Выбрать главу

— Co się stało? Słyszysz jej płacz?

— Słyszę mego Pana! — wykrzyknął i rzucił się ku bramie.

O nie! — pomyślała Kivrin, biegnąc za nim. Tylko nie ojciec Roche!

— Ojcze…

Umilkła, nie kończąc zdania, ponieważ teraz ona także usłyszała tętent końskich kopyt. Wierzchowiec najwyraźniej pędził galopem z ogromną prędkością, ponieważ łoskot kopyt uderzających w zmarzniętą ziemię narastał z każdą chwilą. Ojciec Roche miał na myśli pana tego dworu, nie Pana Boga! — uświadomiła sobie z ulgą. Jest pewien, że lord Guillaume wreszcie wrócił z Bath.

Nagle, nie wiadomo skąd ani dlaczego, przyszła jej do głowy szaleńcza myśclass="underline" to pan Dunworthy!

Potrzebujemy streptomycyny i środków odkażających, a Rosemunda musi jak najprędzej trafić do szpitala, gdzie zrobią jej transfuzję.

Kapłan chwycił oburącz ciężki bal i wysunął go z żelaznych obejm.

I szczepionka! Będzie potrzebna szczepionka. Najlepiej doustna. Gdzie jest Agnes? Musi ją znaleźć i jak najprędzej zabrać stąd w bezpieczne miejsce.

Brama otworzyła się ze skrzypieniem.

Dopiero ten odgłos sprawił, że na Kivrin spłynęło opamiętanie.

— Nie! — krzyknęła rozpaczliwie, ale było już za późno. Rozpędzony koń był tuż, tuż.

— Nie może tu wjechać! — zawołała, rozglądając się za czymś, co mogłoby ostrzec jeźdźca. — Zarazi się chorobą!

Kątem oka dostrzegła drewnianą łopatę opartą o ścianę chlewika — tę samą, którą posłużyła się przy pochówku Blackiego. Niewiele myśląc rzuciła się w tamtą stronę.

— Zatrzymaj go przed bramą! — zawołała w stronę ojca Roche’a, ten zaś posłusznie rozłożył ramiona, usiłując powstrzymać rozpędzonego wierzchowca, ale nie zdążył i koń wpadł na dziedziniec.

— Gawyn! — wykrzyknął kapłan, ponieważ czarny rumak na pierwszy rzut oka przypominał Gringoleta, ale dosiadał go chłopak z pewnością niewiele starszy od Rosemundy. Jego twarz i ubranie pokrywała warstwa zaschniętego błota. Koń także był zabłocony, z pyska kapała mu piana, boki zaś miał mokre od potu. Chłopiec sprawiał wrażenie kompletnie wyczerpanego. Przez chwilę siedział na grzbiecie wierzchowca, przechylony mocno do przodu, i oddychał ciężko, a potem wykonał ruch, jakby zamierzał zeskoczyć na ziemię.

— Nie możesz się tu zatrzymać — powiedziała Kivrin powoli i wyraźnie, żeby translator na pewno poradził sobie z tłumaczeniem. — We wsi jest zaraza.

Wysunęła przed siebie łopatę, jakby to była włócznia.

Chłopiec zdążył już wysunąć stopę ze strzemienia, ale zawahał się, po czym opadł na siodło.

— Sina choroba — dodała na wszelki wypadek; całkiem niepotrzebnie, bo właśnie skinął głową.

— Ona jest wszędzie. — Sięgnął do sakwy. — Przywożę wam wiadomość.

Podał ojcu Roche’owi coś w rodzaju skórzanego portfela, kapłan zaś zbliżył się o krok i wyciągnął rękę.

— Nie! — wykrzyknęła rozpaczliwie, po czym machnęła łopatą. — Rzuć to na ziemię. Nie wolno ci nas dotykać.

Chłopiec wyjął z portfela rulon ciasno zwiniętego pergaminu i cisnął go na bruk dziedzińca, tuż obok stóp księdza. Ojciec Roche natychmiast schylił się, podniósł rulon i zaczął go rozwijać.

— Co to za wiadomość? — zapytał chłopca.

Oczywiście, pomyślała Kivrin. Przecież on nie umie czytać.

— Nie wiem. Pismo jest od biskupa Bath. Dostałem polecenie, żeby dostarczyć je do wszystkich parafii.

— Pozwolisz, ojcze, że ja je przeczytam? — zaproponowała Kivrin.

— Może jest tam jakaś wiadomość od naszego pana — powiedział ojciec Roche z nadzieją. — Może skorzystał z okazji, aby zawiadomić nas, że wróci nieco później…

— Kto wie — odparła, wyjmując mu zwój z ręki, ale w głębi duszy doskonale wiedziała, że chodzi o coś zupełnie innego.

