— Nie obudził mnie i wcale mi nie przeszkadza — oświadczył, uprzedzając kolejne pytanie pielęgniarki. — Przekazuje mi wyłącznie dobre wiadomości.
— Nie powinien pan słuchać żadnych wiadomości, wszystko jedno, dobrych czy złych, tylko odpoczywać — poinformowała go surowym tonem, po czym zawiesiła na stojaku kolejną kroplówkę z przezroczystą cieczą. — Jest pan zbyt poważnie chory, żeby przyjmować gości.
Delikatnie, ale stanowczo, zaczęła popychać Colina w kierunku drzwi.
— Skoro tak bardzo troszczycie się o pacjentów, to czemu wpuszczacie tu panią Gaddson i pozwalacie, żeby czytała im Biblię? — zaprotestował chłopiec. — Wybiera takie fragmenty, że każdego wpędziłaby do grobu! — Zaparł się w drzwiach. — Przyjdę jutro, panie Dunworthy. Przynieść coś panu?
— Dziękuję, nie trzeba. Co z Badrim?
Odruchowo zacisnął ręce na krawędziach łóżka, przygotowując się na najgorsze.
— Wszystko w porządku. Już prawie wyzdrowiał, ale miał lekki nawrót, choć i tak czuje się całkiem nieźle. Koniecznie chce się z panem zobaczyć.
Zamierzał odpowiedzieć, że nie widzi potrzeby, że sobie tego nie życzy, ale nie zdążył, ponieważ pielęgniarka wypchnęła Colina na korytarz i wyszła z izolatki, zamykając za sobą drzwi.
„To nie jest wina Badriego” — powiedziała Mary. Oczywiście miała rację. Przecież trudności z koncentracją stanowiły jeden z wczesnych objawów każdej grypy. Przypomniał sobie, jak nie był w stanie wystukać numeru Andrewsa oraz jak myliła się panna Piantini, opóźniając wejścia, zmieniając rytm i mrucząc co chwila pod nosem, że bardzo jej przykro.
— Mnie też jest przykro — powiedział do sufitu.
Istotnie, to nie Badri ponosił odpowiedzialność za to, co się stało, tylko on. Tak bardzo się niepokoił, czy niedoświadczony praktykant prawidłowo przeprowadził obliczenia, że w końcu zaraził technika swymi obawami i skłonił do ponownego wyliczenia współrzędnych.
Colin zostawił książkę na łóżku. Dunworthy przyciągnął ją bliżej (okazała się zdumiewająco ciężka), oparł na podstawce z zawiniętej kołdry, po czym zaczął powoli przewracać strony, aż wreszcie znalazł to, czego szukał.
Czarna Śmierć dotarła do Oxfordu w Boże Narodzenie. Natychmiast zamknięto Uniwersytet, znaczna część ludności uciekła zaś do okolicznych wsi, zanosząc tam zarazę. Ci, którzy nie chcieli albo nie mogli opuścić miasta, umierali setkami, aż wreszcie „nie pozostał nikt, kto mógłby zająć się konającymi albo pochować zmarłych”. Nieliczni, którzy pozostali przy życiu, zabarykadowali się w kilku college’ach, szukając wśród zdrowych kogoś, kogo mogliby obarczyć winą za sprowadzenie nieszczęścia.
Nawet nie zauważył kiedy zasnął; obudził się dopiero wtedy, kiedy ktoś zdjął mu okulary z nosa. Otworzywszy oczy ujrzał jasnowłosą przyjaciółkę Williama.
— Przepraszam — powiedziała z uśmiechem, chowając okulary do szuflady. — Nie chciałam pana obudzić.
— Nie szkodzi. Czy to prawda, że jest już po epidemii?
— Tak — odparła, spoglądając na wskaźniki nad jego głową. — Dosłownie w ostatniej chwili udało się ustalić pochodzenie wirusa i dostarczyć leki oraz szczepionkę. Gdyby nie to, byłoby naprawdę nieciekawie, bo według obliczeń sekcji prawdopodobieństwa wskaźnik zachorowań miał sięgnąć 85 procent, natomiast śmiertelność mogła wynieść nawet 32 procent. Jeśli dodatkowo wziąć pod uwagę, że kończyły się zapasy żywności, a połowa personelu medycznego leżała w szpitalu… Skończyło się na 19 procentach zgonów, ale kilkanaście osób wciąż znajduje się w stanie krytycznym. — Ujęła go delikatnie za przegub. — Trochę spadła panu temperatura. Miał pan naprawdę sporo szczęścia. Leki, które nam przysłano, nie działały równie skutecznie na wszystkich zarażonych. Doktor Ahrens…
Umilkła w pół zdania, Dunworthy zaś pomyślał z zaciekawieniem, co takiego mogła powiedzieć Mary.
