Max chciał zaprotestować, ale latarnik uniósł dłoń, nakazując mu milczenie.
– Opowiedziałem wam o wiele za dużo. Nie musicie aż tyle wiedzieć – zawyrokował. – Ostrożnie, Max, nie przeciągaj struny. Zapomnij o Jacobie Fleischmannie i jak najszybciej, dziś jeszcze, spal filmy. To najlepsza rada, jaką ci mogę dać. I już cię tu nie ma, młody człowieku.
Victor Kray patrzył, jak Max oddala się w dół drogi na swoim rowerze. Nie szczędził chłopcu twardych i niesprawiedliwych słów, ale w głębi ducha naprawdę wierzył, że było to najrozsądniejsze. Chłopak był inteligentny i nie dawał się oszukać. Domyślał się, że latarnik coś przed nimi ukrywa, ale same domysły nie wystarczały, żeby pojąć charakter i wagę sekretu. Wydarzenia nabierały tempa i po ćwierćwieczu wszystkie obawy i trwoga przed powrotem doktora urzeczywistniały się właśnie teraz, u kresu jego życia, kiedy czuł się już bardzo słaby i osamotniony.
Latarnik usiłował odsunąć gorzkie wspomnienia życia w cieniu tej złowrogiej postaci, od brudnego przedmieścia, w którym się wychował, po uwięzienie w latarni morskiej. Książę Mgły odebrał mu najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, jedyną kobietę, którą kochał, wreszcie okradł go z każdej minuty jego dojrzałego życia, jego samego przemieniając w swój cień. Podczas niekończących się nocy w latami Kray myślał nieraz, jak wyglądałoby jego życie, gdyby los nie postawił na jego drodze potężnego maga. Teraz już wiedział, że wspomnienia z ostatnich lat byłyby jedynie fantazjami z życiorysu, którego nigdy nie przeżył.
Jedyną nadzieję pokładał teraz w Rolandzie i w złożonej sobie niezłomnej przysiędze, że przyszłość, którą zgotuje chłopcu, będzie jak najdalsza od tego koszmaru. Czasu było coraz mniej i sił zaczynało mu już brakować. Za dwa dni miało minąć dokładnie dwadzieścia pięć lat od nocy, podczas której zatonął „Orfeusz”, a Victor Kray czuł, że Kain odzyskuje moc z każdą mijającą minutą.
Stary latarnik podszedł do okna i przyjrzał się ciemnej sylwetce kadłuba „Orfeusza” zanurzonego w błękitnych wodach zatoki. Wiedział, że jeszcze kilka godzin światła słonecznego, a później przyjdzie zmierzch i zacznie się jego ostatnia być może nocna wachta w latarni morskiej.
Kiedy Max wszedł do domu, liścik Alicji wciąż leżał na stole w jadalni, co wskazywało, że siostra jeszcze nie wróciła i nadal przebywa w towarzystwie Rolanda. Pustka w domu spotęgowała jego uczucie osamotnienia. W głowie rozbrzmiewały mu wciąż słowa starego latarnika. I choć zabolał go sposób, w jaki potraktował go dziadek Rolanda, nie czuł do niego żalu. Był przekonany, że tamten coś ukrywa; ale zarazem nie opuszczała go pewność, iż jeśli latarnik pozwalał sobie na takie zachowanie, to znaczyło, że miał ku temu powody. Poszedł do swego pokoju i położył się na łóżku. Miał wrażenie, że sprawa zdecydowanie go przerasta, i choć widział poszczególne elementy tajemnicy, nie czuł się na siłach, by je ze sobą połączyć.
Być może powinien iść za radą Victora Kraya i o wszystkim zapomnieć, choćby nawet na kilka godzin.
Spojrzał na nocny stolik i zobaczył, że książka o Koperniku, mimo kilkudniowego zapomnienia, wciąż tam leży, niczym antidotum racjonalności na wszystkie pojawiające się ostatnio zagadki. Otworzył ją na stronie, na której przerwał lekturę, i spróbował skupić się na wywodzie o obrotach ciał niebieskich. Przypuszczalnie wsparcie i pomoc Kopernika pewnie bardzo by się przydały, by rozwikłać nurtującą Maxa tajemnicę. Ale nie ulegało wątpliwości, że kolejny raz Kopernik wybrał niewłaściwą porę na spędzenie swych wakacji gdzieś na świecie. W nieskończonym wszechświecie było zbyt wiele rzeczy, których ludzki rozum nie ogarniał.
