Właśnie przestało padać. Po niebie wiatr goni ciemne chmury, ochłodziło się znacznie… Księżniczka szczęknęła zębami. Jednak w jej ojczyźnie było cieplej. Musi sobie kupić gruby sweter. Ma przecież pieniądze.
Brama obok ulicy, ciemna, paskudna i cuchnąca. W niej ukryci dwaj dresiarze. Trochę już wypili, akurat tyle, by nabrać ochoty do rozróby. Zgwałcenie jasnowłosej szesnastolatki może być fajnym początkiem wieczornej imprezy. Żule w pierwszym pokoleniu. Nie mają instynktu „kaźmirskich chłopców”. Podświadomość nic im nie mówi. Nie ostrzega.
Monika idzie skoncentrowana. Wyczuwa ich. Nie są niebezpieczni. Nie dla niej. Nie mają broni palnej, ufają mięśniom hodowanym na siłowni i swojemu wyglądowi troglodytów. Mutanci na sterydach, ubrani w błyszczące dresy adidasa. Męty paradoksem historii wprowadzone do śródmieścia.
Poradzi sobie. Ale ci dwaj stanowią zagrożenie dla innych. A zatem oddajmy przysługę temu pięknemu miastu i miłym ludziom, którzy udzielili jej schronienia. Oddajmy przysługę żonom, siostrom i córkom żołnierzy z batalionu KFOR…
Dresiarz doskakuje od tyłu, łapie ją za szyję. Paluchy wbija pod szczękę i za ucho. Mocny chwyt, bolesny. Szarpnięciem wciąga do bramy.
– No, mała, zabawimy się – charczy jego kompan.
Mają po dwadzieścia parę lat. Istnieje szansa resocjalizacji… No to do dzieła. Czas nagle zwalnia. Drobna dłoń uzbrojona w sztylet uderza jak kobra. Skowyt rozlegnie się za chwilę, wróg jeszcze nie wie co się stało. Stopa do przodu. Koniec. Minęły zaledwie dwie dziesiąte sekundy. Wystarczyło. Pierwszy dresiarz stracił rękę. Odcięła mu ją w łokciu. Bułat bez trudu tnie kość, ale zawsze łatwiej ustępuje tkanka chrzestna.
Byczek klęczy na bruku. Dłonią w panice usiłuje zatamować krew sikającą z kikuta. Przed oczyma latają mu mroczki. Wyje z bólu i szoku. Jego koleś jest nie mniej poszkodowany. Kopniak złamał mu oba kolana. Gdy przewracał się do przodu, rozwalił je do reszty. Poszły rzepki, wiązadła, stawy wypełnia krew. On także wyje dziko, zupełnie jak zwierzę.
Nastawią mu, ale do końca swoich dni będzie chodził o kulach albo jeździł na wózku. Na razie sześć miesięcy w gipsie. Pozycja leżąca i przymusowa bezczynność pozwoli bandziorowi raz jeszcze przemyśleć całe jego bydlęce życie… Drugi jedną ręką wiele nie zdziała, też będzie musiał zmienić zawód. I to raczej radykalnie…
Chłodne, błękitne oczy patrzą na miotających się po ziemi wrogów. W powietrzu unosi się ciężki, metaliczny zapach krwi. Księżniczka marszczy nos. Jej złote włosy zdają się lekko świecić w ciemnościach. Dresiarze z trudem ogniskują wzrok. Patrzą na nią. Nie uciekła, nadal im zagraża. Mózgi prawie pozbawione szarych komórek ogarnia zwierzęce przerażenie. Nie, zwierzętom brakuje wyobraźni, więc nie mogą się aż tak przestraszyć.
– Jeśli piśniecie komuś słowo, wrócę – ostrzega.
Zrozumieli. Wychowani na horrorach z video wiedzą, że stanęli wobec zjawisk, których ich prostackie łby nie są w stanie do końca ogarnąć.
Teraz należałoby splunąć dla okazania im absolutnej pogardy, ale jest na to zbyt dobrze wychowana, więc tylko odwraca się i odchodzi. Westchnienie ulgi i znowu rozlega się skowyt pełen bólu. Długo będą wyli, zanim ich krzyki zainteresują przechodzący patrol.
