Выбрать главу

— A więc tutaj jest! — wykrzyknął Colin, wchodząc do pokoju. — Bałem się, że ją gdzieś zgubiłem.

Miał na sobie nową zieloną kurtkę i, jak zwykle, był zupełnie przemoczony.

— Zaniosłem pannie Taylor skrzynki z dzwonkami do kościoła reformowanego. Leje jak z cebra.

Dunworthy poczuł ogromną ulgę, a jednocześnie ogarnął go wstyd, że wcześniej nie zapytał o zdrowie żadnej spośród osób zakwaterowanych w Balliol.

— A więc ona też wyzdrowiała?

Colin dotknął guzika i kurtka rozpięła się samoczynnie, rozpryskując dokoła wodę.

— Aha. Piętnastego grają tam jakiś koncert.

Pochylił się nad łóżkiem, ale Dunworthy pospiesznie zamknął książkę i wręczył ją chłopcu.

— A reszta zespołu? Co z panną Piantini?

— Jest jeszcze w szpitalu. Tak zeszczuplała, że na pewno by pan jej nie poznał. — Otworzył książkę. — Czytał pan o Czarnej Śmierci, prawda?

— Owszem. Mam nadzieję, że pan Finch jest cały i zdrowy?

— Jak najbardziej. Zastępuje pannę Piantini. Ostatnio bardzo się zdenerwował, bo w transporcie nie było papieru toaletowego, a podobno zużyliśmy już prawie cały zapas. Okropnie pokłócił się o to z panią Gaddson. — Chłopiec zamknął książkę i położył ja na łóżku. — Co będzie z tą pana studentką?

— Nie mam pojęcia — przyznał Dunworthy.

— Jest jakiś sposób, żeby ją stamtąd wyciągnąć?

— Obawiam się, że nie.

— Ta Czarna Śmierć to paskudna sprawa — stwierdził Colin. — Umarło tylu ludzi, że nikt ich nie grzebał. Podobno trupy walały się na ulicach.

— Nic na to nie poradzę. W chwili, kiedy Gilchrist wyłączył sieć, utraciliśmy połączenie z punktem czasoprzestrzeni, w którym się znalazła.

— Wiem, ale może jednak da się coś wymyślić?

— Niestety nie.

— Ale…

— Chyba porozmawiam z lekarzem prowadzącym, żeby ograniczył liczbę gości, którym wolno pana odwiedzać — oświadczyła wiekowa pielęgniarka, chwytając chłopca za kołnierz kurtki i ciągnąc go do drzwi.

— Proszę zacząć od pani Gaddson! — zawołał za nią Dunworthy. — A w ogóle, to chcę jak najprędzej porozmawiać z Mary!

Zamiast Mary zjawiła się Montoya. Sądząc po opłakanym stanie, w jakim znajdowało się jej ubranie, buty, a nawet włosy, dopiero co przerwała pracę przy wykopaliskach. Towarzyszący jej Colin również był cały utytłany w błocie.

— Musieliśmy zaczekać, aż ta jędza sobie pójdzie! — oznajmił konfidencjonalnym szeptem.

Montoya ogromnie schudła. Ręce zaciśnięte na poręczy łóżka przypominały szpony drapieżnego ptaka, zegarek zaś wisiał smętnie na przegubie.

— Jak pan się czuje?

— Lepiej — skłamał, spoglądając na jej ręce. Były przeraźliwie brudne, za paznokciami znajdowały się tony błota. — A pani?

— Też.

Z pewnością zaraz po wypisaniu ze szpitala wróciła na stanowisko, by kontynuować poszukiwania rejestratora, teraz zaś przyjechała prosto tutaj.

— Ona nie żyje, prawda? — zapytał.

Zacisnęła palce jeszcze mocniej, po czym puściła poręcz.

— Tak.

A więc mimo wszystko Kivrin trafiła we właściwe miejsce. Przesunięcie przestrzenne wyniosło najwyżej kilometr lub dwa, a może tylko kilkanaście metrów; w każdym razie zdołała odnaleźć drogę łączącą Bath z Oxfordem, trafiła do Skendgate… I umarła tam na grypę, którą zaraziła się jeszcze przed przeskokiem, albo z głodu i wyczerpania po przejściu zarazy, albo z rozpaczy. Nie żyła od siedmiuset lat.

— A więc znalazła pani.

Nawet nie starał się, by zabrzmiało to jak pytanie.

