Выбрать главу

— Nikt teraz nie jedzie do Bath. Kto żyw ucieka z miasta, byle dalej od choroby.

Eliwys zachwiała się nagle i gdyby nie trzymała się kurczowo uzdy, przypuszczalnie osunęłaby się na ziemię.

— Nie ma sądu, nie obowiązują żadne prawa — ciągnął chłopiec. — Martwi leżą na ulicach, a kto choćby na nich spojrzy, też wkrótce umiera. Niektórzy twierdzą, że to koniec świata.

Kobieta cofnęła się o krok, potrząsnęła głową jak po silnym uderzeniu, po czym skierowała pełne nadziei spojrzenie na Kivrin i księdza.

— A więc z pewnością wkrótce tu będą! — Ponownie spojrzała na posłańca. — Jesteś pewien, że nie spotkałeś ich po drodze? Gawyn ma czarnego ogiera…

— Widziałem wiele czarnych ogierów.

Usiłował ruszyć koniem w kierunku ojca Roche’a, lecz Eliwys nie ustąpiła mu z drogi.

Widząc, co się dzieje, ksiądz rzucił mu worek z jedzeniem; chłopak złapał go w locie, po czym zawrócił wierzchowca, mało nie przewracając Eliwys, która wciąż stała bez ruchu jak sparaliżowana.

Kivrin złapała za uzdę.

— Nie wracaj do biskupa.

Szarpnął wodze. Z każdą chwilą sprawiał wrażenie coraz bardziej wystraszonego, ale sądząc po jego minie, Kivrin budziła w nim znacznie większy lęk niż Eliwys.

— Jedź na północ — powiedziała z naciskiem. — Zaraza jeszcze tam nie dotarła.

Cofnął rumaka, uderzył go wodzami i ruszył galopem ku bramie.

— Trzymaj się z dala od uczęszczanych dróg! — zawołała za nim. — I z nikim nie rozmawiaj!

Przemknął przez bramę, a chwilę potem zniknął im z oczu. Eliwys wciąż stała jak posąg.

— Chodźmy — zwróciła się do niej Kivrin. — Musimy poszukać Agnes.

— Widocznie mój mąż i Gawyn pojechali najpierw do Courcy, żeby ostrzec sir Bloeta — powiedziała bezbarwnym tonem, po czym nie stawiając oporu pozwoliła zaprowadzić się do domu.

Kivrin posadziła ją przy ogniu, a następnie zajrzała do stodoły, lecz zamiast Agnes znalazła swój płaszcz, który przeleżał tam od Wigilii. Narzuciwszy go na ramiona sprawdziła jeszcze na stryszku, potem zaś przeszukała gorzelnię. W tym samym czasie ojciec Roche zaglądał po kolei do pozostałych pomieszczeń, ale bez rezultatu. Podczas rozmowy z posłańcem zerwał się zimny wiatr, który przyniósł wyraźny zapach śniegu.

— Może jest w domu? — zastanawiał się na głos ojciec Roche. — Sprawdziliście za fotelem?

Ponownie przeszukała izbę, stryszek oraz pokój na piętrze. Maisry leżała tam, gdzie Kivrin ją zostawiła, kwiląc cichutko; z trudem zapanowała nad pokusą, by podejść do nieudolnej służącej i z całej siły kopnąć ją w bok. Zamiast tego zapytała lady Imeyne, w dalszym ciągu klęczącą w kącie, kiedy ostatnio widziała Agnes.

Stara kobieta w dalszym ciągu modliła się, poruszając bezgłośnie ustami i nie zwracając na nią najmniejszej uwagi.

Rozjuszona Kivrin bezceremonialnie potrząsnęła nią za ramię.

— Widzieliście ją, czy nie?

Dopiero teraz Imeyne odwróciła się i wlepiła w nią spojrzenie błyszczących oczu.

— To ona jest winna! — syknęła.

— Agnes?! — wykrzyknęła z oburzeniem Kivrin. — Co wy wygadujecie? Jak może być czemukolwiek winna?

Stara kobieta pokręciła głową i przeniosła wzrok na Maisry.

— Bóg każe nas za opieszałość tej dziewki.

Kivrin z najwyższym trudem zmusiła się do zachowania spokoju.

— Agnes zniknęła, a wkrótce zacznie się ściemniać. Musimy odszukać ją przed zapadnięciem zmroku. Wiecie może, dokąd poszła?

— To kara boska… — wyszeptała lady Imeyne, a następnie odwróciła się z powrotem twarzą do ściany.