Weekend jest najlepszą porą na urządzenie sobie pikniku, ale i zwykły dzień ma swoje uroki. Zwłaszcza jeśli jest to cudowne, wrześniowe popołudnie. Słońce przygrzewa, ale nie ma już dusznego lipcowego upału, który odbiera siły i sprawia, że koszula klei się do ciała. Jesień, liście lecące z drzew, żółknące trawy.
– Tego brakowało mi w Etiopii – powiedziała Stanisława przeciągając się aż zaskrzypiały stawy.
– Jak tam jest? – zainteresowała się jej kuzynka.
– W porze mokrej cudownie zielono. W porze suchej wszystko zamiera. W naszej telewizji pokazują ten kraj bardzo jednostronnie: głodujące dzieci, pustynia, tymczasem są tam piękne góry, jeziora pełne hipopotamów, żyzne doliny. Mili ludzie. Ale przez najbliższe trzydzieści lat wolę się tam nie pokazywać.
– Rozumiem.
Woda w samowarze zaczęła wrzeć. Mosiężna blacha zawibrowała, a para zaśpiewała w otworach.
– Popatrz, kto się tu przybłąkał – mruknęła Katarzyna.
Księżniczka Monika nadeszła od strony pętli autobusowej. Niosła kilka marchewek, najwyraźniej dla koni.
– Może zje z nami podwieczorek? – powiedziała leniwie Stanisława. – Nie widzi nas, trzeba pomachać albo zawołać…
Dziewczyna podążała ścieżką dość daleko od nich, faktycznie nie zauważyła nauczycielek na pikniku. Jasnobrązowa klacz spojrzała na nią uważnie i położyła po sobie uszy. Dziewczyna wyciągnęła w jej stronę dorodną marchew, ale koń nie przyjął poczęstunku. Cofnął się kawałek i zarżał. Uprzedzenia trzeba przełamywać powoli i ostrożnie. Położyła marchew na trawie i odeszła kilka kroków. Klacz patrzyła przez chwilę na warzywo, po czym oddaliła się na całą długość łańcucha.
– Co za diabeł? – zmarszczyła brwi Katarzyna obserwująca tę scenę z oddali. – Popatrz, jak się ten koń płoszy…
– Yhm – mruknęła jej kuzynka.
Monika spróbowała z innym koniem. Ten z rezerwą skubnął marchewkę i oddalił się truchtem. Pozostałe dwie położyła na trawie. Klacze podbiegły po nie dopiero, gdy odeszła.
– Dziwne, te szkapy nie należą do płochliwych – pokręciła głową Stasia.
Serbka odwróciła się i podążyła rozczarowana w stronę autobusu. Nauczycielka pomachała ręką, aby zwrócić jej uwagę. Udało się.
– Witaj. Usiądź z nami – zachęciła uczennicę lektorka. – Herbatka zaraz będzie. Mamy też ciasto. Musisz trochę nabrać ciała – spojrzała na szczupłą sylwetkę.
Wahanie. Nie wie, czy wypada. Jest bardzo speszona… Siada skromnie na brzeżku pniaka. Dziś założyła spódnicę. Jej nogi są jeszcze dziewczęce, dość grube w kostkach i kolanach, minie jeszcze kilka lat, nim nabiorą kobiecej wysmukłości. To jeszcze cielę, szczenię, dziecko…
– Ładne koniki – zauważyła leniwie Stanisława. – Tak rozmyślamy z kuzynką, że trzeba by przejść się do stadniny, zapłacić, pożyczyć siodła i zakosztować trochę jazdy.
Księżniczka uśmiecha się delikatnie.
– Bardzo dawno nie siedziałam na koniu. Poza tym nie mają tu chyba damskich siodeł.
