Выбрать главу

– Nie mogę jeść przy tym czymś merdającym ogonem i gubiącym kłaki – odcięła się Alicja.

Zarówno Irina, jak i kot obrzucili Alicję spojrzeniami pełnymi pogardy.

– Żałosna jesteś – zawyrokowała Irina i wyszła z kotem na podwórze.

– I ty jej na to pozwalasz? Dlaczego? Dlaczego zawsze stawia na swoim? Mnie w jej wieku nie było tyle wolno – zaprotestowała Alicja.

– Znowu zaczynasz? – odpowiedziała Andrea Carver łagodnym głosem.

– To nie ja zaczęłam – skwitowała starsza córka.

– No dobrze, dajmy temu spokój. – Andrea Carver pogładziła długie włosy Alicji, która odsunęła głowę, chcąc uniknąć pocieszycielskiego gestu matki. – Ale zjedz śniadanie, bardzo cię proszę.

W tej samej chwili pod ich stopami rozległ się metaliczny łoskot. Wszyscy spojrzeli po sobie.

– Wasz ojciec w akcji – mruknęła Andrea Carver, dopijając kawę.

Alicja zaczęła wmuszać w siebie grzankę, podczas gdy Max usilnie próbował wymazać z pamięci wyciągniętą w zaproszeniu dłoń i wytrzeszczone oczy klowna uśmiechającego się we mgle ogrodu posągów.

Rozdział czwarty

Rowery odkryte przez Maximiliana Carvera w małym garażu za domem były mniej zdezelowane, niż początkowo mogło się Maxowi wydawać. W gruncie rzeczy wyglądały tak, jakby nikt ich nigdy nie używał. Max uzbroił się w kilka irchowych ściereczek, wziął specjalny płyn do czyszczenia metali, z którym matka nigdy się nie rozstawała, i przystąpił do pracy. Dość szybko stwierdził, że pod warstwą pajęczyn, kurzu i brudu kryją się nowiutkie błyszczące rowery. Ojciec pomógł mu nasmarować łańcuchy i koła zębate i napompować koła.

– Chyba czeka nas wymiana dętek – powiedział Maximilian Carver – ale właściwie rowery są gotowe do jazdy.

Doprowadzając swoje nowe pojazdy do stanu używalności, Max zauważył, że jeden z nich jest mniejszy. Zaczął się zastanawiać, czy doktor Fleischmann kupował w swoim czasie rowery z myślą o przejażdżkach z małym Jacobem po plaży i ścieżkach wybrzeża. Maximilianowi Carverowi wydało się, że dostrzega w oczach syna poczucie winy.

– Jestem głęboko przekonany, że nasz stary doktor byłby wprost szczęśliwy, gdyby się dowiedział, że ktoś używa jego rowerów.

– A ja nie – burknął Max. – Ciekawe, czemu je tutaj zostawili?

– Złych wspomnień nie musisz brać ze sobą. I bez tego będą cię prześladować – odparł Maximilian Carver. – Przypuszczam, że nikt ich później nie używał. No dobra, siadaj. Zrobimy próbną przejażdżkę.

Wyprowadzili rowery z garażu. Max wyregulował siodełko i sprawdził hamulce.

– Trzeba będzie poprawić linki hamulcowe – stwierdził.

– Chyba masz rację – przyznał zegarmistrz i przystąpił do pracy. – Słuchaj, Max.

– Tak, tato?

– Przestań już może rozmyślać o tych rowerach, dobrze? To, co się przydarzyło tej biednej rodzinie, nie ma z nami nic wspólnego. Chyba powinienem był trzymać język za zębami – dodał zegarmistrz z niedającym się ukryć wyrazem zatroskania na twarzy.

– Dajmy spokój. – Max raz jeszcze sprawdził hamulce. – Tak jest dobrze.

– No to ruszaj.

– Nie pojedziesz ze mną? – zapytał Max.

– Po południu, o ile jeszcze będziesz miał ochotę, pokażę ci, gdzie raki zimują. Ale teraz, o jedenastej, muszę się spotkać z niejakim Fredem, od którego mam wynająć lokal. Interes przede wszystkim. Trzeba jak najszybciej otworzyć zakład.

Maximilian Carver zebrał narzędzia i wytarł ręce w jedną z irchowych ściereczek. Max popatrzył na niego, zastanawiając się, jaki też mógł być ojciec, kiedy miał tyle lat co on. W ich rodzinie zwykło się mawiać, że syn podobny jest do ojca, ale twierdzono również, że Irina jest podobna do Andrei Carver, co było jedną z tych idiotycznych, stereotypowych uprzejmości powtarzanych ustawicznie przez babcie, ciotki i całą tę menażerię kuzynów i pociotków pojawiających się co roku przy świątecznym stole.

