Выбрать главу

Uchwyt trochę zelżał.

— Maisry powiedziała, że przyjdzie okrutny zbój i zabierze mnie do lasu.

Mocno zadyszany ojciec Roche wyłonił się z mroku. Dziewczynka ponownie przytuliła się mocno do Kivrin.

— Czy ona jest chora? — zapytał z niepokojem.

— Chyba nie, ale na pewno zmarzła. Okryj ją moim płaszczem, ojcze.

Ksiądz nieporadnie zdjął płaszcz z ramion Kivrin i otulił nim dziewczynkę.

— Schowałam się przed zbójem — poinformowała go Agnes.

— Przed jakim zbójem?

— Przed tym, który nastraszył Kivrin w kościele. Maisry powiedziała, że jeśli ten zbój mnie złapie, umrę na siną chorobę.

— Nie bój się, tu nie ma żadnych zbójów — próbowała ją uspokoić Kivrin, myśląc jednocześnie: Niech no tylko dopadnę Maisry, to porachuję jej wszystkie kości.

Wyprostowała się, wciąż trzymając Agnes w objęciach. Mała znowu zacisnęła mocniej ramiona wokół jej szyi. Tymczasem ojciec Roche dotarł do bocznych drzwi i otworzył je na oścież. Do mrocznego wnętrza świątyni wdarła się smuga niebieskawego, przyćmionego światła.

— Powiedziała mi, że złapał mojego pieska — dodała Agnes, szczękając zębami. — Mnie nie znalazł, bo dobrze się schowałam.

Kivrin przypomniała sobie martwego szczeniaka i zrobiło jej się słabo z niepokoju. Nie, przemknęło jej przez głowę, kiedy szybkim krokiem zmierzała w kierunku dworu. To niemożliwe. Mała drży dlatego, że zbyt długo przebywała w lodowatym kościele, a policzki ma gorące wyłącznie od płaczu.

Zapytała dziewczynkę, czy boli ją głowa.

Agnes tylko poruszyła główką, lecz nie sposób było stwierdzić, czy miało to być skinięcie, czy potrząśnięcie. Na pewno wszystko jest w porządku, powtarzała Kivrin w duchu, ale na wszelki wypadek jeszcze przyspieszyła kroku. Ojciec Roche podążał jak cień tuż za nią.

— Nie poszłam do lasu — oświadczyła niespodziewanie Agnes, kiedy dotarli do domu. — Tamta dziewczynka poszła i potem nie mogła wrócić. Prawda?

— Tak — powiedziała Kivrin, sadzając ją na ławie przy ogniu. — Ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Ojciec znalazł ją i zaprowadził do domu, a potem żyli długo i szczęśliwie.

Zdjęła małej czepek.

— I już nigdy nie chodziła sama do lasu — uzupełniła Agnes.

— Nigdy. — Kivrin ściągnęła jej przemoczone buciki, po czym rozpostarła płaszcz na podłodze tuż przy palenisku. — A teraz musisz się położyć. Zaraz przyniosę ci gorącą zupkę.

Dziewczynka posłusznie ułożyła się na posłaniu, Kivrin zaś otuliła ją najlepiej jak mogła i poszła po zupę. Okazało się jednak, że Agnes nie jest głodna, a kilka minut później spała już głębokim snem.

— Przeziębiła się, nic więcej — powtarzała Kivrin Eliwys i ojcu Roche’owi. — Zbyt długo była na dworze. To na pewno tylko zwykłe przeziębienie.

Niemniej jednak, kiedy tylko ojciec Roche poszedł odmówić nieszpór, starannie obejrzała małą, szczególną uwagę poświęcając pachom, pachwinom oraz szyi. Fakt, że nigdzie nie znalazła ani śladu zmian, podziałał na nią uspokajająco.

Ojciec Roche wrócił zbyt szybko, a poza tym nie zadzwonił na nieszpór, więc chyba zrezygnował z odmówienia modlitwy. Przyniósł za to mocno sfatygowaną kołdrę, przypuszczalnie ze swojego posłania, złożył ją starannie, umościł na podłodze i przeniósł na nią pogrążone we śnie dziecko.

Tymczasem rozdzwoniły się inne dzwony: w Oxfordzie, Godstow, a także ten z południowego zachodu. Milczały natomiast bliźniacze dzwony z Courcy. Kivrin spojrzała z niepokojem na Eliwys, lecz ta chyba niczego nie słyszała; siedziała nieruchoma jak posąg, z twarzą zwróconą w kierunku sieni.