— Miał pan dużo szczęścia — powtórzyła dziewczyna. — A teraz proszę spróbować zasnąć.
Zasnął bez najmniejszego trudu, a kiedy ponownie się obudził, ujrzał nad sobą gotową do ataku panią Gaddson z Biblią w dłoniach.
— „Sprowadzi na was wszystkie plagi egipskie” — zacytowała, kiedy tylko zobaczyła, że otworzył oczy. — „A także wszystkie choroby i zarazy, aż obrócicie się w proch”.
— „I zostaniecie wydani w ręce nieprzyjaciół waszych…” — wymamrotał.
— Słucham?
— Nic, nic.
Udało mu się jednak zbić ją z pantałyku. Przez dłuższą chwilę wertowała Pismo Święte w poszukiwaniu bardziej wstrząsających fragmentów, po czym znowu zaczęła czytać:
— „…i dlatego Pan zesłał na świat swego jednorodzonego Syna…”
Z pewnością nigdy by go nie przysłał, gdyby wiedział co się stanie, pomyślał Dunworthy. Gdyby wiedział o Herodzie, rzezi niewiniątek i Ogrodzie Oliwnym.
— Proszę przeczytać mi fragment Ewangelii według św. Mateusza — powiedział. — Rozdział 26, wiersz 39. Pani Gaddson posłała mu niechętne spojrzenie, niemniej jednak posłusznie przerzuciła kartki opasłej księgi.
— „I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami:»Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!«”
Bóg nie miał pojęcia, co się dzieje z Jego synem, myślał Dunworthy, słuchając słów Pisma Świętego. Zesłał swego jednorodzonego syna na świat, ale ktoś popełnił błąd przy obliczaniu parametrów, ktoś inny wyłączył sieć, więc Bóg nie mógł pospieszyć synowi z pomocą. Źli ludzie aresztowali go, włożyli mu na głowę cierniową koronę, a potem przybili do krzyża.
— Rozdział 27, wiersz 46.
Zacisnęła usta i przewróciła kolejną kartkę.
— Nie wydaje mi się, żeby w obecnej sytuacji akurat te fragmenty…
— Proszę czytać.
— „Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem:»Eli, Eli, lema sabachthani?«, to znaczy:»Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił«?”
Kivrin nie wiedziała, co się stało. Z pewnością przypuszczała, że zjawiła się w niewłaściwym miejscu albo o niewłaściwym czasie, że pomyliła datę, że wydarzyła się jakaś awaria… Że wszyscy ją opuścili.
— Ma pan jakieś specjalne życzenia? — zapytała pani Gaddson.
— Nie.
Pospiesznie wróciła do Starego Testamentu.
— „Będą padać od głodu, miecza i chorób…” — przeczytała z wyraźnym zadowoleniem. — „Ci zaś, co znajdą się daleko, umrą od zarazy”.
O dziwo, jednak udało mu się zasnąć, a obudziwszy się stwierdził z ulgą, że są jeszcze inne pory dnia niż nie kończące się, wciąż takie samo popołudnie. Deszcz ciągle padał, ale tym razem sprzęty rzucały wyraźne cienie, dzwony zaś wybijały godzinę czwartą. Jasnowłosa pielęgniarka zaprowadziła go do łazienki. Książka znikła; uznał, że widocznie Colin przyszedł w odwiedziny, ale nie chciał go budzić, więc tylko zabrał swoją własność, lecz kiedy dziewczyna otworzyła nocną szafkę, by wyjąć jego kapcie, ujrzał książkę leżącą na półce. Poprosił pielęgniarkę o podniesienie zagłówka, a po powrocie z łazienki założył okulary i wrócił do przerwanej lektury.
Zaraza rozprzestrzeniała się tak błyskawicznie i zbierała tak obfite żniwo, że ludzie widzieli w niej coś więcej niż zwyczajną, choć bardzo groźną, chorobę. Oskarżali trędowatych, stare kobiety oraz upośledzonych umysłowo o zatruwanie studni i rzucanie uroków. Każdy nieznajomy, każdy przybysz z odległych stron natychmiast stawał się podejrzany. W hrabstwie Sussex ukamienowano dwóch Bogu ducha winnych podróżnych, w Yorkshire natomiast spalono na stosie młodą kobietę.