— Dopiero co brałem.
— To było wczoraj. No, szybciutko. Szkoda czasu.
Student pierwszego roku medycyny, który pełnił dyżur przed pokojem Badriego, powiedział mu, że dziewczyna zachorowała.
— Myślałem, że pani jest chora…
— Bo byłam, ale wyzdrowiałam. Pan też wkrótce wyzdrowieje.
Delikatnie uniosła mu głowę, położyła pastylkę na językui podała wodę do popicia.
— Którego dziś mamy?
— Jedenasty stycznia — odparła po krótkim zastanowieniu. — Trudno się zorientować, bo pod koniec wszystko stanęło na głowie. Zrobiło się takie zamieszanie, jakiego w życiu nie widziałam. Prawie cały personel rozłożył się na grypę, a ci, co nie zachorowali, pracowali dwadzieścia cztery godziny na dobę. Chyba straciłam rachubę czasu.
Wystukała coś na klawiaturze, po czym ze zmarszczonymi brwiami spojrzała na ekran.
W głębi duszy wiedział, co się stało, jeszcze zanim ją zapytał. Ba, zanim wyciągnął rękę do dzwonka. Gorączka sprawiła, że wszystkie wypełnione majaczeniami dnie i noce zlały się w jedno popołudnie, ale tym razem ciało dowiodło swej wyższości nad umysłem, ponieważ w kościach, mięśniach i skórze zachowało się wspomnienie minionych godzin. Właśnie dlatego podświadomie spodziewał się najgorszych wiadomości.
Minął termin powrotu Kivrin.
Nie było żadnego terminu, pomyślał z goryczą. Gilchrist wyłączył sieć. Nawet gdybym nie zachorował, nic by to nie zmieniło. Laboratorium było zamknięte, sieć nieczynna, nic nie można zrobić.
Jedenasty stycznia… Jak długo Kivrin czekała w miejscu przeskoku? Dzień? Dwa? Trzy? Czy potem zaczęła podejrzewać, że pomyliła datę albo miejsce? Czy spędziła pod rząd kilka nocy przy drodze z Bath do Oxfordu, kuląc się z zimna, ponieważ nie rozpaliła ognia z obawy, że w ten sposób zwróci na siebie uwagę zbójców, dzikich zwierząt albo wieśniaków uciekających przed zarazą? Kiedy uświadomiła sobie wreszcie, że nikt się po nią nie zjawi?
— Ma pan jakieś życzenia? — zapytała pielęgniarka, poprawiając kroplówkę.
— Czy może pani dać mi coś na sen?
— Oczywiście.
— To dobrze — odparł z wdzięcznością i zamknął oczy.
Obudziwszy się nie wiedział, czy przespał kilka godzin, dzień czy cały rok. Pokój wyglądał tak samo, skrawek nieba za oknem i tylko zamiast pani Gaddson przy łóżku siedział Colin pogrążony w lekturze książki, którą dostał od niego na Gwiazdkę. Chłopiec poruszał miarowo szczęką. Ciekawe, czy wciąż żuje tę samą gumę, przemknęło Dunworthy’emu przez głowę.
— O kurczę! — Colin zatrzasnął z hukiem książkę. — Ta okropna pielęgniarka pozwoliła mi wejść tutaj pod warunkiem, że pana nie obudzę. Nie obudziłem pana, prawda? Powie jej pan, że sam się pan obudził? — Wyjął gumę z ust, obejrzał pobieżnie i wetknął do kieszeni. — Widział ją pan? Wygląda tak, jakby urodziła się w średniowieczu. Jest chyba jeszcze gorsza niż pani Gaddson.
Dunworthy przyglądał mu się uważnie. Chłopiec miał na sobie nową zieloną kurtkę, przy której szary wełniany szalik owinięty niedbale wokół szyi sprawiał jeszcze bardziej ponure wrażenie, niż można było sobie wyobrazić. Colin także wyglądał znacznie poważniej, jakby bardzo wydoroślał w ciągu tych kilkunastu dni.
Chłopiec zmarszczył brwi.
— To ja, Colin. Poznaje mnie pan?
— Oczywiście. Dlaczego nie masz maski na twarzy?
Colin uśmiechnął się szeroko.
— Bo nie muszę. Nikogo pan już nie zarazi, nawet gdyby pan chciał. Dać panu okulary?
Dunworthy ostrożnie skinął głową.
— Poprzednio, kiedy pan się budził, w ogóle mnie pan nie poznawał. — Otworzył szufladę nocnej szafki, przez chwilę grzebał zawzięcie, aż wreszcie znalazł okulary i wręczył je Dunworthy’emu. — Naprawdę było z panem niewesoło. Myślałem już, że kopnie pan w kalendarz. Wydawało się panu, że jestem Kivrin.
