Ojciec Roche usiłował napoić starą kobietę naparem z wierzbowej kory, ale wypluła wszystko na podłogę.
— Skłamała mówiąc, że napadnięto ją w lesie — wycedziła, przeszywając mnie nienawistnym spojrzeniem. — Została tu przysłana, żeby nas zabić.
Ojciec Roche otarł z jej ust i podbródka ślinę wymieszaną z krwią.
— To choroba sprawia, że mówicie takie rzeczy — odparł łagodnym tonem.
— Przysłano ją, żeby nas otruła — twierdziła uparcie Imeyne. — Otruła już dzieci mego syna, a teraz próbuje zrobić to samo ze mną, ale nie uda jej się, bo nie będę nic jadła ani piła!
— Cii… Nie wolno źle mówić o tych, którzy starają się pomóc.
Gwałtownie potrząsnęła głową.
— Ona chce nas wszystkich zabić! Musicie czym prędzej spalić ją na stosie. To służebnica Szatana!
Po raz pierwszy, odkąd go poznałam, stracił panowanie nad sobą. Przez chwilę wyglądał niemal jak rzezimieszek, za którego wzięłam go w chorobie.
— Gadacie bzdury! — parsknął z wściekłością. — Sam Bóg w Swej niezmierzonej dobroci przysłał ją tutaj, by niosła nam pomoc w nieszczęściu!
Jakżebym chciała, żeby tak właśnie było, żebym mogła im pomóc. Niestety, nie mogę. Agnes wciąż wzywa mnie na pomoc, Rosemunda leży nie dając znaku życia, pisarz sczerniał jak kawałek drewna rzucony w ogień, a ja wiem, że nic nie jestem w stanie zrobić. Zupełnie nic.
Choruje już cała rodzina rządcy. Dymienicę ma tylko najmłodszy syn, Lefric; kazałam go tu przynieść i przecięłam opuchliznę. Pozostałych musiałam zostawić na łasce losu. Wszyscy mają dżumę płucną.
Umarło niemowlę.
Odezwały się dzwony w Courcy. Dziewięć uderzeń. Kto umarł? Wysłannik biskupa? Tłusty mnich? A może sir Bloet? Mam nadzieję, że to on.
Okropny dzień. Po południu umarli żona rządcy oraz chłopiec, który uciekł na mój widok tego dnia, kiedy szukałam miejsca przeskoku. Rządca poszedł wykopać groby, choć ziemia jest tak zmarznięta, że nie mam pojęcia, jak zamierza to zrobić. Rosemunda i Lefric czują się znacznie gorzej, szczególnie ona; prawie nie może przełykać, a puls ma słaby i nieregularny. W porównaniu z nią Agnes jest w całkiem niezłym stanie, choć nadal gorączkuje. Ojciec Roche nie poszedł do kościoła, tylko odmówił nieszpór w izbie, a potem powiedział:
— Dobry Jezu, wiem, że pomagasz nam jak możesz, lecz mimo to nie dajemy sobie rady z okrutną zarazą. Twoja święta służebnica Katarzyna twierdzi, że to zwykła choroba, ale czy tak jest naprawdę? Nie przenosi się przecież z człowieka na człowieka, tylko jest wszędzie jednocześnie!
Ma rację.
Umarł Ulf Powroźnik.
I Sibbie, córka rządcy.
Joan, jego druga córka.
Kucharka. (Nawet nie wiem, jak miała na imię.)
I Walthef, najstarszy syn rządcy.
Choruje albo już umarło ponad pięćdziesiąt procent mieszkańców wsi. Ocal chociaż Eliwys. I ojca Roche’a.
29.
Wzywał pomocy, ale nikt się nie zjawił, więc doszedł do wniosku, że wszyscy pomarli i został tylko on, zupełnie sam, jak ten mnich John Clyn z zakonu braci mniejszych. „Czekając na przyjście śmierci…” Szukał przycisku, żeby wezwać pielęgniarkę, lecz nie mógł go znaleźć. Na szafce przy łóżku stał ręczny dzwonek; sięgnął po niego i nawet zdołał zacisnąć palce na uchwycie, ale kiedy spróbował przyciągnąć go bliżej, dzwonek wyślizgnął mu się z ręki i spadł na podłogę. Rozległo się donośne, przerażające brzęknięcie, podkład dźwiękowy z koszmarnego snu, ale nawet wtedy nikt się nim nie zainteresował.
