem pierwsi uciekali księża. To nieprawda.

Oczywiście wszyscy są przerażeni, niemniej jednak każdy stara się jak może, a ojciec Roche jest po prostu cudowny. Przez cały czas, kiedy badałam żonę Ulfa, siedział przy niej i trzymał ją za rękę, i nie wzdraga się przed wykonywaniem najcięższych, najbardziej nieprzyjemnych robót. W dodatku nigdy nie zobaczyłam na jego twarzy grymasu lęku. Naprawdę nie wiem, skąd czerpie tę nadludzką odwagę.

Jak zwykle odmawia godzinki i nieszpory, opowiada Bogu o Rosemundzie i pozostałych chorych, skrupulatnie zdaje relację z tego, kogo i czym staramy się leczyć, zupełnie jakby On mógł go słyszeć. Zupełnie tak, jak ja mówię teraz do pana, panie Dunworthy.

Czasem myślę sobie, że być może Bóg jednak istnieje, tylko jest od nas odgrodzony barierą jeszcze trudniejszą do pokonania niż otchłań czasu. I chociaż nas słyszy, nie jest w stanie pospieszyć nam z pomocą.

(przerwa)

Nie widzimy zarazy, ale doskonale ją słyszymy. W każdej wsi po pogrzebie biją w dzwon: dziewięć uderzeń dla mężczyzny, trzy dla kobiety, jedno dla dziecka, a potem godzina bezustannego dzwonienia. Dziś rano w Esthcote były dwa pogrzeby, a w Osney dzwon nie milknie od wczoraj. Ucichł natomiast dzwon na południowym zachodzie — ten, który usłyszałam jako pierwszy zaraz po przeskoku. Nie wiem, czy oznacza to, że zaraza już stamtąd odeszła, czy raczej, że we wsi nie pozostał nikt żywy.

(przerwa)

Nie pozwól, żeby umarła Rosemunda. Nie pozwól, żeby umarła Agnes. Przyślij z powrotem Gawyna.

28.

W nocy zachorował chłopiec, który uciekł przed Kivrin, kiedy ta podjęła pierwszą, nieudaną wyprawę do lasu. O świcie matka czekała na ojca Roche’a przed kościołem. Chłopak miał dymienicę na szyi, nie pod pachą; ksiądz i matka przytrzymali dziecko na posłaniu, Kivrin zaś przecięła twardą, niemal fioletową skórę.

Zrobiła to z silnymi wewnętrznymi oporami, ponieważ chłopiec i tak był już bardzo wycieńczony z powodu szkorbutu, ona zaś nie miała pojęcia, czy w pobliżu nie przebiegają jakieś ważne nerwy albo tętnice. Poza tym, po identycznym zabiegu Rosemunda wcale nie czuła się lepiej, choć ojciec Roche zaklinał się, że jej puls stał się znacznie silniejszy. Dziewczynka była tak blada, jakby w jej ciele nie pozostała ani kropla krwi, i leżała zupełnie bez ruchu. Chłopiec nie wyglądał na kogoś, kto może sobie pozwolić na utratę znacznej ilości krwi.

Jednak, ku jej zdziwieniu, krwotok był bardzo mały, policzki chłopca zaś zaróżowiły się jeszcze zanim skończyła cięcie.

— Dajcie mu herbaty z owoców dzikiej róży — poleciła. Naturalnie zdawała sobie sprawę, że dzika róża nie jest skutecznym lekarstwem na dżumę, ale odrobina witaminy C z pewnością nie mogła mu zaszkodzić. — I naparu z wierzbowej kory.

Przytrzymała ostrze noża nad płomieniem. Ognisko rozpalone na środku chaty, a raczej szałasu, było równie nędzne jak tamtego dnia, kiedy usiłowała się przy nim ogrzać. Nie mogła jednak powiedzieć kobiecie, żeby poszła po drewno, bo w ten sposób naraziłaby kogoś na zarażenie.

— Przyniosę wam trochę opału — oświadczyła, lecz natychmiast przyszło jej do głowy, że niełatwo będzie jej zrealizować obietnicę.

Po świątecznej uczcie zostało jeszcze sporo jedzenia, ale inne zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie. Próbując ogrzać izbę zużyli większą część narąbanego drewna, nie było zaś kogo poprosić, by pociął na mniejsze kawałki potężne kloce ułożone w stos przy ścianie kuchni; powroźnik zachorował, rządca natomiast opiekował się żoną i synem.

Zebrała naręcze szczap, dołożyła trochę kory na podpałkę i wyruszyła z powrotem do chaty. Najchętniej przeniosłaby chłopca do dworu, ale Eliwys chyba nie dałaby rady pielęgnować jeszcze jednego pacjenta; sama wyglądała tak, jakby miała lada chwila zemdleć z osłabienia.

Całą noc przesiedziała przy córce, pojąc ją wywarem z wierzbowej kory i zmieniając opatrunki na ranie. Ponieważ zabrakło czystego płótna, podarła na pasy swój największy czepiec. Co kilka minut podnosiła się z miejsca, szła do drzwi i wyglądała na zewnątrz, jakby usłyszała czyjeś kroki; przez chwilę stała w progu, nasłuchując, po czym wracała za barykadę z ławek. Z rozpuszczonymi, sięgającymi ramion włosami, sprawiała wrażenie niewiele starszej od Rosemundy.

Kivrin rzuciła drewno na klepisko obok pustej klatki. Szczur przypuszczalnie został zabity; czy sąd uznałby go za współwinnego nieszczęścia, jakie spadło na tych ludzi? — przemknęło dziewczynie przez głowę.

— Bóg nie zapomina o nas w trudnych chwilach — powiedziała kobieta, uklękła przy ogniu i zaczęła ostrożnie dokładać drewno.

Kivrin ponownie obejrzała chłopca. Z rany sączyła się bezbarwna przezroczysta ciecz, co stanowiło dobry znak; Rosemunda po zabiegu krwawiła całą noc, potem zaś dymienica zaczęła rosnąć od nowa. Kivrin doskonale zdawała sobie sprawę, że nie może przeciąć jej raz jeszcze. Utrata kolejnej porcji krwi z pewnością zabiłaby dziewczynkę.

Ruszyła z powrotem do dworu, zastanawiając się, czy zmienić Eliwys, by ta wreszcie przespała się choć trochę, czy raczej spróbować narąbać drewna. Kiedy mijała dom rządcy, spotkała ojca Roche’a, który poprosił ją, by weszła do środka. Zachorowało kolejnych dwoje dzieci.

Byli to najmłodsi chłopcy. Nie ulegało wątpliwości, że obaj mają dżumę płucną. Kasłali niemal bez przerwy, ich matka zaś wymiotowała wodnistym śluzem. „Bóg nie zapomina o nas w trudnych chwilach”. Rzeczywiście.

Kiedy wreszcie Kivrin dotarła do dworu i weszła do izby, natychmiast poczuła wciąż jeszcze wyraźny smród siarki. W żółtawym świetle ramiona pisarza wydawały się niemal czarne. Ogień był równie nędzny jak w chacie ubogiej kobiety. Kivrin przyniosła resztkę porąbanego drewna, a następnie powiedziała Eliwys, żeby położyła się spać, bo teraz ona zajmie się Rosemundą.

Eliwys pokręciła głową.

— Nie trzeba — odparła, po czym dodała szeptem: — Mija już trzeci dzień, odkąd jest w drodze…