Выбрать главу

– Czyli wszystko skończyło się dobrze – westchnęła jedna z dziewcząt siedząca pod oknem.

– Poniekąd… Książę kazał ze zgromadzonego żelaza odlać szubienicę i powiesił na niej Honauera. W ciągu następnych kilku dziesięcioleci zginęło na niej jeszcze kilku innych alchemików…

Za parę minut dzwonek. Nauczycielka zdjęła z parapetu naczynie i wyjęła z niego klucz. Ciecz odparowała bez śladu, a stal zaczęła lśnić piękną, złotą barwą.

– Czy któraś z was może mi powiedzieć jak to zrobiłam? – zapytała, patrząc na podopieczne z uśmiechem wyższości.

Nie odezwały się. Wreszcie Monika podniosła rękę.

– Proszę.

– To nie było powleczenie galwaniczne – w czasie wykładu sprawdzała w podręczniku potrzebne słownictwo, więc dość płynnie udało jej się wypowiedzieć. – Ten czerwony proszek był chyba azotanem lub chlorkiem złota. Rozpuściła go pani w czymś bardzo lotnym, sądząc po zapachu, to był eter lekarski. Zaszła reakcja rozkładu, chlor i eter ulotniły się, a metaliczne złoto osadziło cieniutką warstwą na stali.

Druga szóstka. Całkiem nieźle jak na pierwszą lekcję. Jeszcze parę dni i może nawet zostanie pupilką pani profesor…

* * *

Pracownia fizyczno-chemiczna to sympatyczne miejsce. W oszklonych szafach drzemią rozmaite aparaty. Ceramiczne blaty, palniki, odczynniki… W powietrzu czuć leciutki swąd po porannych doświadczeniach. Licznik Geigera na stole.

– A zatem do dzieła – mruknęła Stanisława.

– Robiłaś to już kiedyś? – Katarzyna była trochę sceptyczna. – Rozumiem, że kamień filozoficzny, ale transmutacja metali kłóci się z podstawowymi prawami fizyki…

Kuzynka spojrzała na nią pobłażliwie. W takich momentach Katarzyna czuła wyraźnie dzielącą je przepaść czasu.

– Moja droga, widzisz na moim przykładzie skutki działania tej substancji, a nie wierzysz w rzecz tak banalną jak zrobienie złota z ołowiu?

– Dobra, no to do dzieła… – powiedziała nieco nerwowo.

Miały naszykowany mały, metalowy tygiel oraz szczypce. Właściwie nie było potrzeba nic więcej… Stanisława zdjęła z szyi srebrny krzyżyk wiszący na solidnym, stalowym łańcuszku. Jedno z ramion dało się wykręcić. W wydrążonym wnętrzu spoczywało kilkanaście czerwonych kryształków. Wyłowiła pęsetą jeden z nich. Starannie zakręciła skrytkę i powiesiła krzyżyk na szyi.

– To wystarczy? – jej kuzynka nadal miała wątpliwości.

– Jeden gram kamienia filozoficznego uszlachetnia tysiąc części metalu – wyjaśniła z roztargnieniem. – Można oczywiście wrzucić więcej ołowiu, ale wtedy złoto wyjdzie zanieczyszczone…

– A można na przykład z miedzi? – zainteresowała się Katarzyna.

Do tygielka wrzuciła pięć gramów ołowiu.

– Można dowolny metal, ale najlepszą wydajność uzyskuje się, gdy przemianie poddajemy ołów. Żelazo i nikiel stawiają poważny opór, potrzeba więcej tynktury… Proporcje wynoszą wówczas mniej więcej jeden do stu pięćdziesięciu. Stopiło się?

– Tak – Katarzyna poruszyła naczyniem. Na jego dnie przetaczała się gruba kropla srebrzystego metalu.

– No to patrz – Stasia upuściła na gorącą powierzchnię kryształek. – Teraz trochę pomieszaj. Musi się dobrze rozprowadzić.