Istotnie robiło się coraz ciemniej, na domiar złego wiatr z każdą chwilą przybierał na sile. Kivrin wybiegła z dworu, przemknęła między zabudowaniami gospodarczymi i wyszła na błonie.

Sceneria przypominała tę, jaką ujrzała owego dnia, gdy po raz pierwszy wyruszyła na poszukiwanie miejsca przeskoku. Różnica polegała tylko na tym, że nigdzie, jak okiem sięgnąć, nie było żywego ducha. Miała wrażenie, iż wiatr chwyta ją za ubranie niewidzialnymi pazurami, czyniąc wszystko, by zatrzymać ją w miejscu. Wraz z jego podmuchami gdzieś z daleka, z północnego wschodu, dobiegało dostojne, żałobne bicie dzwonu.

Właśnie: Agnes była przecież zafascynowana dzwonami. Kivrin wsunęła się do dzwonnicy i choć wystarczył jeden rzut oka, aby stwierdzić, że w środku jest pusto, kilka razy zawołała dziewczynkę, po czym wyszła na zewnątrz i bezradnie rozejrzała dokoła, zastanawiając się, gdzie jeszcze mogłaby sprawdzić.

Na pewno nie w chatach. Cmentarz? Po co Agnes miałaby przychodzić na cmentarz? Oczywiście: żeby odwiedzić pieska. Kivrin nie powiedziała jej, że pochowała szczeniaka na skraju lasu, było więc całkiem logiczne, iż mała będzie szukać mogiły na cmentarzu. Co prawda między przysypanymi śniegiem nagrobkami nic się nie poruszało, niemniej jednak Kivrin weszła na teren przykościelnego cmentarza.

Niemal natychmiast zauważyła ślady maleńkich bucików prowadzące od grobu do grobu, potem zaś kierujące się ku północnej ścianie kościoła. Jej wzrok powędrował w stronę wzgórza i majaczącej na szczycie wyniosłości ściany lasu. A jeśli mała postanowiła pospieszyć z pomocą dziewczynce, która nie posłuchała ojca i zabłądziła w lesie?

Pobiegła co sił w nogach, ale na szczęście po drugiej stronie budowli przekonała się, że ślady zakręcają i prowadzą do wejścia do świątyni. Kivrin pchnęła drzwi. W kościele było prawie zupełnie ciemno i znacznie zimniej niż na dworze.

— Agnes?

Nikt nie odpowiedział, ale od strony ołtarza dobiegł ledwo uchwytny szelest, jakby przestraszony szczur pospiesznie umknął w jakiś zakamarek.

— Agnes!

Zajrzała za grobowiec, za filary.

— Agnes, jesteś tam?

— To ty, Kivrin? — zapytał cichy, drżący głosik.

— Agnes! — Pobiegła w jego kierunku. — Gdzie jesteś, maleńka? Znalazła ją u stóp posągu św. Katarzyny, skuloną wśród niedopalonych ogarków. Dziewczynka tuliła się do kamiennych szat świętej, drżąc z zimna i wpatrując się w ciemność szeroko otwartymi, mokrymi od łez oczami. Te łzy, które już zdążyły popłynąć, zostawiły wyraźne ślady na umorusanych, zaczerwienionych policzkach.

— Kivrin! — wykrzyknęła, po czym rzuciła się jej w ramiona.

— Co tu robisz? — zapytała Kivrin na poły z gniewem na poły z ulgą, i przytuliła ją mocno. — Wszędzie cię szukaliśmy!

Mała przycisnęła główkę do jej piersi.

— Schowałam się — wyznała szeptem. — Chciałam pokazać wózeczkowi grób mojego pieska, ale nie mogłam go znaleźć, a potem potknęłam się i przewróciłam, i wołałam cię, ale ty nie przyszłaś.

Otarła nos rękawem.

— Nie miałam pojęcia, że tu jesteś, kochanie — powiedziała Kivrin, gładząc dziecko po włosach. — Przed kim się schowałaś?

— Przed zbójem!

Kivrin zmarszczyła brwi.

— Przed jakim zbójem?

Ciężkie drzwi kościoła otworzyły się powoli. Agnes tak mocno zacisnęła ramiona wokół szyi Kivrin, że ta z trudem mogła złapać oddech.

— To on! — pisnęła z przerażeniem dziewczynka. — Zbój! Idzie po mnie!

— Tu jestem, ojcze! — zawołała Kivrin. — Znalazłam ją. — Drzwi zamknęły się, w świątyni zaś rozległy się ciężkie męskie kroki. — Uspokój się, to tylko ojciec Roche — powiedziała do Agnes. — On też cię szukał. Nie wiedzieliśmy, co się z tobą stało.