Do Bath było siedemdziesiąt kilometrów: półtorej doby jazdy konno i tyle samo z powrotem, naturalnie pod warunkiem, że udało mu się zdobyć wypoczętego wierzchowca. Gawyn mógł zjawić się lada chwila — jeśli od razu odszukał lorda Guillaume’a, jeśli bezzwłocznie wyruszyli w drogę powrotną…
Jeśli w ogóle wróci, pomyślała Kivrin.
Eliwys ponownie zerknęła w kierunku drzwi, jakby usłyszała czyjeś kroki, ale w izbie słychać było jedynie głosik Agnes przemawiającej czule do drewnianego wózeczka. Otuliła go chustką jak kocem i kołysała w ramionach.
— On też ma siną chorobę — poinformowała z powagą opiekunkę.
Kivrin spędziła resztę dnia wykonując różne prace domowe: przyniosła wodę, ugotowała coś w rodzaju zupy, wielokrotnie opróżniała nocniki. Na dziedziniec przyszła krowa rządcy z wymionami wezbranymi mlekiem; najwyraźniej, mimo zaleceń Kivrin, niemowlę nadal było karmione piersią. Wychudzona krowina tak długo łaziła za nią i trącała ją pyskiem, że wreszcie Kivrin dała za wygraną i wydoiła nieszczęsne zwierzę. W przerwie między odwiedzinami w domu rządcy i u chorego chłopca, ojciec Roche narąbał nieco drewna; niestety nie porozbijał go na drobne szczapy, musiała więc taszczyć do domu grube, ciężkie pniaki.
O zmierzchu zjawił się rządca z informacją, że zachorowała młodsza córka. To już ósmy przypadek, pomyślała Kivrin, a przecież wioska liczy zaledwie czterdziestu mieszkańców. Według przekazów historycznych, na dżumę zmarło od jednej trzeciej do połowy stanu ludności Europy, ale pan Gilchrist twierdził, że te dane są mocno przesadzone. Jedna trzecia oznaczałaby trzynaście przypadków, czyli zaledwie o pięć więcej niż do tej pory. Połowa to dwanaścioro kolejnych chorych; niewiele, zważywszy na fakt, że wszystkie dzieci rządcy, a także on sam, mieli już kontakt z chorobą.
Popatrzyła na nich ze smutkiem: na ciemnowłosą jak ojciec dziewczynkę o krępej sylwetce, szczupłego chłopca o pociągłej twarzy odziedziczonej po matce, maleńkie niemowlę. Wszyscy zachorujecie i prawie na pewno umrzecie, pomyślała. Ale może dzięki temu ocaleje ktoś inny.
Nie czuła żadnych emocji, do jej oczu nie napłynęły łzy, nie ścisnęło się serce — nawet wtedy, kiedy niemowlę rozpłakało się głośno, a najstarsza dziewczynka wzięła je na kolana i dała mu do ssania brudny palec. Trzynaście, modliła się w duchu. Może dwadzieścia. Ale nie więcej.
Nie współczuła także pisarzowi, choć stało się jasne, że nie dotrwa do świtu. Usta i język miał pokryte brązowym śluzem, kasłał bezustannie, spluwając wodnistą śliną wymieszaną z krwią. Pielęgnowała go nie myśląc o tym, co robi.
Wszystko przez brak snu, przemknęło jej przez głowę. To dlatego wszyscy jesteśmy tacy otępiali. Skuliła się przy ogniu i próbowała zasnąć, ale bezskutecznie. Była tak wyczerpana fizycznie i psychicznie, że nie mogła zmrużyć oczu. Jeszcze ośmioro, powtarzała sobie bez przerwy, rachując w myślach. Matka. Żona powroźnika. Jej dzieci.
Jeszcze czworo.
Oby tylko nie Agnes. Ani Eliwys. Ani ojciec Roche.
O świcie ojciec Roche znalazł kucharkę leżącą w śniegu przed jej chatą. Prawie zamarzła i bardzo kasłała, spluwając samą krwią.
Dziewięć.
Kucharka była wdową, nie miała żadnych krewnych, więc przynieśli ją do dworu i ułożyli w głównej izbie obok pisarza, który nie wiadomo dlaczego wciąż żył. Podskórne krwotoki wystąpiły już na całym jego ciele; ramiona i nogi miał zupełnie czarne, tułów zaś fioletowosiny. Czarną szczecinę, która wyrosła na jego policzkach i brodzie, łatwo można było uznać za jeden z objawów choroby.
