Tym razem również przyjęła go jak zawsze serdecznie, jakby widzieli się wczoraj, poczęstowała naparem i ciasteczkami własnego wypieku. Z przykrością zauważył, że od ostatniego spotkania znacznie przytyła. Potem dokonał się erotyczny rytuał, schodki, umysłowy kontakt z Samokrytem… Spazm i łzy. Po owym katharsis Ursin czuł się trochę podle, albowiem przez cały czas pod przymkniętymi powiekami zachował niewygasły obraz prześlicznej tancerki, zdzierającej z siebie strój westalki.
Mieszkanie Ursina mieściło się w dawnym domku rybackim opodal Wielkiego Stawu, nieco na uboczu Castrum Goliatum. Marek pozostawił swój pędnik auridze i ruszył alejką. Dwa księżyce dążące ku sobie rozświetlały niebo tak mocno, że nie widać było gwiazd, zaś cienie rzucane przez drzewa i krzewy zdawały się mroczniejsze niż wczoraj. Mijając alejkę prowadzącą ku wyniosłej gloriecie dostrzegł zbiegowisko opodal stromych schodów palatyńskich. Na trawniku pulsowały światła wozów vigilianckich. Podszedł bliżej. Wśród funkcjonariuszy kręcących się wokół przykrytego białym całunem ciała dostrzegł Druzzusa. Miał twarz bardzo posępną.
– Co się stało, Fabio?
– Nieszczęśliwy wypadek – mruknął. – Facet poślizgnął się na schodkach, a ponieważ ręce miał zajęte tacą, spadając skręcił sobie kark. – Tu odchylił róg płachty. Wyszczerzone zęby i wytrzeszczone oczy zniekształcały twarz. Nie na tyle, żeby nie rozpoznać rękodajnego Daria. Ursin otworzył usta, ale Druzzus dotknął palcem warg.
Wzgórze Cyklozaurów, zanim stało się znanym centrum grzesznych uciech, było przez parę wieków florentyńskim wysypiskiem śmieci. Dziś florentyńscy moraliści ciskający gromy na ów wzgórek rui i porubstwa twierdzą, że sama lokalizacja dowodzi słuszności prawa, iż – "śmieć ciągnie do śmiecia". Wiek temu na terenach śmietniska założono ogrody publiczne i ustawiono wirnicę. Później napór miasta skurczył przestrzeń parku, gromadząc na pagórku prawdziwy kombinat teatrzyków i obraźni, domów schadzek i eroterm. Ostatnio szczególnie popularnymi stały się autodansbudy. Zapewniały one pełną anonimowość rozrywek, przybysze obojga płci odziani jedynie w maski, dobierali sobie partnerów pośród wesołego "polowania". Z obrotowych parkietów bezpośrednie przejścia prowadziły do "impluviów zbiorowej rozkoszy" lub do indywidualnych izdebek, zwanych separatoriami.
Demokratyczny i w dodatku bezpłatny dobór seksualny ludzi wyzwolonych z przesądów okazał się wielkim zagrożeniem dla tradycyjnej prostytucji. Nie dziw, że bandyckie bractwa żyjące z nierządu sporo mamony utopiły przekupując senatorów i kuriantów walczących przeciw pierwszej poprawce do ustawy o moralności, legalizującej bezpłatne kurewstwo. Atoli najmodniejsi współcześni psychoszamani dowodzili, iż anonimowe miłośnienie bez zobowiązań ma charakter terapeutyczny. Likwiduje napięcia i dostarcza ulgi lepszej niż stymulanty. Gdzież indziej wierna na co dzień małżonka, kochający mąż i ojciec mogli oddać się chwili zapomnienia bez poczucia winy.
Licynia należała do nielicznej kategorii kobiet przebywających w autodansbudzie zawodowo. Librettki, bo tak zwano tę kastę niewiast, nie brały od partnerów pieniędzy, miały jednak stałą prowizję od poicieli i orkiestrantów, boć wpływały na ruch w interesie. Stanowiły one pociechę dla nieśmiałych lub nieforemnych, na których nie zaczepiłaby oka wolna, przybyła na łowy niewiasta. Licynia miała wprawdzie najlepsze lata za sobą, ale czyniła wszystko dowodząc, że ma je ciągle przed. Przezroczysta tunika nie kryła obfitych kształtów jej ciała pokrytego delikatnym, jadalnym puszkiem Erosa, który można było zmywać w basenie lub zlizywać wedle upodobania. Około nony panował jeszcze stan półzastoju w interesie. Muzyka z elektrofletni i cyberdrumli sączyła się leniwie, a na owalnej mozaice tanecznej przedstawiającej kopulację smoka z machiną parową nie pojawiło się dotąd równocześnie więcej niż dwie, trzy pary, ocierające się o siebie w grze przedwstępnej.