Rozdział trzynasty
Kilka godzin później, kiedy Max był już po kolacji i do końca książki pozostało mu tylko dziesięć stron, od lektury oderwał go odgłos rowerów wjeżdżających do ogrodu za domem. Potem słyszał Rolanda i Alicję, szepczących coś na ganku przez prawie godzinę. Około północy odłożył książkę na nocny stolik i zgasił lampę. W końcu usłyszał, jak Roland odjeżdża na swoim rowerze skrajem plaży, a Alicja wchodzi na górę po schodach. Kroki siostry umilkły na chwilę pod drzwiami jego sypialni. Chwilę później Alicja poszła do siebie. Zostawiła na drewnianej podłodze kapcie i położyła się do łóżka. Przed oczyma stanął mu obraz Rolanda całującego Alicję na plaży. Uśmiechnął się w ciemnościach do swoich myśli. Ten jeden jedyny raz mógł być pewien, że siostrze będzie o wiele trudniej zasnąć niż jemu.
Następnego ranka Max postanowił zerwać się z łóżka skoro świt i już o pierwszym brzasku pedałował w stronę miejscowej piekarni, z zamiarem zakupienia smakołyków na śniadanie. Wiedział, że tylko w ten sposób uda mu się uniknąć posiłku przyrządzonego przez Alicję: byłby to najpewniej chleb posmarowany masłem i marmoladą, a do tego szklanka mleka. O świcie miasteczko tonęło w ciszy, która przypomniała Maxowi niedzielne poranki w jego rodzinnym mieście. Tylko z rzadka pojawienie się jakiegoś przechodnia przerywało ten narkotyczny letarg, w jakim pogrążone były ulice. Nawet domy, z okiennicami zamkniętymi na cztery spusty, wydawały się spać głębokim snem.
W oddali, za portowym kanałem, nieliczne kutry tworzące lokalną flotyllę wyruszały w głąb morza na połów, z którego powrócić miały dopiero o zmierzchu. Piekarz i jego córka, pulchna dziewczyna o różowych policzkach, ze trzy razy grubsza od Alicji, przywitali się z Maxem i napełniając jego pudełko dopiero co wyciągniętymi z pieca cukierniczymi pysznościami, dopytywali się o stan zdrowia Iriny. Wieść o jej wypadku rozniosła się po miasteczku lotem błyskawicy i Max pomyślał, że lekarz podczas swoich domowych wizyt nie tylko mierzył gorączkę i zaglądał do gardeł.
Kiedy Max dotarł z powrotem do domku przy plaży, przywiezione przez niego jeszcze parujące bułeczki kusiły smakowitym zapachem drożdżowego ciasta. Nie miał zegarka, więc nie był pewien, która godzina, przypuszczał jednak, że dochodzi ósma. Mając w perspektywie długie oczekiwanie, aż siostra się obudzi, postanowił uciec się do fortelu. Miał doskonały pretekst w postaci ciepłych jeszcze drożdżówek, więc rozłożył je na tacy, nalał mleka do szklanek, dołożył do tego kilka serwetek i tak wyekwipowany ruszył do sypialni Alicji. Zapukał kilkakrotnie do drzwi, aż odpowiedział mu niezrozumiały pomruk siostry.
– Serwis pokojowy – powiedział Max. – Mogę wejść?
Popchnął drzwi i wszedł do środka. Alicja nakryła głowę poduszką. Max rozejrzał się po pokoju, obrzucił przelotnym spojrzeniem porozwieszane na krzesłach części garderoby i całą galerię osobistych rzeczy siostry. Kobiece pokoje zawsze były dla niego intrygującą tajemnicą.
– Liczę do pięciu – ostrzegł. – Potem zaczynam jeść śniadanie.
Alicja, zwabiona słodkim aromatem, wyjrzała spod poduszki.
Roland czekał na nich na plaży, przy samym brzegu; miał na sobie stare spodnie z uciętymi nogawkami, które służyły mu również za kostium kąpielowy. Obok niego stała niewielka łódka, długości pewnie niespełna trzech metrów. Wygląda tak, jakby przynajmniej przez trzydzieści lat stała zacumowana na plaży w pełnym słońcu – jej deski przybrały nieokreślony szarawy odcień i nieliczne łaty niebieskiej farby, które nie zdążyły się jeszcze złuszczyć, nie mogły go zakamuflować. Mimo wszystko Roland wydawał się niezwykle dumny ze swojej łajby, jakby był to co najmniej luksusowy jacht. I kiedy Max omijał wraz z siostrą leżące na plaży kamienie, idąc w stronę brzegu, zauważył, że Roland wymalował na dziobie nazwę – „Orfeusz II”. Farba wyglądała na zupełnie świeżą.