– Tylko z nim – kiwnięciem głowy wskazał zabitego kolegę. – I powtarzam ci, źle szukasz. Nie mieliśmy najmniejszego powodu likwidować Narensa, zresztą jak? Kogo z naszych wpuszczono by do hostelu? Pomyśl o tym gościu z ulicy, jego obecność wskazuje, że ta dziwka zadzwoniła jeszcze do kogoś…
Nie spuszczając oczu z zabójcy Leontias wziął fonik i nacisnął wtórnik. Głucha cisza. Januario popatrzył na swój aparat niemo wiszący przy pasku. Jego oczy zdawały się mówić, "a widzisz…". Nie ulegało wątpliwości, Kaliope po rozmowie z Januariem zadzwoniła na jakiś numer z autokasowaczem wykluczającym ponowne połączenie – takie numery miało tylko FOI i parę utajnionych officjów.
– Nie domyślasz się, dlaczego Narens tak bardzo chciał uczestniczyć w akcji na hostel? – Słowianin kontynuował przesłuchanie. – Dlaczego oddał się w ręce sekurytów? Chciał przekazać nam coś, o czym się dowiedział? Co?
– Jeśli czegoś się dowiedział, to nie od nas – mruknął trynitatysta i naraz zmarszczył czoło. – Czekaj, Kaliope wspominała, że na parę dni przed nasza akcją vigilanci zwinęli Narka na dobę, siedział w Nadrzecznym Komisariacie. Może tam coś skumał… Wrócił trochę dziwny.
– Szkoda, że tak pośpieszyłeś się z dziewczyną, mogła wiedzieć więcej – mruknął Leo.
– To kwestia zasad i dyscypliny – Januario wrócił do pierwotnego tonu. – Rewolucja wymaga ofiar. Możesz mnie zabić. Po mnie przyjdą inni.
– Zostawię cię vigiliantom, może któregoś nawrócisz… – powiedział Słowianin i urwał. Skrzypienie drewnianych schodów wskazywało, że ktoś jeszcze zmierza do apartamentu Kaliope.
Nakazując gestem Januariowi mówienie dalej Leontias przylgnął plecami do ściany obok drzwi. Te, pchnięte gwałtownie, otworzyły się i do środka z wycelowaną bronią wkroczył oprzytomniały Flaccus. Słowianin zaatakował go od tyłu i ciosem w kark z powrotem posłał w nirwanę. Moment wykorzystał Januario. Jednym skokiem dopadł okna, przesadził balkon, jakimś cudem wylądował jak żaba na czterech podgiętych kończynach i puścił się ku furtce.
– Stać, tu vigilianci – rozległo się z głośnika. – Trynitatysta nie zatrzymał się, tylko sięgnął po broń. Niezwłocznie skosiły go serie vigilianckich automatów.
Sclavus nie czekał dłużej. Pozostawiając nieprzytomnego siccaro opuścił cenaculę włazem strychowym. Nie zmierzał uciekać dachami, wiedział, że cały quartał musi być otoczony. Mógł jedynie próbować przeczekać. W pralni natrafił na olbrzymią pralkę wirową wypełnioną do połowy bielizną. Leo wlazł do środka i nakrył się wilgotnymi ciuchami. Miał nadzieję, że nikt z lokatorów nie wpadnie na pomysł włączenia prania lub odwirowania.
9. KRAJ LAT DZIECINNYCH
Najwcześniejsze wspomnienia Gurusa przypominają kompozycję świateł i zapachów. Rozsłoneczniony ogród położony na skraju miasteczka, sklepik, w którym obok czekoladopodobnych krążków wydawanych na kartki staruszka ekspedientka częstowała go karmelkami, to wreszcie poczucie bezpieczeństwa i wzajemnej życzliwości, ojciec, matka, dziadek. Czy ktoś od zawsze zamieszkujący klatkę wie o tym, że żyje w klatce? Nim poszedł do szkoły, nie wiedział nawet, że jest synem zniewolonego narodu. A i potem nie powinien się tego domyślać. Wedle tego, co mówiły obraźniki, koine ekumeńska miała być przecież matką wszystkich narodów: Greków, Wenedów, Herrian i Bosporańczyków.
A przecież jak długo mógł nie zauważyć, że ludzie znikali? Jednego wieczora jeszcze pili i śpiewali w ogródku, a następnego ranka mógł zobaczyć za płotem zupełnie nowych sąsiadów. Którejś nocy, miał wtedy już 10 lat, z domu naprzeciwko posłyszał krzyk straszny i ciche strzały z broni pneumatycznej. Przez szczelinę w żaluzji widział, jak do czarnego pędnika wrzucano podłużne worki.
– Co się stało z państwem Glaukonami? – spytał nazajutrz babci.
– Wyjechali – odpowiadała staruszka, ale dziwny śmieszny tik poruszał jej pomarszczoną twarz.
