– Mojego przyjaciela?
– Dottora Darni. Zdaje się, że byłeś z nim bardzo zaprzyjaźniony. Wiemy już, że cztery dni temu pod przybranym nazwiskiem wynajął w Equatorskiej Biancinie elektryczny szybkopław "Tryton" i odpłynął w nieznanym kierunku. Miejscowe służby doniosły o znalezieniu wraku "Trytona", przy którym brakowało szalupy ratunkowej. Łódź się odnalazła, niestety, bez ciała… A propos, nie wiesz przypadkiem, czego dottorek szukał w tym gorącym zadupiu?
– Nie mam pojęcia. Wziął tydzień urlopu, miał jednak wrócić przed Inauguracją – odparł szef ochrony.
– Czy ten Darni miał jakąś rodzinę?
– Szczerze mówiąc, nic nie wiem o jego rodzinie.
– Dobrze, zajmiemy się tym sami…
Druzzus konsekwentnie nie miał zamiaru wtajemniczać Ruffixa, toteż sucho podziękował za informacje. W officium zarządzającym Castrum Goliatum dowiedział się, że Ursin przebywa w wewnętrznych ogrodach. Szybko odnalazł go przy "Gloriecie Arrianda" i obaj weszli w Aleję Fontann, gdzie huk wody uniemożliwiał ewentualny podsłuch. Wyraz twarzy superochroniarza nie zapowiadał dobrych wieści.
– To tragedia. A więc nie wiemy nawet, czy Darni dotarł do Słowianina – skomentował mały consulantor. – Czy to mógł być nieszczęśliwy wypadek?
– Nie wierzę w wypadki – burknął olbrzym. – Mamy następny dowód, że spisek istnieje, a zdrajcy potrafią wyprzedzać nasze kroki.
– Kto wiedział, że dottor wyjeżdża?
– My dwaj i on – odpowiada Druzzus.
– Nikt więcej? Żadna complementarka, kierowca?…
– Powiedziałem, tylko my. Chyba że byliśmy śledzeni lub podsłuchiwani.
– Przez kogo?!
– Nie mam pojęcia. Poczyniłem jednak pewne kroki, żeby to zbadać. Mam kumpla, prywatnego deductora imieniem Dario… Wkręciłem go do naszych rękodajnych. Pamiętasz, wczoraj przynosił ci kolację. Bystry chłopak. Ma mieć oko na wszystkich. Ustalić, czy istnieje jakaś wewnętrzna inwigilacja. Pojutrze ma dzień wolny i zamierza dowiedzieć się czegoś więcej o Narensie.
– Sprawdziłem to nazwisko w menscompterach FOI – powiedział Marek. – Nic szczególnego o nim nie mają. Należał do "Wściekłych" dopiero od trzech miesięcy. Żadna szyszka…
– Chyba sytuacja dojrzewa do powiadomienia Quintusa, zrób to jednak tak, żeby nikt więcej nie mógł poznać naszych podejrzeń…
– Myślę o tym i szukam sposobnego momentu. W pawilonie elekta mogą być podsłuchy. Ale jutro po południu gramy razem w piłkę, więc może w termach pod natryskami…
– Do tego czasu Dario powinien już coś znaleźć. Miejmy nadzieję, że nasza demokracja przetrzyma jeszcze dobę
– Czy wszyscy tu poszaleli? O Terpsychoro, czas na emeryturę, na emeryturę?! – choreograf Liddon miota się po proscenium. – Co to ma być? Co to ma być? – woła histerycznie do swego asystenta.
– Obsada do obrazu numer pięć, mistrzu – bełkoce zagadnięty. – Alegoria Federacyjnej Równości…
– Pytam się o te stroje, te ordynarne trykoty w kolorze zdechłych stekowców. Według scenariusza nimfy miały być nagie.
– Miały wyglądać jak nagie! – prostuje scenarzystka widowiska wychylając się z półmroku.
– Mnie jest obojętne, czy świecą gołymi, czy sztucznymi piersiami, ale musi to wyglądać wiarygodnie.
– Przepraszam – wtrąca się Ursin przypatrujący się próbie "Żywych obrazów" odsuwając się od choreografa. – To jest młodzież szkolna i w dodatku ma wystąpić publicznie…
– Ave, cenzuro! – szydzi Liddon. – Cóż za konserwatyzm? W gimnazjonach Superiory udało się przywrócić antyczny obyczaj, by sportowcy trenowali nago i koedukacyjnie. Ale rozumiem, stolica… Zresztą, na Bachusa, dajcie im po listku. W istocie rozebrana nastolatka to nic specjalnego! – Tu choreograf puszcza oko do małego consulantora. Jest powszechnie wiadome, że słynny nauczyciel tańca preferuje drobnych mężczyzn, zadbanych, figlarnych i inteligentnych.