Wszystkie trzy mają sukienki… Stanisława nie reaguje. Jazda w damskim siodle jest dla niej czymś zupełnie naturalnym. Uczennica notuje to w pamięci. Nauczycielka nie pasuje do tej epoki. Dobrze się maskuje, ale zbyt wiele drobiazgów ją zdradza. Na przykład to, że do ciasta używa widelczyków o długich zębach, zamiast popularnych obecnie łyżeczek. Albo to, że sięga dłonią i bezwiednie wyciąga jakiś paproch zaplątany w warkocz kuzynki. Czochra z uśmiechem jej włosy. Okazuje jej siostrzane uczucia poprzez iskanie. Od kiedy w połowie XIX wieku stwierdzono, że wszy przenoszą tyfus i wydano im bezwzględną walkę, iskanie przestało być pieszczotą, w ogóle wypadło z użycia.
Za to Katarzyna jest współczesna aż do bólu. W jej ruchach widać nerwowość i spontaniczność, a nawet pewną gwałtowność. Uczyła się w szkole koedukacyjnej, przejęła od kolegów z klasy pewne typowo męskie zachowania… Monika uśmiecha się do obu kobiet.
Konie patrzą z daleka. Niespokojnie i wyczekująco. Obserwują, choć się boją. Cóż, koń jest najlepszym przyjacielem człowieka… Samowar po zdjęciu dławika rozpala się znowu. Stanisława bierze kawałek sernika, który upadł na trawę i niesie go koniom. Brązowa klacz widzi ją pierwszy raz w życiu, ale bez wahania zjada ciastko. Kobieta wraca do towarzyszek. Konie nadal spoglądając w ich stronę kładą po sobie uszy.
Para zaśpiewała. Nauczycielka wyszukała w koszyku trzecią filiżankę. Nalała z samowara herbaty i podała. To jeszcze jeden element nie pasujący do współczesności. Rosyjska moda picia herbaty w szklankach poważnie wyparła filiżanki z użycia… Monika podziękowała skinięciem głowy. Postawiła naczynie obok siebie, na równym kawałku ziemi.
– Tu masz cukier – Katarzyna wyciągnęła w jej stronę cukiernicę.
Księżniczka sięgnęła po łyżeczkę. Dotknęła jej końca palcem i cofnęła dłoń jak oparzona.
– Dziękuję, nie słodzę – powiedziała speszona. Odruchowo wytarła palce o spódnicę. Na błękitnym materiale pozostał cieniutki czerwony zaciek.
– To tak jak ja – rzekła Stasia. – A może chcesz do herbaty konfitur?
– Poproszę…
Nałożyła jej na talerzyk. Przez dłuższą chwilę piły w milczeniu. Uczennica z wprawą łamała gorzki smak napoju wiśniową konfiturą…
– Może zjesz serniczka?
– Z przyjemnością…
Katarzyna w zadumie patrzy na profil nastolatki. Lekkie zniekształcenie na policzku, kilka przebarwień skóry psujących urodę… Dziewczyna odgadła zainteresowanie nauczycielki.
– To po ospie – wyjaśnia muskając skórę opuszkami palców. – Z wiekiem powinno zniknąć.
Spogląda na konie i nie widzi twarzy Katarzyny zastygłej nagle w grymasie zdumienia.
Stanisława kupowała mieszkanko z myślą o sobie. Gdy kuzynka przeniosła się do Krakowa, jakoś tak zupełnie naturalnie zamieszkały razem. Mała sypialnia odrobinę się zagraciła. Z drugiej strony stała się jakby bardziej przytulna. Stoją tu teraz dwa łóżka. Między nimi jest metr odstępu, akurat wystarczająco, by leżąc spokojnie rozmawiać.
Jest północ. Obie dziewczyny powinny spać, ale jakoś im to nie wychodzi. Teoria dojrzewała całe popołudnie i wieczór.
– Wiesz co mi się wydaje? – zaczyna Katarzyna.
Jej kuzynka milczy. Wie.
– Ta mała Monika może być starsza od ciebie.
– Idiotyczne przypuszczenie. Dlaczego tak sądzisz? – sama podejrzewa to od wielu godzin.
– Z bardzo prostej przyczyny. Pamiętasz co powiedziała? Blizny na policzku ma po ospie. Po czarnej ospie.