— Co znalazła? — zdziwił się Colin.

— Rejestrator Kivrin.

— Nie — odparła Montoya. Wcale nie poczuł ulgi.

— Ale znajdzie go pani.

Ponownie zacisnęła dłonie na poręczy, lecz mimo to nie udało jej się ukryć ich drżenia.

— Kivrin sama mnie o to poprosiła. Tego dnia, kiedy miała wyruszyć. To ona zaproponowała, żeby wszczepić rejestrator do kości łódkowatej, żeby w razie czego dotrwał do naszych czasów. „Pan Dunworthy za bardzo się wszystkim przejmuje”, powiedziała, „ale gdyby naprawdę coś poszło nie tak jak należy, spróbuję tak wszystko zorganizować, by pochowali mnie na cmentarzu w Skendgate, żeby…” — Montoya umilkła, odchrząknęła, po czym dokończyła łamiącym się głosem: — „…żeby nie musiała pani przekopywać połowy Anglii”.

Dunworthy zamknął oczy.

— Czyli wcale nie macie pewności, że ona umarła! — wykrzyknął Colin. — Nie znaleźliście przecież rejestratora! Sam pan powiedział, że nie wiadomo, dokąd trafiła, więc skąd może pan wiedzieć, czy umarła?

— Przeprowadziliśmy eksperymenty ze szczurami laboratoryjnymi — odparła Montoya, wyręczając Dunworthy’ego. — Wstawialiśmy klatki do grobowca. Najpóźniej po kwadransie 75 procent szczurów było zarażonych wirusem. Kivrin pracowała przy grobowcu ponad trzy godziny, możemy więc mieć co najmniej 75 procentową pewność, że zaraziła się grypą, a jeśli weźmiemy pod uwagę ograniczone możliwości uzyskania fachowej opieki medycznej, musimy założyć, że choroba, i tak bardzo groźna, przebiegała z licznymi powikłaniami.

Ograniczone możliwości uzyskania fachowej opieki medycznej… W XIV wieku leczono ludzi pijawkami i strychniną, nikomu nawet jeszcze się nie śniło o bakteriach, wirusach, sterylizacji albo wzmacnianiu układu odpornościowego. Ci, co się nią opiekowali — zakładając, że w ogóle ktoś się o nią zatroszczył — okładali ją gorącymi kataplazmami, klepali modlitwy i upuszczali jej krew. Można było przeczytać o tym w tekstach źródłowych. „Medycy upuszczali im krew, lecz mimo to wielu umarło”.

— W tej odmianie grypy bez właściwego leczenia śmiertelność sięga 45 procent. Według obliczeń sekcji prawdopodobieństwa…

— Sekcja prawdopodobieństwa! — parsknął Dunworthy. — Czy przeprowadzali te obliczenia na podstawie danych dostarczonych przez Gilchrista?

Montoya zerknęła na Colina i groźnie zmarszczyła brwi.

— Prawdopodobieństwo, że Kivrin zaraziła się wirusem grypy, wynosi 75 procent, natomiast 68 procent, że zetknęła się z dżumą. Biorąc pod uwagę, iż dżumą zaraża się około 91 procent osób, które miały z nią kontakt oraz że śmiertelność wynosi co najmniej…

— Nie zaraziła się dżumą — przerwał jej ponownie Dunworthy. — Została zaszczepiona. Dziwne, że ani doktor Ahrens ani Gilchrist nie powiedzieli wam o tym.

Montoya znowu zerknęła na Colina, lecz tym razem chłopiec odwzajemnił się jej nieruchomym spojrzeniem. Dunworthy natychmiast zorientował się, że coś jest nie w porządku.

— Czy Gilchrist też zachorował?

Pamiętał doskonale, że tracąc przytomność w laboratorium osunął się w jego ramiona. Czyżby go wtedy zaraził?

— Pan Gilchrist umarł trzy dni temu — powiedziała Montoya bezbarwnym tonem.

— Co jeszcze kazali ci przede mną ukrywać? — zapytał, patrząc Colinowi prosto w oczy. — Czy umarł jeszcze ktoś, kogo znałem?

Montoya podniosła rękę, jakby zamierzała nie dopuścić chłopca do głosu, ale było już za późno.

— Babcia Mary — powiedział cicho Colin.

ZAPIS Z KSIĘGI SĄDU OSTATECZNEGO
(077076–078924)