Rosemunda leżała bez ruchu, blada i milcząca, zawieszona między życiem i śmiercią. Eliwys obsługiwała ją tak ostrożnie i delikatnie, jakby bała się, że każdy gwałtowniejszy ruch albo donośny odgłos wepchnie jej córkę w ramiona śmierci. Kivrin podświadomie zaczęła zachowywać się tak samo, chodząc na palcach i odzywając się tylko szeptem, Agnes natomiast, która doskonale wyczuwała narastające napięcie, zupełnie się rozkleiła. Marudziła prawie bez przerwy, wspinała się na barykadę, domagała się, by zaprowadzić ją do pieska albo do kucyka, chciała jeść i pić, prosiła o dokończenie opowieści o niegrzecznej dziewczynce, która zgubiła się w lesie.
— I co było dalej? — pytała po raz setny płaczliwym tonem. Kivrin musiała zacisnąć zęby, żeby nie krzyknąć na małą, by wreszcie dała jej spokój. — Zjadły ją wilki?
— Nie wiem — odpowiedziała ze zniecierpliwieniem. — Idź do babki.
Agnes obrzuciła niechętnym spojrzeniem lady Imeyne, która wciąż klęczała w kącie, odwrócona do nich plecami. Spędziła tam całą noc.
— Ona nie chce się ze mną bawić.
— Więc pobaw się z Maisry.
Posłuchała, ale po pięciu minutach tak bardzo dała się we znaki służącej, że ta zaczęła przed nią uciekać, Agnes zaś wróciła z płaczem, twierdząc, iż Maisry ją uszczypnęła.
— Wcale jej się nie dziwię — powiedziała Kivrin i posłała obie na strych.
Poszła sprawdzić, co z chłopcem. Okazało się, że jego stan uległ znacznej poprawie. Kiedy wróciła, zastała Maisry skuloną w fotelu i pogrążoną we śnie.
— Gdzie Agnes?
Eliwys potoczyła dokoła półprzytomnym spojrzeniem.
— Nie wiem. Była na strychu.
— Maisry! — Kivrin podeszła do fotela. — Maisry, obudź się! Gdzie jest Agnes?
Służąca zamrugała, wpatrując się w nią z otwartymi ustami.
— Nie powinnaś zostawiać jej bez opieki.
Kivrin wspięła się na strych, ale nie znalazła tam dziewczynki, więc zajrzała do pokoju na piętrze. Bez rezultatu.
Podczas jej nieobecności w izbie Maisry wstała z fotela i teraz z przerażoną miną kuliła się przy ścianie.
— Gdzie ona jest? — zapytała Kivrin ostrym tonem. Maisry w obronnym geście podniosła rękę do ucha.
— Masz rację. Wytargam cię za uszy, jeśli natychmiast nie powiesz, gdzie podziała się Agnes.
Służąca ukryła twarz w dłoniach.
— Gdzie ona jest?! — Kivrin szarpnęła ją za ramię. — Przecież miałaś jej pilnować! Mów natychmiast, co się z nią stało!
Z gardła przerażonej dziewczyny wydobyło się zwierzęce skamlenie.
— Przestań! — Pchnęła służącą w stronę drzwi. — Pokaż mi, dokąd poszła!
Do izby wszedł ojciec Roche.
— Co się stało? — zapytał.
— Musimy znaleźć Agnes. Tutaj jej nie ma, więc może poszła do wsi.
Pokręcił głową.
— Nie widziałem jej, a właśnie stamtąd wracam. Myślę, że jest gdzieś w pobliżu.
— Stajnia! — wykrzyknęła z ulgą Kivrin. — Chciała odwiedzić kucyka.
Jednak dziewczynki nie było w stajni.
— Agnes! — Z ciemnego, cuchnącego nawozem wnętrza nie dochodził żaden odgłos. — Agnes, odezwij się!
Dopiero teraz kucyk zarżał żałośnie, usiłując wydostać się z boksu. Przypuszczalnie od dawna nie dostał jeść. Został w stajni zupełnie sam, ponieważ zniknęły także psy, które miały tu specjalną zagrodę.
Kivrin szła powoli, zaglądając do każdego boksu, za żłoby, sprawdzając wszystkie miejsca, w których mogła ukryć się mała dziewczynka. Albo zasnąć.
Na pewno jest w stodole! Kivrin wyszła ze stajni, lecz musiała na chwilę przystanąć i zamknąć oczy, oślepiło ją bowiem jaskrawe światło. Kiedy uniosła powieki, zobaczyła ojca Roche’a, który właśnie wyszedł z kuchni.
— Znalazłeś ją, ojcze? — zapytała, ale nie uzyskała odpowiedzi. Kapłan spoglądał w kierunku bramy, zdając się czegoś nasłuchiwać. Ona także wytężyła słuch, lecz niczego nie usłyszała.