Dzwony z Courcy odezwały się dopiero wtedy, kiedy umilkły wszystkie pozostałe, lecz uderzały wolniej niż zwykle, ich dźwięk zaś wydawał się dziwnie stłumiony.

— Czyżby ktoś tam umarł? — zapytała ojca Roche’a.

— Nie — odparł, wpatrując się w Agnes. — Dzisiaj jest święto.

Święto… Zupełnie straciła rachubę czasu. Wysłannik biskupa odjechał rankiem w Boże Narodzenie, po południu okazało się, że pisarz ma dżumę, potem zaś wszystko połączyło się w jeden, potwornie długi, koszmarny dzień. Teraz dopiero się zorientowała, że minęły już cztery dni.

Pragnęła zjawić się w XIV wieku akurat w okolicy Bożego Narodzenia, ponieważ wypadało wtedy tyle świąt, że łatwo można było ustalić datę, a to miało ogromne znaczenie ze względu na konieczność stawienia się w miejscu przeskoku dokładnie tego dnia, na który został wyznaczony termin powrotu. Tymczasem Gawyn pojechał do Bath po pomoc, wysłannik biskupa zabrał wszystkie konie, ona zaś wciąż nie wiedziała, gdzie jest miejsce przeskoku.

Eliwys podniosła się z ławy i przez chwilę nasłuchiwała z wyrazem skupienia na twarzy.

— Czy to dzwony z Courcy? — zapytała wreszcie kapłana.

— Tak, ale nie macie się czego obawiać. Dziś jest Dzień Młodzianków.

Obchodzony na pamiątkę rzezi niewiniątek, pomyślała Kivrin, spoglądając na Agnes. Dziewczynka spała jak kamień i przestała drżeć, choć wciąż miała gorące czoło i policzki.

Po drugiej stronie barykady rozległ się jakiś hałas. Okazało się, że kucharka usiłowała podnieść się z posłania, ale straciła równowagę, klapnęła na nie z rozmachem, teraz zaś wodziła dokoła nieprzytomnym wzrokiem.

— Muszę wracać do domu… — wychrypiała.

Kivrin zdołała jakoś uspokoić kucharkę, ale kiedy chciała przynieść kobiecie wody, okazało się, że wiadro jest puste, chwyciła je więc i ruszyła do drzwi.

— Powiedz Kivrin, żeby do mnie przyszła — odezwała się głośno i wyraźnie Agnes, siadając na posłaniu.

Kivrin odstawiła wiadro, po czym uklękła przy dziewczynce.

— Jestem tutaj, maleńka.

Agnes obrzuciła ją nieprzyjaznym spojrzeniem, a jej twarz pociemniała ze złości.

— Jeśli Kivrin mnie nie obroni, zbój zabierze mnie do lasu — oświadczyła. — Musi tu przyjść, i to prędko!

ZAPIS Z KSIĘGI SĄDU OSTATECZNEGO
(073453–074912)

Przegapiłam dzień powrotu. Opiekując się Rosemundą straciłam rachubę czasu, potem szukałam Agnes, a zresztą i tak nie mam pojęcia, gdzie jest miejsce przeskoku.

Na pewno okropnie się pan zdenerwował, panie Dunworthy. Myśli pan, że wpadłam w ręce morderców i bandytów; w pewnym sensie ma pan rację. Teraz dopadli Agnes.

Ma wysoką temperaturę, lecz ani jednej dymienicy, nie wymiotuje też ani nie kaszle. Tylko gorączka. Nie poznaje mnie i bez przerwy powtarza moje imię. Próbowaliśmy zmniejszyć gorączkę okładając małą zimnymi kompresami, ale efekty były niewielkie.

(przerwa)

Zachorowała lady Imeyne. Ojciec Roche znalazł ją dziś rano na podłodze w kącie izby. Przypuszczalnie przeleżała tam całą noc. Od dwóch dni nie kładła się spać, tylko klęczała odwrócona twarzą do ściany i modliła się o ocalenie dla siebie oraz innych bogobojnych, przyzwoitych ludzi.

Jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Ma dżumę płucną. Okropnie kaszle, a od czasu do czasu wymiotuje śluzem zmieszanym z krwią.

Nie pozwoliła się nikomu dotknąć.

— To wszystko jej wina — powiedziała do ojca Roche’a, wskazując na mnie. — Spójrz na jej włosy i ubranie. Żadna przyzwoita niewiasta nie pokazałaby się w takim stroju.

Mam na sobie jakieś portki i chłopięcy kaftan, który znalazłam na strychu. Musiałam zdjąć suknię, kiedy zwymiotowała na nią lady Imeyne, koszulę zaś podarłam na bandaże.