Wejście mężczyzny w masce Minotaura sprawiło, że krew ruszyła żywiej w tętnicach Licynii. Przybysz przypominał Heraklesa w jego najlepszym okresie, a niewielki pas wokół bioder pozwalał się domyślać rozmiaru maczugi. Gość nie był młodzieniaszkiem, jednak emanował pewnością i wolą życia. Podobni faceci nieczęsto wpadali na Wzgórze Cyklozaurów, chyba że skłoniło ich do tego przedwczesne starzenie się lub wdowieństwo. Jeszcze bardziej zdumiała się, gdy poprosił ją do tańca. Prowadził tak pewnie, bez przedwczesnej poufałości, aż jej, starej zdzirze, serce zaczęło łomotać niczym nastolatce. Usiłowała wtulić się w szeroką pierś, trzymał ją jednak na dystans. Z otworów byczej maski patrzyły oczy chłodne, obojętne, jakie widywała niekiedy u najemnych morderców. Poczuła lęk.
Czego on tu szuka? Gra czy prowokuje? – zastanawiała się librettka. Po quarlinie wirowania sama zaproponowała przejście do separatorium.
– Dziękuję, wolałbym przejść się z tobą po świeżym powietrzu – odparł odsłaniając w uśmiechu równe, mocne zęby.
Zboczeniec? – przemknęło Licynii, ale szybko odtrąciła tę myśl. Facet nie wyglądał na dewianta. Przeciwnie, sprawiał wrażenie człowieka, który nie ma najmniejszych kłopotów z zaspokajaniem swoich popędów.
– To wbrew konwencji – szepnęła. – Tu się spotykamy, tu się miłośnimy, a potem się nie znamy.
– Uwielbiam łamanie konwencji – usłyszała w odpowiedzi.
Zaryzykowała – chronometry wskazywały primę, kiedy spotkali się na samym szczycie wzgórza przy skale Magów. Ale facet nie chciał miłości w plenerze. Chciał informacji. I nie ulegało wątpliwości, że w razie potrzeby potrafi ją wycisnąć.
Leontias cenił kobiety szczere i rozmowne. Strach i pieniądze zbliżyły Licynię do wspomnianego ideału. O Kaliope opowiadała dużo i chętnie.
– Fajna dziewczyna, przed trzema laty przybyła z jakiejś dziury w Zefirii. O Jedyny, jaki to był nieopierzony kurczak! Choć z temperamentem. Zamieszkała u mnie, bo moja poprzednia kumpela przeholowała ze stymulami. Wprowadzałam ją w tę robotę. Było w dechę. Żadnego wydzierania sobie facetów. A w poniedziałki wolne. I naraz, gdzieś rok temu, coś ją szurnęło, rzuciła robotę, przystała do tych trójczubych idiotów. Może dla zbawienia duszy?
– Jakich idiotów?
– Nie znasz sekty "Agressores". Smętne kutasy! Nie wierzą w Jedynego i podpalają sklepy z dewocjonaliami. Dużo w tym bajeru, pozy, a nie wiadomo, o co naprawdę chodzi. Handlują stymulantami… werbują gówniarzy do sekty. Ja się od tego trzymam z daleka.
– A Kaliope?
– Po jakimś czasie wróciła. Chociaż już była inna… Nie łapaliśmy jednego wiatru. Zrobiła się taka cwana, wyrachowana. Polowała już wyłącznie na jeden typ facetów.
– Co masz na myśli?
– Dziani toganci – mruknęła.
Leontias znał termin, którym ludzie marginesu nazywali przedstawicieli warstwy urzędniczo-administracyjnej.
– Inna sprawa, że nie przychodziło jej to z trudem. Faceci po czterdziestce, którzy zostawili w szatni togę z czerwonym paskiem, byli w jej rękach jak glina. Najpierw miękli, a potem sztywnieli. Aż pojawił się Narek.
– Togant? – zapytał obojętnym tonem Sclavus.