Dunworthy pokręcił głową.
Finch ruszył do drzwi, ale zatrzymał się z ręką na klamce i odwrócił w jego stronę.
— Proszę przyjąć szczere wyrazy współczucia — powiedział, przestępując niepewnie z nogi na nogę. — Wiem, że doktor Ahrens i pan byliście sobie bardzo bliscy.
Bliscy? — pomyślał, kiedy za Finchem zamknęły się drzwi. Czy naprawdę byliśmy sobie bliscy? Wytężył pamięć, by przypomnieć sobie Mary pochylającą się nad nim z zatroskaną miną, podłączającą mu kroplówkę, spoglądającą na ekrany monitorów, a także Colina, w nowej zielonej kurtce i z szyją okręconą szaroburym szalikiem, mówiącego głośno: „Babcia Mary umarła. Umarła! Słyszy mnie pan?”
Bez skutku.
Pielęgniarka odprowadziła go do łóżka, podłączyła kroplówkę, a kiedy się obudził — nawet nie zauważył, że zasnął — stwierdził ze zdziwieniem, iż czuje się znacznie lepiej.
— Wreszcie wziął się do pracy pański układ odpornościowy — poinformowała go przyjaciółka Williama. — Te zastrzyki wzmacniające jednak coś dają. Mieliśmy już kilka prawie cudownych ozdrowień.
Pomogła mu dotrzeć do łazienki, po lunchu zaś oznajmiła, iż powinien udać się na przechadzkę po korytarzu.
— Im dalej pan zajdzie, tym lepiej — powiedziała, zakładając mu kapcie.
Nigdzie nie idę, pomyślał. Nie mam po co. Gilchrist wyłączył sieć.
Przykleiła mu kroplówkę do ramienia, podłączyła zasilaną przez baterię pompkę dozującą i pomogła założyć szlafrok.
— Na pewno odczuwa pan przygnębienie, ale proszę się tym nie przejmować. Po tak ciężkiej chorobie mała depresja nie jest niczym nadzwyczajnym. Minie natychmiast, kiedy tylko pański organizm odzyska równowagę chemiczną i hormonalną.
Wyprowadziła go na korytarz.
— Jeśli pan chce, może pan odwiedzić znajomych. W tej chwili mamy dwoje pacjentów z Balliol. Panna Piantini leży w sali na końcu korytarza. Pański widok z pewnością podniósłby ją na duchu.
— Czy pan Latimer… — Umilkł, a po chwili zadał zupełnie inne pytanie niż to, jakie cisnęło mu się na usta: — Czy pan Latimer jest jeszcze w szpitalu?
— Tak. Leży w trzecim pokoju po prawej stronie.
Z tonu, jakim to powiedziała, domyślił się, że z Latimerem nie jest najlepiej.
Powłócząc nogami ruszył we wskazanym kierunku. Nie odwiedził starego wykładowcy, kiedy tylko dowiedział się o jego chorobie, bo czekał na telefon od Andrewsa, potem zaś w szpitalu zabrakło sterylnych kombinezonów. Wiedział to, co powiedziała mu Mary: że Latimer jest ciężko chory i nieprzytomny.
Ostrożnie uchylił drzwi. Stary mężczyzna leżał na wznak z ramionami spoczywającymi nieruchomo na prześcieradle. Plastikowe rury łączyły piętrzącą się przy ścianie aparaturę z jego ustami i nosem, do lewego ramienia była podłączona kroplówka, cienkie włókna optyczne zdawały się wyrastać z jego klatki piersiowej i czaszki, niknąc w plątaninie innych przewodów, które spowijały go niczym pajęczyna. Część z nich zasłaniała mu twarz, lecz jemu zdawało się to wcale nie przeszkadzać.
Dunworthy wszedł do pokoju najciszej jak potrafił i stanął przy łóżku.
— Latimer? — szepnął.
Pacjent nie zareagował. Miał otwarte, zupełnie nieruchome oczy, jego twarz zaś — a raczej ta jej część, którą można było dostrzec pod rurami i kabelkami — przypominała woskową maskę. Zamarł na niej wyraz lekkiego zdziwienia połączonego ze skupieniem, jakby mężczyzna na próżno usiłował przypomnieć sobie doskonale znany fragment z Chaucera.
— Panie Latimer — powtórzył nieco głośniej Dunworthy i zerknął na ekrany. Widoczne na nich wykresy oraz liczby także nie uległy zmianie.