Ursin wycofuje się pośpiesznie. Nie po to tu przybył, by zawierać męskie przyjaźnie. Pasją Marka są nimfetki. No, może nie nimfetki – ale na pewno nie staruchy. Zresztą jak dotąd, jego hobby ogranicza się do oglądania. Życie erotyczne Ursina jest ubogie jak step wandalijski. Nigdy nie wierzył w siebie i w dodatku miał pecha. Drobny, nerwowy, przeintelektualizowany, nie należał do gatunku mężczyzn działających na kobiety z mocą starego wina. Był cienkuszem i wiedział to. Te nieliczne, którym uderzył do głowy, nazajutrz skarżyły się na kaca. Oczywiście, wielu nieatrakcyjnych kurdupli potrafi nadrabiać swoje braki dowcipem, brawurą lub wytrwałością. Ursin, egoista, o kąśliwym humorze, płoszył niewiasty z odległości 20 łokci. Najbardziej jednak przeszkadzał mu kompleks niższości połączony z manią wielkości. Bał się tych kobiet, których najbardziej pożądał. Tymi, które mu się same narzucały, gardził. Pewnie dlatego nigdy się nie ożenił. Nie interesowały go potencjalne kury domowe ani chore z ambicji intelektualistki. Chciał jedynej, niepowtarzalnej, wielkiej fascynacji. Drugiej Octavii, która nie wybrałaby Cedrusa…
Czego więc szukał wśród małoletnich artystek? Złudzeń? Od pewnego czasu żył nadzieją, że w chwili zwycięstwa Cedrusa wszystko się zmieni. Jako consulantor będzie wreszcie KIMŚ. Kimś, kogo skinienie będzie się liczyć. KIMŚ, kto nie będzie musiał osobiście wybierać się na łowy, ryzykując odmowę i kolejne upokorzenie, albowiem dyżurny liktor załatwi to za niego. "Chcesz, maleńka, zrobić karierę? Sam Wielki Consulantor zainteresowany jest twoim talentem…"
Inna sprawa, że onego popołudnia Marek był wielce zdegustowany oglądanym materiałem ludzkim. Puellki biorące udział w przeglądzie nie sprawiały wielkiego wrażenia. Owszem, w dużej masie, na ulicy będzie to wyglądać nieźle, ale z bliska…
Chyba marnuję czas? – pomyślał, kiedy naraz wrażenie wbiło go w fotel. – O Jedyny! Czyżby sama różanopalca Eos spłynęła na scenę!?
Nastolatka w stroju westalki jest szczupluteńka, krucha, a jednocześnie doskonale proporcjonalna. Ciało ma opalone, usta wydatne. Ogromne oczy spoglądają śmiało. Mimo że w mroku loży Ursin jest praktycznie niewidzialny, czuje jakby puellka przenikała go swymi źrenicami. Postanawia iść do niej za kulisy. W teatralnym atrium nabywa kwiatek. I czeka, aż dziewczyna przejdzie na stronę tancerek zakwalifikowanych do udziału w paradzie.
Już idzie, właściwie płynie, stąpając krokiem urodzonej tancerki, rozgląda się rezolutnie, bezczelnie. I Ursin tchórzy, cofa się, kwiatek mu wypada z rąk… Nie opuszcza jednak kulis pragnąc przyjrzeć się z bliska tej oszałamiającej szyi, wydatnej pupce i piersiom, nie wymagającym podtrzymywania przez strofium, rajskim jabłkom podobnym, a widocznym w głębokim wycięciu szaty. Tymczasem dziewczyna zwalnia. Spojrzenia ich spotykają się. Marek robi krok w tył nadziewając się nieomal na stojącą hermę. A mała westalka sunie wprost na niego. I cud! Jak w najskrytszych marzeniach sennych. Ramiona szczupłe jak pędy orelskiej winorośli oplatają szyję Ursina, a usta niczym płatki kwiatu przybliżają się do niego. Ursin przymyka oczy. Czeka… Jednak zamiast pocałunku słyszy słowa szeptane do ucha: "Chcę się z panem zobaczyć jutro w południe przy fontannie Amfitryty".
Kiedy otwiera oczy, puellki już nie ma. Pozostaje zapach, wspomnienie przenikliwego dreszczu i nadzieja, że jeszcze ją zobaczy.
Szok potrzebuje odreagowania. Zamiast wracać do rezydencji, Marek jedzie do Mirry. Nie odwiedzał jej od pół roku. Mirra to jedna ze starszych complementarek z Arbitriatu Przyjaciółka. Można powiedzieć "salvatornia seksualna". Pierwsza pomoc w przypadkach beznadziejnych. Bezpieczna, bo mężatka. Brał ją zwykle w tempie ekspresowym, opartą o pięciostopniowe dostawne schodki w sali rękopisów i druków ulotnych. W trakcie tego zabiegu głowa Mirry uderzała najczęściej w bogato iluminowane inkunabuły Samokryta, dotyczące obyczajów dawnych Archipelagian, a jej piersi kołysały się ponad zajmującymi dolne półki mapami Innej, niczym dzwony okrętowe flagowca "Chwała chwał"… W recenzjach Mirry Marek był zawsze wspaniały, męski, wielki. Dla niego krzyczała z rozkoszy (albo z uprzejmości) i płakała ze szczęścia lub z kurzu, który jak łupież sypał się z mądrości wspomnianego Samokryta. A potem rozmawiali chwilę i rozchodzili się. Ona do męża vigilianta, on do pustego domu…