Kiedy obudził się po raz drugi, dzwonek stał znowu na szafce, z czego wynikało, że ktoś jednak tutaj zagląda. Leżał bez ruchu, wpatrując się z natężeniem w sufit i zastanawiając się jak długo spał. Przypuszczalnie bardzo długo, choć chwilowo nie sposób było stwierdzić nic na pewno. Do pokoju sączyło się dzienne, lekko przyćmione światło, ale sprzęty nie rzucały cienia, więc równie dobrze mogło być późne popołudnie jak wczesny ranek. W zasięgu wzroku nie miał żadnego zegara, nie czuł się zaś jeszcze na siłach, by odwrócić się i spojrzeć na aparaturę ustawioną za łóżkiem. Widział tylko górną część okna, ale i to wystarczyło, by stwierdzić, że niebo jest zachmurzone i pada deszcz. Padało też wtedy, kiedy szedł do Brasenose; może więc wciąż jest to samo popołudnie? Może tylko zasłabł i ocknął się wkrótce po tym, jak przywieziono go do szpitala na obserwację?
— „Wam uczynię to samo” — powiedział ktoś tuż obok.
Odruchowo sięgnął do kieszeni po okulary, ale nie znalazłani kieszeni, ani okularów.
— „Sprowadzę na was strach, suchoty i malarię”.
To pani Gaddson siedziała na krześle przy łóżku i czytała Biblię. Była bez białego fartucha i nie miała maski na twarzy.
— „A kiedy, zrozpaczeni i przerażeni, zgromadzicie się w miastach, na próżno szukając ratunku, ześlę na was zarazę”.
— Jaki mamy dziś dzień? — zapytał.
Przerwała, spojrzała na niego ze zdziwieniem, po czym jakby nigdy nic wróciła do lektury:
— „I zostaniecie wszyscy wydani na pastwę nieprzyjaciół waszych”.
Chyba jednak nie minęło zbyt wiele czasu, bo kiedy ostatnio szedł do Badriego, widział ją czytającą pacjentom fragmenty Pisma Świętego. Możliwe nawet, że wciąż jest to samo popołudnie i lada chwila zjawi się Mary, by wyrzucić ją z pokoju.
— Może pan przełykać? — zapytała pielęgniarka, pojawiając się w jego polu widzenia. Była to ta sama wiekowa osoba, z którą zetknął się w dziale zaopatrzenia. — Pora na lekarstwo. Może pan przełykać?
Otworzył usta, a ona położyła mu kapsułkę na języku, po czym nachyliła się i uniosła mu głowę, aby łatwiej było mu napić się z plastikowej szklanki. Wykrochmalony fartuch szeleścił przy każdym ruchu.
— Połknął pan?
Co prawda kapsułka utknęła mu w połowie przełyku, niemniej jednak skinął głową. Wysiłek okazał się tak wielki, że aż zrobiło mu się ciemno przed oczami.
— Znakomicie. W takim razie to nie będzie już nam potrzebne.
Odkleiła mu coś od przedramienia.
— Która godzina? — zapytał, starając się nie zakrztusić lekarstwem.
— Na pewno właściwa, żeby trochę odpocząć — odparła, mrużąc oczy dalekowidza i spoglądając na monitory nad jego głową.
— A jaki dzień? — wyszeptał, lecz pielęgniarki już przy nim nie było. — Jaki mamy dziś dzień? — zapytał panią Gaddson, ale ona także zniknęła.
Z każdą chwilą coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że minęło niewiele czasu. Wciąż miał gorączkę i bolała go głowa, co zazwyczaj oznaczało wczesne stadium grypy. Być może zachorował zaledwie kilka godzin temu. Być może stracił zaledwie godzinę lub dwie, obudził się zaś zaraz po tym, jak umieszczono go w izolatce, zanim ktokolwiek zdążył podłączyć dzwonek alarmowy albo dać mu środek obniżający temperaturę.
— Pora na lekarstwo — powiedziała pielęgniarka.
Tym razem była to ładna blondynka, która wypytywała go o Williama Gaddsona.