Do niego nic nie dociera, uświadomił sobie, po czym oparł się o stojące przy łóżku krzesło.
— Pan o niczym nie wie — powiedział drżącym głosem. — Mary nie żyje, Kivrin została w 1348, a Gilchrist wyłączył sieć.
Pofalowane linie wciąż przesuwały się obojętnie przez ekrany, kolorowe lampki migały w nie zmienionym rytmie, w okienkach wskaźników świeciły te same liczby.
— We dwóch wysłaliście ją prosto w objęcia Czarnej Śmierci, a teraz leży pan tutaj i nawet…
Tak bardzo zakręciło mu się w głowie, że musiał usiąść nakrześle.
„Mówiłem panu, że babcia umarła, ale pan był tak chory, że nic do pana nie docierało”. Colin mówił do niego, a on leżał jak Latimer, obojętny, niedostępny.
Nigdy mi tego nie wybaczy, pomyślał. Tak samo jak nigdy nie wybaczy matce, że nie przyjechała na pogrzeb. Co powiedział Finch? Że nie zdołała uzyskać przepustki? Wyobraził sobie chłopca stojącego przed trumną, o którą oparto wieniec z lilii i goździków, zupełnie samego, zdanego na łaskę i niełaskę pani Gaddson oraz amerykańskich dzwonniczek.
„Matka nie mogła przyjechać” — powiedział Colin, ale z pewnością w to nie wierzył. Oczywiście, że przyjechałaby, gdyby naprawdę chciała.
Nigdy mi nie wybaczy, tak samo jak Kivrin. Co prawda jest starsza od niego, więc zdoła sobie wyobrazić mnóstwo okoliczności, które mogły uniemożliwić zabranie jej z miejsca przeskoku, ale w głębi serca będzie przekonana, że gdybym chciał, znalazłbym jakiś sposób, by przybyć po nią i ocalić ją przed niebezpieczeństwem.
Gdybym tylko chciał.
Z trudem podniósł się z krzesła, przez chwilę stał, trzymając się kurczowo oparcia, po czym wyszedł z izolatki, nie patrząc ani na Latimera, ani na monitory. Przy ścianie stało puste łóżko na kółkach; ciężko oddychając przysiadł na nim i pochylił głowę.
— Tu pan jest, panie Dunworthy!
Ocknąwszy się z otępienia stwierdził, że stoi przed nim pani Gaddson.
— Szłam właśnie, żeby panu poczytać. — Otworzyła Biblię. — Jest pan pewien, że wolno panu chodzić?
— Tak.
— Muszę przyznać, że cieszę się, iż wreszcie zaczyna pan wracać do zdrowia. Pod pańską nieobecność wszystko stanęło na głowie.
— Rzeczywiście.
— Koniecznie musi pan poważnie porozmawiać z panem Finchem. Pozwala tym okropnym Amerykankom ćwiczyć o każdej porze dnia i nocy, a kiedy zwróciłam mu na to uwagę, zbył mnie w bardzo nieuprzejmy sposób. Poza tym, zatrudnił mojego Willy’ego jako pielęgniarza. Jako pielęgniarza, wyobraża pan sobie? Mojego syna, który zawsze był nadzwyczaj chorowity! To prawdziwy cud, że do tej pory niczym się nie zaraził.
Istotnie, można to uznać za cud, pomyślał Dunworthy, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę imponującą liczbę dziewcząt, z którymi William Gaddson kontaktował się (i to dość blisko) podczas epidemii. Ciekawe, jakie szanse przeżycia dałaby mu sekcja prawdopodobieństwa?
— Tym razem pan Finch przebrał miarę — mówiła dalej pani Gaddson. — Naturalnie stanowczo sprzeciwiłam się jego niecnym zakusom. „Zabraniam panu lekkomyślnie narażać na szwank zdrowie mego syna” — powiedziałam. „Nie będę stała bezczynnie i przyglądała się, kiedy mojemu dziecku grozi śmiertelne niebezpieczeństwo”.
Śmiertelne niebezpieczeństwo.
— Przepraszam, ale muszę odwiedzić pannę Piantini.
— Powinien pan wrócić do łóżka. Wygląda pan okropnie. — Pogroziła mu Pismem Świętym. — W tym szpitalu dzieją się skandaliczne rzeczy! Nikogo nie obchodzi, że ciężko chorzy ludzie łażą po korytarzach. Jeśli nastąpi nawrót choroby, na pewno pan umrze, i będzie pan mógł mieć o to pretensje wyłącznie do siebie!