Katarzyna, nadal trzymając tygiel szczypcami nad palnikiem, wprowadziła go w delikatny ruch wirowy.

Barwa srebra przygasła, pojawiły się czerwonawe nitki, a potem metal zaczął żółknąć aż zrobił się złocisty.

– Jeszcze chwilę – poleciła kuzynka marszcząc nos. – Dobrze, wystarczy.

Zanurzyły pojemnik w wodzie i po chwili wyjęły ze środka grudkę złota.

– Istne czary…

– W pewnym sensie masz rację…

Na stół rzuciła złotą carską pięciorublówkę. Car Mikołaj II spoglądał spokojnie w świetlaną przyszłość. Obok spoczęła grudka sztucznego złota. Teraz licznik Geigera…

– Żadnych anomalii – mruknęła Katarzyna mierząc promieniowanie „świnki”. – Zobaczmy jak to… Jest odchylenie.

– Zrobiłyśmy radioaktywne złoto?

– Nie przesadzajmy z tą radioaktywnością… Raptem półtorej wartości tła…

– Nic mi to nie mówi…

– Tło to normalne promieniowanie, które nas otacza. Biegnie z wnętrza ziemi od strony gruntu, spada nam na głowę z kosmosu. Jego wartość określa się na jeden. Jest nieszkodliwe. Granit ma mniej więcej trzy.

– Czyli nasze złoto…

– Niebezpieczne nie jest, ale różni się. Ma pewnie śladową domieszkę jakiegoś izotopu. Kurczę, twój kamień filozoficzny działa zapewne tak, że wybija z jąder ołowiu pewną liczbę protonów… Ołów w układzie okresowym pierwiastków ma liczbę 82, a złoto 79… Czyli uwalniają się trzy… A więc produktem odpadowym będą jądra helu albo jądra wodoru. A może jądra litu? Hm…

– To dla mnie za mądre – westchnęła jej kuzynka.

– Ale dobrze, że możemy odróżniać… Teraz trzeba wymyślić, jak to wykorzystać do namierzenia Sędziwoja.

– Porozmawiajmy o nim – prosi Katarzyna. – Muszę zbudować portret psychologiczny. To może pomóc w jego odnalezieniu.

– Sporo już wiesz.

– Owszem – rzuca okiem do notatek, – ale ciągle są luki. Na przykład jaki był, jak traktował przyjaciół, czy miał jakichś przyjaciół?

Stanisława przymyka oczy.

– Dla przyjaciół gotów był zrobić wszystko – mówi wreszcie. – Pamiętam jak dziś sprawę Setona…

– Kim był Seton?

– Aleksander Setonius, mieliśmy modę na używanie nazwisk, którym dla lepszego brzmienia nadawano łacińskie końcówki… Ponoć mieszkał w Walii, w niewielkim majątku nad brzegiem morza. Pewnego dnia sztorm rzucił holenderski okręt na skały opodal jego domu. Seton pospieszył na ratunek rozbitkom, sprowadził swoją służbę i zabezpieczył towary, uratował też kupca będącego właścicielem statku. Ten z wdzięczności zaprosił go do siebie do Holandii. Seton raz wprowadzony na salony zaczął dokazywać. Pokazał ludziom kilkanaście eksperymentów alchemicznych. Z reguły wybierał największych niedowiarków i demonstrował im transmutację metali. Musiał się przy tym świetnie bawić, wręczał im na pamiątkę kawałki wyprodukowanego złota. Z Sędziwojem spotykali się kilka razy. Raz pewnie w Niderlandach – odruchowo używa dawnej nazwy. – Potem w Czechach, na dworze cesarza Rudolfa II.