– Oto Max w charakterystycznym dla siebie transie – uśmiechając się, podsumował zegarmistrz.

– A wiesz, że tuż przy tym lesie za domem jest ogród z posągami? – wypalił Max, zaskoczony równie jak ojciec zadawanym przez siebie pytaniem.

– Na pewno jest tu bardzo dużo rzeczy, których jeszcze nie widzieliśmy. W garażu pełno jest przeróżnych pudeł i skrzyń, nie mówiąc już o kotłowni. To istne muzeum. Mam wrażenie, że wystarczy, byśmy sprzedali wszystkie starocie i graty antykwariuszowi, a nawet nie będę musiał otwierać zakładu; pewnie moglibyśmy zostać rentierami. Maximilian spojrzał na syna uważnie.

– Słuchaj, siadaj na rower i jedź już, bo szybko ci zardzewieje i znowu zmieni się w antyk.

– Już nim jest – powiedział chłopiec, wskakując na siodełko i naciskając na pedały roweru, na którym Jacob Fleischmann pewnie nigdy się nie przejechał.

Max pojechał ścieżką wzdłuż plaży w kierunku miasteczka. Minął długi rząd domów, bliźniaczo podobnych do nowej rezydencji Carverów, urywający się tuż przy małej zatoczce, w której chronił się port rybacki. Przy starym nabrzeżu zacumowanych było zaledwie kilka kutrów i wiele małych, drewnianych łodzi długości najwyżej czterech metrów, których miejscowi rybacy używali do rozciągania sieci w pobliskich wodach przybrzeżnych, nie dalej niż sto metrów od plaży.

Max lawirował rowerem w labiryncie wyciągniętych na brzeg łodzi, przeznaczonych do remontu, i stosów drewnianych skrzynek z rybnego targu. Ze wzrokiem utkwionym w małej latarni morskiej wjechał na osłaniający port falochron w kształcie półksiężyca. Dotarłszy do końca, zmęczony już nieco, zszedł z roweru i oparł go o latarnię. Rozejrzawszy się, usiadł na jednym z ogromnych, wystawionych na pastwę fal morskich głazów. Mógł z tego miejsca, mrużąc mocno oczy, przyglądać się lśniącemu milionem iskier i bezkresnemu morzu.

Po kilku zaledwie minutach z zadumy wyrwał go widok wysokiego i chudego chłopca, jadącego rowerem po falochronie. Chłopak, szesnasto-, może siedemnastolatek, tak przynajmniej zdawało się Maxowi, skierował się ku latarni i oparł swój rower o rower Maxa. Odgarnąwszy z czoła gęste włosy, podszedł do kamienia zajętego przez Maxa.

– Cześć. To wy żeście się wprowadzili do domu na skraju plaży?

Max przytaknął.

– Jestem Max.

Chłopak o przenikliwych zielonych oczach i twarzy ogorzałej od słońca i wiatru wyciągnął doń rękę.

– Roland. Witamy w Nudach na Pudach.

Max uśmiechnął się i uścisnął dłoń Rolanda.

– Jak tam dom? Podoba wam się? – zapytał chłopak.

– Zdania są podzielone. Mój ojciec jest zachwycony. Reszta rodziny bynajmniej nie – wyjaśnił Max.

– Poznałem go parę miesięcy temu, kiedy przyjechał po raz pierwszy do miasteczka – powiedział Roland. – Sympatycznego masz ojca. Jest zegarmistrzem, prawda?

Max skinął głową.

– Może i jest sympatyczny – potwierdził Max. – Jak kiedy. Ale czasami przychodzą mu do głowy głupie pomysły. Na przykład przeprowadzka do takiej dziury jak ta.

– A dlaczego żeście tu przyjechali? – spytał Roland.

– Wojna – odparł Max. – Mój ojciec uważa, że miasto nie jest dziś najlepszym miejscem do życia. I chyba ma rację.

– Wojna – powtórzył Rolad, spuszczając wzrok. – Mam powołanie na wrzesień.

Maxa zatkało. Roland zrozumiał jego zakłopotanie i znowu się uśmiechnął.

– Każda rzecz ma swoją dobrą stronę – powiedział. – Może to moje ostatnie lato w tej mieścinie.

Max bez przekonania odwzajemnił uśmiech nowego kolegi. Pomyślał, że za kilka lat, o ile wojna nie skończy się wcześniej, także i on otrzyma wezwanie do wojska. Nawet w tak piękny dzień jak ten wszechobecne widmo wojny spowijało przyszłość zasłoną gęstych, czarnych chmur.