Pergamin był pokryty odręcznym pismem, tak ozdobnym, że z trudem dało się odczytać poszczególne litery, ale to nie miało znaczenia. Znała treść tego dokumentu. Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że już go czytała.

W bibliotece.

Postawiła łopatę na ziemi, oparła ją sobie o pierś i przeczytała list na głos, tłumacząc łacinę na angielski:

— „Morowe powietrze, którego padliśmy ofiarą, rozprzestrzeniając się po kraju sprawiło, że wiele parafii, a nawet całych diecezji, zostało bez duszpasterzy, zdarza się więc wcale nierzadko, iż ludzie umierają bez spowiedzi, nie pogodziwszy się z Bogiem…”

Przerwała na chwilę i zerknęła ukradkiem na ojca Roche’a. Nie tutaj, pomyślała. Nie pozwolę, żeby tutaj wydarzyło się coś takiego.

— „Ponieważ nie ma księży, którzy…”

Znała treść listu na pamięć. Nie musiała nawet patrzeć na czarne litery, ponieważ wystarczyło, aby przymknęła powieki, a bez trudu mogła je odtworzyć — mocno wyblakłe, choć nadal wyraźne — takie, jakie przetrwały do dwudziestego pierwszego wieku w uniwersyteckiej bibliotece. Księża albo poumierali razem z wiernymi, albo uciekali dokąd ich oczy poniosą, zostawiając swoje trzódki na pastwę losu. Uważała, że list był nadęty i arogancki. „Ludzie padali jak muchy” — powiedziała do pana Dunworthy’ego — „a tymczasem biskup myślał tylko o tym, by zadośćuczynić kościelnej tradycji”.

Teraz jednak, czytając go na dziedzińcu dworu lorda Guillaume’a, odniosła wrażenie, iż słowa biskupa przesycone są bólem i rozpaczą.

— „…jeśli śmierć zajrzy im w oczy, a nie będzie w pobliżu kapłana, który mógłby wysłuchać ich spowiedzi, niech wyznają sobie nawzajem wszystkie grzechy. Zachęcamy was, byście to czynili, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

Skończyła czytać, lecz ani posłaniec, ani ojciec Roche nie odezwali się ani słowem. Ciekawe, czy biedak wiedział, co zawiera pismo, które kazano mu zawieźć do wszystkich parafii w diecezji, pomyślała, a następnie zwinęła pergamin i oddała go chłopcu.

— Od trzech dni jestem w drodze — poskarżył się, chowając pismo do sakwy. — Czy nie mógłbym choć trochę odpocząć?

Kivrin zrobiło się żal chłopca, ale nie chciała niepotrzebnie narażać go na niebezpieczeństwo.

— To zbyt wielkie ryzyko. Damy ci jedzenie i trochę owsa dla konia.

Ojciec Roche natychmiast ruszył w kierunku kuchni, Kivrin zaś nagle przypomniała sobie o Agnes.

— Widziałeś może na drodze małą dziewczynkę w czerwonej szubce i czepku?

— Chyba nie — odparł posłaniec. — Ale na drogach teraz aż tłoczno od ludzi. Wszyscy uciekają przed morowym powietrzem.

Ojciec Roche pojawił się z płóciennym woreczkiem wypełnionym żywnością. Kivrin ruszyła w stronę stajni, by przynieść nieco owsa dla konia, w związku z czym nie zauważyła Eliwys biegnącej od strony dworu. Kiedy ją zobaczyła, było już za późno.

— Nie! — wykrzyknęła rozpaczliwie, ale Eliwys przemknęła obok niej jak strzała i chwyciła rumaka za uzdę.

— Skąd przyjeżdżasz? — zapytała, drugą ręką szarpiąc chłopca za połę kaftana. — Widziałeś się z Gawynem, zaufanym człowiekiem mego męża?

Chłopak sprawiał wrażenie lekko wystraszonego.

— Przybywam z Bath, z posłaniem od biskupa — powiedział. Musiał mocno ściągnąć wodze, ponieważ koń szarpał niespokojnie łbem, próbując uwolnić się z uchwytu kobiety.

— Z jakim posłaniem? Czy to wiadomość od Gawyna?

— Nie znam tego człowieka.

Kivrin postanowiła odwrócić jej uwagę.

— Lady Eliwys…

Jednak Eliwys nie dawała za wygraną.

— Gawyn ma czarnego ogiera ze srebrnymi sznureczkami wplecionymi w grzywę. Pojechał do Bath, by odszukać mego męża, który występuje jako świadek przed sądem.