– O nim słyszałam – uśmiecha się Katarzyna. – Był, zdaje się, wielkim przyjacielem waszej nauki

– O tak. Choć parę razy dał się naciąć różnym oszustom. Sędziwój z Setonem pokazali mu transmutację metali i pewnie także inne doświadczenia. Cesarz był pod wrażeniem. Wreszcie Setonowi powinęła się noga i to bardzo paskudnie. Wybrał się do Drezna na dwór Chrystiana II, elektora saksońskiego… Był to władca młody i dość zapalczywy. Jego dziadek, książę August, do spółki z synem przetracili fortuny na utrzymywanie przy dworze całego stada alchemicznych wydrwigroszów. Chrystian II, objąwszy tron, pogonił całą tę hołotę, a alchemią jawnie gardził… Pech chciał, że Seton lubił się popisywać. Przybył więc do Drezna i zademonstrował niedowiarkowi transmutację…

– I jak się to spodobało Chrystianowi?

– Niestety aż za bardzo. Z miejsca uwierzył w ignorowaną dotąd potęgę alchemii. Uwięził Setona i dla wydarcia sekretu produkcji tynktury poddał go torturom. Z pułapki udało się zwiać Teresie.

– Teresie? – podchwyciła Katarzyna.

– Tak, Seton ożenił się w Czechach z bardzo miłą, drobną i żwawą kobietką. Przyjechała do nas do Krakowa, do Sędziwoja, prosząc go o pomoc. Posłała też listy do cesarza, aby wszczął kroki dyplomatyczne. Sędziwój uznał, że nie ma czasu do stracenia. Zastawił dom u żydowskich bankierów i z grubszą gotówką pojechał do Drezna. Tam zaproponował elektorowi, że spróbuje wpłynąć na uwięzionego i przekonać go do zaniechania oporu. Wymógł też, by wstrzymano dalsze tortury. Bywał parokrotnie w więzieniu i za każdym razem dawał bogate prezenty strażnikom, aby otoczyli Setona opieką… Szybko zaprzyjaźnił się ze wszystkimi, toteż gdy pewnego wieczora zorganizował balangę w pomieszczeniach naczelnika więzienia, wszyscy dali się zaprosić. Postawił na stół kilka gąsiorów znakomitego węgrzyna. Wypili, posnęli, a on zabrał klucze, uwolnił przyjaciela, załadował na koń i obaj zwiali w stronę pobliskiej granicy. Gdy strażnicy doszli do siebie, zbiegowie mieli już ponad osiem godzin przewagi.

Niestety Seton bardzo ciężko zniósł tortury i wielodniową, forsowną ucieczkę. Gdy dotarli do Krakowa, czuł się bardzo źle i po mniej więcej miesiącu, mimo pielęgnacji przez żonę i przyjaciela, zmarł. Na łożu śmierci przekazał Michałowi sekret produkcji tynktury oraz wymógł na nim, że poślubi Teresę… Tak się też stało.

* * *

Wczesną jesienią o dwudziestej bywa już całkiem ciemno. Jeśli dzień jest deszczowy, zmrok zapada jeszcze szybciej. Księżniczka Monika Stiepankovic siedzi w bibliotece publicznej. Musi dużo uzupełnić, nauczyciele patrzą na razie przez palce, ale niebawem zechcą wysondować jej wiadomości. Musi być dobrze przygotowana. Taryfa ulgowa potrwa może jeszcze dwa tygodnie… Warto by też załapać się do grupy zwolnionej z czesnego. Pieniędzy, które dostała na Kazimierzu wystarczy jej tylko na siedem miesięcy…

Westchnęła. Sporo do przeczytania, a tu jak na złość zamykają bibliotekę o ósmej… Wstała i oddała poskładane książki w punkcie obsługi czytelników. Bibliotekarz odprowadził ją spojrzeniem. Westchnął w duchu. Z karty wynika, że dziewczyna ma szesnaście lat. On niestety jest już trzydziestopięcioletnim mężczyzną. Gdyby był trochę młodszy i nie miał żony z trójką dzieci… Nie. Nawet wtedy. Wyczuwa w niej coś dziwnego. Coś, co sprawia, że skóra cierpnie na plecach. Idiotyczne, irracjonalne wrażenie.