– Nie wiesz, co im robią? – zaśmiał się zapytany starszy chłopak z sąsiedztwa, Zeno syn Zenosa podefora z Szarej Straży, który jako jedyny z całej ulicy chełpił się żuciem zakazanej ginny. – Czyszczą…! Co, nigdy nie widziałeś, jak się tępi robactwo?
Gurus był wstrząśnięty. Znał dobrze aptekarza Glaukona, jego żonę Aspazję, a starsza z córek bardzo mu się podobała. W niczym nie przypominali insektów. Ta kwestia nie dawała mu spokoju, poszedł więc z nią do ojca… Ów śmiertelnie przeraził się pytaniem.
– Twój kolega żartował – mówił jąkając się. – Państwo Glaukonowie zostali zatrzymani do wyjaśnienia w związku z podejrzeniem, że sprzedawali trucizny…
Do matki wolał się nie zwracać, wiecznie zapracowana i przemęczona (miał czwórkę rodzeństwa), oddana wyłącznie rodzinie, zdawała się nie zauważać świata zewnętrznego. Lepiej rozmawiało się z dziadkiem. Stary marynarz znał mnóstwo zabawnych historii. I poziomem odwagi różnił się od swego zięcia. Owszem, zalecał ostrożność wobec obcych, ale zarazem unikał płaszczenia się przed władzą. Ani on, ani babcia nie chodzili do świątyni Arymana, a przeciwnie – palili w domu świeczki przed starą ikoną Matki Syna. Wieczorami lubił opowiadać o dawnych czasach, kiedy Wenedia była jeszcze samodzielnym krajem wolnych żeglarzy i rzemieślników. Nie chciał mówić, w jaki sposób tamten złoty czas minął. – Kiedyś się dowiesz – obiecywał.
Pewnego dnia zamknięto sklepik na rogu, a niewidzialna ręka wymalowała na jego ścianie napis "śmierć spekulantom". Gurus w żaden sposób nie mógł wyobrazić sobie staruszki częstującej go cukierkami jako krwiożerczej spekulantki…
– Miała syna zdrajcę – poinformował go Zeno, syn Zenosa. – Wykryli siatkę w diecezjalnym strategiacie, działali na rzecz Archipelagu. Zbrodnicza hołota!
Gurusowi trudno było zrozumieć, dlaczego wina syna obciążyła matkę. Naraz zaczął się bać o swoją rodzinę. Jego strach nie uszedł uwadze Zena.
– Nie bój nic, wam nic nie grozi…
Długo nie wiedział dlaczego. Aż pewnego dnia jakaś dziewczyna w kłótni rzuciła mu w twarz: "Ty synu kapusia". I wtedy dotarło do niego. Zrozumiał, czemu jego ojciec nie ma przyjaciół, czemu, gdy wchodzi do taverny, cichną rozmowy, skąd się biorą wyższe niż u innych przydziały kartkowe. Czemu co dwa lata jeżdżą nad morze, a jego rodzice, mimo że z pochodzenia Wenedzi, są zapraszani na bale doroczne pod Portyk Arymana… Pharo Polinejkos był zawodowym delatorem!!! Gurus strasznie przeżył to odkrycie, chciał się nawet zabić. Tyle że wybrał śmierć głodową. Po paru godzinach zapłakanego na stryszku odnalazł dziadek. Długo nie mógł chłopca uspokoić. Wreszcie zapytał:
– Czy myślisz, że ludzie dobrowolnie wybierają sobie rolę? Twój tata znalazł się kiedyś w sytuacji bez wyjścia. Jak dorośniesz, sam ci powie. Mógł zginąć, narazić was wszystkich albo… Więc wziął ten krzyż. I idzie. Dla was. Dla nas.
Przez cały rok Gurus żył z tym cierniem w sercu. Całą energię poświęcił nauce. A raz w tygodniu wraz z dziadkiem palił świeczki przed ikoną Matki Syna i modlił się.
Jeśli Pharo łudził się, że może ujść swemu przeznaczeniu, grubo się pomylił. Zimą 1500 roku wkrótce po śmierci babci Ananke weszła i w jego progi.
Gurus obudził się w środku nocy. Zdziwiły go podniesione głosy dochodzące z piwnicy. Siostry spały. Starszych nie było. Ostrożnie zszedł po glinianych schodach. Kłócono się ostro. Najdziwniejsze, że dziadek w sporze tworzył wspólny front z matką.
– Na co wy mnie namawiacie – mówił Pharo jąkając się, prawie plącząc. – Chcę tylko was ocalić.
– Nie jestem pewny, czy ocalisz – kontrował dziadek. – Jeśli żądają pełnych list Wenedów, znaczy planują deportacje, jak w osiemdziesiątym pierwszym. Całe Lusticum wylądowało wtedy na lądolodzie Hiperborei, mnie jakoś to ominęło, służyłem na morzu, ale nigdy nie próbowałem wracać w rodzinne strony. Pamiętaj, Pharo. Zrobisz brudną robotę, to wyślą cię ostatnim transportem. Nie znasz ich?