— Który dziś dzień?
— Dwunasty — odparł chłopiec ze zniecierpliwieniem. — Przecież pytał pan już dzisiaj rano. Nie pamięta pan?
Dunworthy założył okulary.
— Nie.
— W ogóle nic pan nie pamięta?
Pamiętam, że zawiodłem Kivrin, pomyślał. I że zostawiłem ją w samym środku Czarnej Śmierci.
Colin przysunął się z fotelem i położył książkę na krawędzi łóżka.
— Pielęgniarka mówiła mi, że przez tę gorączkę może pan nic nie pamiętać. — W jego głosie dało się jednak słyszeć lekką pretensję, jakby mimo wszystko uważał, iż Dunworthy ponosi część odpowiedzialności za taki stan rzeczy. — Nie chciała mnie tu wpuścić ani powiedzieć jak się pan czuje. Moim zdaniem to nie w porządku. Człowiek siedzi jak głupi w poczekalni, a oni tylko powtarzają w kółko, że nic nie możesz pomóc i żebyś poszedł do domu, a kiedy zapytasz o coś, mówią: „Lekarz zaraz przyjdzie i wszystko wyjaśni”, ale on oczywiście nie przychodzi. Traktują cię jak dziecko, a przecież kiedyś i tak wszystkiego się dowiesz, prawda? Wie pan, co ta jędza zrobiła dziś rano? Po prostu wyrzuciła mnie za drzwi! I wie pan, co powiedziała? „Pan Dunworthy jest poważnie chory i nie można go niepokoić”. Tak jakbym nie miał nic lepszego do roboty, tylko pana niepokoić!
Mówił to wszystko z oburzeniem, ale jednocześnie sprawiał wrażenie wycieńczonego zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. To zrozumiałe, pomyślał Dunworthy. Godzinami włóczył się po korytarzach, przesiadywał w poczekalni, nagabywał kogo się da. Nic dziwnego, że wydoroślał.
— A pani Gaddson powiedziała mi przed chwilą, że mogę panu przekazywać wyłącznie dobre wiadomości, bo złe na pewno pana zabiją, i to będzie naturalnie moja wina.
— Widzę, że pani Gaddson niestrudzenie stara się podtrzymywać nas na duchu — zauważył z uśmiechem Dunworthy. — Zapewne nie ma żadnych nadziei na to, żeby zachorowała?
Colin wybałuszył oczy.
— Zachorowała? A jakim cudem? Przecież epidemia już się skończyła. W przyszłym tygodniu mają odwołać kwarantannę.
Oznaczało to, iż monity Mary odniosły jednak skutek i dostarczono leki zwalczające tę odmianę wirusa, a także szczepionkę. Ciekawe, czy dotarły w porę, żeby uratować Badriego… Nagle przyszło mu do głowy, iż być może to właśnie była ta zła wiadomość, o której myślała pani Gaddson. Gdyby ktoś zapytał go o zdanie, to najgorszą wiadomość już mu przekazano: minęła ustalona data powrotu Kivrin i dziewczyna została w średniowieczu.
— W takim razie czekam na dobre wieści — powiedział.
— Od dwóch dni nikt nie zachorował, a wczoraj dotarł transport z zaopatrzeniem, więc wreszcie jemy jak ludzie.
— Widzę, że dostarczono też nowe ubrania.
Colin zerknął z roztargnieniem na rękaw kurtki.
— Ach, to… Dostałem ją od matki na Gwiazdkę. Przysłała prezenty po… — Umilkł, wzruszył ramionami, po czym dokończył: — W paczce były też filmy do przeglądarki i maski do nalepiania na twarz.
Ciekawe, czy wysłała to wszystko dopiero wtedy, kiedy dowiedziała się z telewizji, że epidemia ma się ku końcowi, pomyślał Dunworthy. I co Mary miała do powiedzenia na ten temat.
Colin podniósł się z fotela.
— Proszę spojrzeć: zapina się automatycznie. Wystarczy dotknąć guzika, o, tak… Teraz nie będzie pan musiał powtarzać mi bez przerwy, żebym zapiął kurtkę.
Głośny szelest oznajmił, że do pokoju weszła wiekowa pielęgniarka.
— Więc jednak obudził pana? — zaskrzeczała, mierząc chłopca nieprzychylnym spojrzeniem.
— A nie mówiłem? — mruknął Colin pod nosem, głośno zaś powiedział: — Wcale nie, siostro. Siedziałem cicho jak mysz pod miotłą. Prawda, panie Dunworthy?